obywatel cohen obywatel cohen
45
BLOG

BEZ NICH ŚWIAT BYŁBY LEPSZY

obywatel cohen obywatel cohen Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 3

 

      Jestem właśnie po lekturze „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza. Sprawy niby znane, fakty niby opisane, a jednak książka JMR, poza literackim, ma też pewien oczywisty historyczno-moralny walor. Autor świadomie i z premedytacją nazywa rzeczy związane z powstaniem warszawskim po imieniu, czego dziś na mocy wszechogarniającej mody raczej się nie praktykuje. Mówi się tu więc o niemieckim bestialstwie, o zbrodniach popełnianych przez Niemców na co dzień w apokaliptycznym wymiarze.
      Dla mnie to powód czy może pretekst do powrotu do moich prywatnych niemieckich rozrachunków. Oczywiście, w ich obrębie nie ma i nie było miejsca na żadne bestialstwo i apokalipsę. Inne czasy, inne wyzwania. Przeciwnie, moje doświadczenia z Niemcami da się zawrzeć w typowej dla minionych dwóch dziesięcioleci formule: jeszcze jeden Polak, który skorzystał z dobrodziejstw niemieckiej republiki dobrobytu i tolerancji. A jednak pytania z przeszłości, również tak odległej, że wykraczającej poza naszą egzystencję, powracają i to w całkiem nieoczekiwanych, „niewinnych”, chciałoby się rzec, okolicznościach.
     Na początku minionej dekady, tuż po upadku muru, zdarzyło mi się dłuższy czas żyć w zachodnich Niemczech. Jako że byłem już wtedy człowiekiem dojrzałym, mój pobyt w tym kraju przebiegał z pełną świadomością tego, kim i gdzie jestem. Zdarzało mi się tam nierzadko uczestniczyć w koleżeńsko-towarzyskich spotkaniach w wielonarodowym gronie. Któregoś razu, na jednej z tego typu imprez jej niemiecki organizator, ku zaskoczeniu niemal wszystkich nawiązał do różnych narodowości zebranych i do faktu, że nasi dziadkowie mogli strzelać do siebie na frontach ostatniej wojny. Nie koniec na tym, nasz gospodarz zadał nam też pytanie, czy możemy wyobrazić sobie siebie w tamtych czasach, na ich miejscu. Pytający był osobą do bólu poprawną i w żadnym razie nie chodziło mu o wywołanie jakichś nacjonalistycznych demonów. W istocie, jego pytanie było tylko retoryczne. Chodziło o podkreślenie tego, jak bardzo świat (a zwłaszcza Niemcy) zmienił się na lepsze i, że tamte odległe dylematy dla nas są już tylko mglistą abstrakcją. Przez chwilę wydawało się, że może być naprawdę ciekawie. Moja wyobraźnia zapracowała niebezpiecznie szybko. Zobaczyłem siebie na powstańczej barykadzie z automatem w ręku. Uczestnicy spotkania, doskonale świadomi retorycznej intencji zagajenia, ani myśleli wchodzić na podobne niebezpieczne tematy, co groziłoby natychmiastowym zniweczeniem sympatycznej biesiadnej atmosfery.
Obraz powstańczej reduty ze skrywającą się za nią, dobrze mi znaną, sylwetką momentalnie uleciał z mojej głowy.
      Powrócił dopiero teraz po lekturze prozy Rymkiewicza. Pamięć płata różne figle: zakłóca spokojny sen pisarza koszmarami z wojennego dzieciństwa, mnie przymusza do szukania odpowiedzi na pytanie postawione wiele lat temu.
     Oczywiście, że siedziałbym na tej barykadzie i, gdybym miał karabin, brałbym  na muszkę, kogo trzeba. To pierwsza myśl, jaka przychodzi mi w tej kwestii do głowy. Myśl pierwsza, pierwotna, niepogłębiona. Jako że, trudno mi sobie wyobrazić siebie w roli straceńca podejmującego walkę tylko i wyłącznie w stadnym geście rozpaczy, narzuca się pytanie o motywację, o sens nadstawiania karku w tej nierównej walce. Jaki racjonalny imperatyw prowadziłby mnie na barykady w tamtych historycznych okolicznościach przy świadomości, że raczej „żywy stąd nie wyjdzie nikt”, a co za tym idzie, szanse na zwycięstwo są nikłe, czy zgoła żadne. Inaczej mówiąc, czy podobna ofiara miałaby jakieś znaczenie, poza symboliczno-moralnym?
     Z całym szacunkiem, ale tradycyjne polskie imponderabilia „Bóg, Honor i Ojczyzna” to jednak za mało, bo, po co umierać, by zostawić po sobie świat bez Boga, bez Honoru i bez (swojej) Ojczyzny. Pozostaje jedyna sensowna motywacja, wykraczająca poza polskie szaleństwo, a dotycząca istoty człowieczeństwa. Jeżeli ginąc, to tak, by ten świat pozostawić lepszym – jedyna racjonalna polska śmierć w tamtych wojennych warunkach to taka, która w wymierny sposób okupiona została wielokrotną śmiercią po stronie wroga, im liczniejszą tym lepiej. Każda śmierć zadana bezwolnym funkcjonariuszom zła, nieważne w brunatnych czy czarnych mundurach, czyniła świat lepszym, zwiększała szansę przeżycia mieszkańców okupowanych jeszcze miast, więźniów likwidowanych obozów koncentracyjnych i żołnierzy zmagających się z niemiecką hydrą na wszystkich możliwych frontach. Myślę, że dla tej jednej realnej (wymiernej) zasługi warto było wtedy ryzykować swoim bezcennym życiem. Jedno istnienie wolnego człowieka za pięciu tych, którzy „tylko” wykonywali rozkazy. Świat byłby lepszy bez niemieckojęzycznych androidów z wyłączoną funkcją sumienia i myślenia.

 

 

tekst opublikowany 09/07/09 na bloguobywatel.redakcja.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura