Długo wahałem się, czy o tym napisać. Wahałem się, bo jestem z natury człowiekiem bardzo skrytym a w dodatku wstydliwym i nieśmiałym. Wahałem się, wahałem, powstrzymywałem się ostatkiem sił - w końcu jednak uległem. Chcę wykrzyczeć na całe gardło: ZAKOCHAŁEM SIĘ. ZAKOCHAŁEM SIĘ na zabój.
Wiem, zaraz ktoś powie: a co mnie to może obchodzić, daj mi chłopie spokój, mam ważniejsze sprawy na głowie, zwłaszcza że teraz żyje się lepiej. Żeby tego uniknąć, spieszę z wyjaśnieniami. Przez długie miesiące pozostawałem w błogiej nieświadomości, że po tej samej ziemi stąpa tak nieziemska istota. Zapewne o jej istnieniu nigdy bym się nie dowiedział (wstyd przyznać, ale czytam niezbyt często, a gdy już zacznę, najczęściej niewiele z tego, co przeczytam, rozumiem - dlatego zacząłem pisać), gdyby nie przyjaciel, który namówił mnie do czytania pewnego bloga. Zgodziłem się z oporami, ale jak już wreszcie zacząłem, nie mogłem się oderwać. Grom z jasnego nieba! Wiem, to trochę oklepane, ale nie jestem tak wytrawnym stylistą jak red. Wołek, więc można mi wybaczyć. Czytałem dniami i nocami. Czytałem JEJ teksty. Tak, zapewne każdy pojął, że zakochałem się w blogerce. Boże, czy tak można mówić? Czy moja ukochana nie poczytałaby tego za niezręczność? Strach pomyśleć. Pomyślę o tym w wolnej chwili. Czytałem jak zahipnotyzowany. Do tego stopnia, że w jednym z własnych tekstów napisałem "bieżący" przez "rz". Nie dostrzegłem tego. Nie dostrzegłbym do dziś, gdyby nie mój, wspomniany przyjaciel, który jako jedyny czyta te moje zapisy. Zazwyczaj mam kłopoty z poprawnym napisaniem słów: ząb, zupa, dąb i dupa (zawsze wcześniej sprawdzam w słowniku), "bieżący" dotychczas pisałem poprawnie bez słownika. A więc po prostu wpadłem po uszy.
Moja Dulcynea, bo tak ją w myślach nazywam, pisze najwspanialsze teksty, jakie dotychczas udało mi się czytać. Gdy już dowiedziałem się o jej istnieniu, wdarłem się na jej stronę i pochłonąłem wszystko, co napisała. Gdybyż tylko raz! Pochłaniam to właściwie na okrągło. Kończę, by zacząć od początku. Moja Dulcynea tego nie przeczyta, przyznam się zatem, że na początku miałem pewne wątpliwości. Deklarowała bowiem, że jest kobietą, zajmuje się więc tym samym, co pozostałe kobiety. Pomyślałem ... nie powiem, co pomyślałem. Pomyślałem jeszcze coś gorszego, gdy doczytałem, że poza tym, że jest kobietą, pisze. To tylko dowód na potwierdzenie tezy, że nie wolno nikogo oceniać po pozorach.
Pisze moja Dulcynea z takim żarem jakby całe życie (mam nadzieję, że niezbyt długie) pracowała w hucie, w dodatku na najbardziej gorącym odcinku pracy. Wyobrażam sobie, jak siedzi, wystukuje na kawiaturze te swoje niezwykłe zdania, a pot ciecze jej po skórze, zalewając sąsiadów. Rany, jak ja chciałbym być jej sąsiadem! Żar to nie wszystko. Tomasz Jastrun też pisze z żarem, nie wspominając już o red. Wołku. Moja Dulcynea pisze nie tylko z żarem, pisze siłowo. Jakby gwożdzie wbijała wielkim jak sondaże PO młotem w kilkumetrowe ściany. Czuję te wibracje za ścianami sąsiadów, przerywających oglądanie "Szkła kontaktowego", od którego nie jest ich w stanie oderwać nawet trąba powietrzna. Jak ja im zazdroszczę. Na ich miejscu przykleiłbym się do ściany na stałe. Żar, siła, myślałby ktoś, że to wyczerpuje katalog możliwości mojej Dulcynei, ale nic z tego. W jej głowie kłębi się i nostalgiczna poezja ("okruszyna Narodu"), i nieskazitelny gust ("fatalny gust literacki" - jak szpicrutą smaga adwersarzy; oj, chciałbym być na ich miejscu), i pryncypialność, gdy tropi komuchów i dzieci komuchów (zwłaszcza w szeregach PiS-u), i geny Kochanowskiego ("konanie polityczne"; a ja konam z tęsknoty), i zacięcie frazeologiczne ("ustawia się tyłem do Ojczyzny i jej instytucji"), i geniusz krytycznoliteracki, nic to, że czasem coś jej się poprzestawia - może ma zepsutą klawiaturę? - ("zramolały rymopis łaknący krwi, piszący swoje wiernopoddańcze tekścidła kiedyś dla Stalina, dziś dla innego obiektu swego kultu jednostki").
W dodatku jest jak - uwaga, uwaga - Zola. A może Zolowa, nie pamiętam już dokładnie. To nasze intelektualne niedopasowanie trochę mnie przeraża i deprymuje. Przyjmijmy, że jest jak Zola. Jest jak Zola. Oskarża. Bez przerwy oskarża "bardzo przeciętnego człowieka". Oskarża Kaczyńskiego. Oskarża?! Ona go miażdży (też, niestety, musiałem sprawdzić). Przy niej dotychczasowi miażdżyciele Kaczyńskiego to zwykłe mięczaki, nie wyłączając z tego grona Stefana Niesiołowskiego.
Dulcyneo, jam rycerz Twój, błędny rycerz ... No i co z tego. I tak tego nie przeczyta. Panso, wierny Panso, czy ONA jest z Tabasco? Tak, moja Dulcynea jest z Tabasco. Tak lepiej brzmi. Jedźmy już, drogi przyjacielu.
PS.
Przyznaję, bom prawdomówny, że ten tekst napisałem nie tylko z wyżej wymienionych powodów. Napisałem go także dlatego, że chciałem zdobyć czytelników. Nikt tego mojego bloga nie czyta (poza przyjacielem, ale marna to pociecha, i przypadkowymi klikowiczami, którzy pomylili strony), a to boli. Może nie tak bardzo, jak niespełniona miłość do mej Dulcynei, ale boli. Pomyślałem więc, że jak zacznę o uczuciach ... I jeszcze jedno: ogłaszam to o tak późnej porze, by mieć usprawiedliwienie, że nikt nie przeczytał, bo po prostu już spał.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)