Chciałem o tym napisać w komentarzu do notki K. Kłopotowskiego, ale byłby to komentarz znadto przydługi. W zamian spróbuję (poważnie, a więc jeszcze bardziej fatalnie niż zwykle) wyłuszczyć, choć nie cierpię, Bogu dzięki, na łuszczycę, to, co mam do powiedzenia. Mógłbym o tym nie mówić, świat by się nie zawalił, ale chcę krzyczeć na cały głos: jeśli będę polemizować z Kłopotowskim ... Chciałem napisać: stanę się rozpoznawalny, ale po namyśle stwierdzam, że powinienem jednak ująć to inaczej. Stanę się bardziej śmieszny, niż jestem. A cóż mi zresztą szkodzi. Nie tylko pamiętam czasy kina niemego, ale, jeśli mnie pamięć nie myli, bo czasami jednak myli, podsuwałem co celniejsze spostrzeżenia Irzykowskiemu - to wystarczające zasługi.
Nie interesuje mnie w tej chwili, czy Wajda zasługuje na Orła Białego, nie interesują powody, które mają o jego wręczeniu decydować, choć te wydają się akurat oczywiste, interesują mnie jego filmowe dzieła. I ich, nie tylko współczesny, odzew. Z nadmiernymi, moim zdaniem, pochwałami K. Kłopotowskiego się nie zgadzam, co, rzecz jasna, nie oznacza, że nie dostrzegam w Wajdzie jednego z najwybitniejszych twórców polskiego kina. Inaczej patrzę jednak na jego osiągnięcia. Skoro jest profesjonalna beczka miodu, choć nie brak w niej łyżeczek dziegciu, proponuję wywiercenie w niej kilku nieprofesjonalnych dziur.
Co mnie do Wajdy nigdy nie przekonywało? Zasada "co rok prorok", ta nieprawdopodobna, nazwijmy to nieładnie, pazerność na robienie filmów. Ilość rzadko przechodzi w jakość. U Wajdy sprawdza się to niemal modelowo. Losey, Visconti, Has (żeby poprzestać wyłącznie na tych nazwiskach) nie tworzyli filmu za filmem. Pozostawiając dwóch pierwszych, poprzestańmy na twórcy "Jak być kochaną". Has był powściągliwy, był wymagający wobec wszystkich, ale przede wszystkim wobec samego siebie, Has wreszcie miał trudności z realizacją własnych projektów. Trudności, o jakich Wajdzie się nie śniło. Kłopotowski słusznie pisze o kompromisach z władzą (każdy z twórców musiał na jakiś tam kompromis iść, żeby tworzyć), problem w tym, że Wajda ma zadziwiający dar dostosowania się do każdej władzy. To nie jest zarzut, choć mógłby nim być, ale nie o to w tym tekście chodzi, to stwierdzenie faktu.
Nie przekonywało mnie również bezpodstawne (tak sądzę) łapanie "tematów literackich". Na ogół dotyczyło to wielkiej literatury, ale z czasem i to kryterium uległo zatarciu. W czerpaniu tematów z wielkiej literatury nie ma nic złego - przeciwnie - chodzi jednak o to, że Wajda (z powodów, które można by rozstrząsać, ale na to nie ma miejsca) najczęściej w tych wielkich tematach się nie potrafił odnaleźć. I twierdzę to z przekonaniem wbrew opiniom krytyków filmowych. Nie wypalił, może przede wszystkim, Iwaszkiewicz, mimo że każdy niemal bez zastanowienia gotów stwierdzić, że Wajdowskie adaptacje są wzorcowe. Otóż nie są. Sprawa kolejna. "Malarskość" jego filmów. Ponownie on i Has. Obaj studiowali w Akademii Sztuk Pięknych, u Hasa można to podziwiać (nawet jeśli się komuś jego estetyka nie podoba), u Wajdy często razi zwykły kicz (biały koń w "Popiele i diamencie" nie był przykładem ostatnim). Nie ma też, co śmiem twierdzić z uporem, w filmach Wajdy głębszej refleksji twórcy, refleksji, jak to się często na wyrost i pretensjonalnie określa, ponadczasowej. Wszystko to jedynie (delikatniej czy bezpieczniej - na ogół) "tu i teraz", wpisane w jakąś "przymiotnikową" koniunkturę.
Pisze K. Kłopotowski, że Wajda podejmował najważniejsze tematy narodowe i jeśli nawet niektóre z jego filmów zakłamywały historię, czyniły to nie tylko pożytecznie, ale i pięknie. Być może, ale każde zakłamywanie jest przede wszystkim niebezpieczne, a jeśli trafia na odbiorcę nieprzygotowanego, jest niebezpieczne w sposób podwójny.
A poszczególne filmy? W "Kanale" podważał sens powstania, ale jednocześnie gloryfikował uczestników. Czy rzeczywiście? A któraż z postaci jest w filmie gloryfikowana? Ja jej nie znajduję. Powstanie odbierało rozum i wywoływało złe, a to delikatne określenie, odruchy. Tak znajduję przesłanie tego skądinąd wartościowego warsztatowo dzieła. "Popiól i diament" podważał sens walki, ale, zdaniem K. Kłopotowskiego, tylko pozornie przyznawał rację komunistom, bo Cybulskiego każdy chciał naśladować, a Szczukę nie, bo był brzydki, stary i mówił z teatralnym akcentem. Gdybyż dało się udowodnić taki powód zaangażowania Cybulskiego, dyskusja byłaby inna, ale udowodnić się go chyba nie da. Czy przypadkiem decydujące nie były tu względy, którymi Wajda kierował się zawsze? Gwiazda przyciągnie tłumy. Zastrzeżyński jest stary i brzydki. A jaki miał być Szczuka? Tu zresztą rzecz jest poważniejsza i na inną dyskusję. Bo nie sposób oderwać filmu od dzieła Andrzejewskiego. Przesłanie, niuansowane, to prawda, ale nadal pozostawało niezmienne. Dowodem Andrzej i Waga, wcale nie niuansowani, a w momencie powstawania filmu, być może, niuansowani mogli być. W sprawie oceny "Lotnej" nie ma sporu. "Człowieka z marmuru" gubią jednak deklaratywność, naiwność i zdumiewające u Wajdy słabości warsztatowe. "Ziemię obiecaną" nazywa Kłopotowski arcydziełem. Nie będę się odnosić do dodanego tam jeszcze passusu o roli Żydów i polskich nieumiejętnościach przystosowania do kapitalizmu i nowoczesności. Wspomnę tylko, że ani przez chwilę nie można zapomnieć o zakończeniu filmu. Tu nie chodzi o to, że ono zaprzecza przesłaniu powieści, chodzi o jego ideowe, polityczne, bieżące - nie wiem, co bardziej tu pasuje - przesłanie. Nie, to nie jest arcydzieło. I jest w dodatku przez trzech głównych bohaterów źle, źle, bo nachalnie, grane (wiem, to herezja, ale co mi tam).
Brawurowo brzmi zestawienie Danton-Wałęsa, Robespierre-Gwiazda. Być może. Wbrew sceptycyzmowi dodam, że "Danton" jednak się broni. "Wesele" jest natomiast chyba czymś więcej, niż tylko filmem znakomitym. Może to dzieło Wajdy najlepsze, ale czytając dramat i oglądając film ... czyż nie odnosi się wrażenia, że wizualność przesłoniła istotę tego, co Wyspiański chciał powiedzieć? I te pojedyncze przykłady kiczu (np. ogórek i kiełbasa między palcami B. Dykiel)
Ostatnim dziełem Wajdy, który ceni K. Kłopotowski, jest "Pan Tadeusz". Dla mnie dobra passa definitywnie skończyła się w poł. lat 80-tych, a od lat 90-tych zaczął się prawdziwy upadek. Lubię "Biesy", choć to nie jest film nadmiernie wartościowy. Może broni się, kontrowersyjny do granic, "Korczak". Potem było już naprawdę źle. Koszmarny "Pierścionek", kompromitujący "Wielki tydzień", bardzo zła "Zemsta" (tu nic nie wychodziło, nawet aktorstwo, mimo że zaangażowano gwiazdy), "knot" (zgadzam się) "Katyń". O "Pannie Nikt" i "Tataraku" wolę nawet nie wspominać.
A to przecież jeszcze nie jest cały Wajda. "Polowanie na muchy", jakby przedsmak "Panny Nikt", przestrzelone - i to jeszcze jak przestrzelone - "Popioły", niefilmowa z natury "Smuga cienia" (nikt by się nie ważył, Wajda się poważył i powstał, może nie koszmarek, ale dziełko bardzo, bardzo słabiutkie), koszmarek uczyniony z Bułhakowa, i wreszcie Wajda w całej krasie swej osobowości - "Wszystko na sprzedaż". Parę dzieł opuściłem, ale te, które opuściłem, znakomitymi filmami nigdy bym nie nazwał.
Zgrzeszyłem. Moja wina, moja wina ...



Komentarze
Pokaż komentarze (155)