coryllus coryllus
535
BLOG

Majakowski dla ubogich

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 53

W podstawówce był taki kolega; Boguś Ciołek. Pani uczyła dzieci podpisywać się imieniem i nazwiskiem i każdy łapał o co chodzi z mniejszym lub większym trudem. Tylko Bogusiowi nie szło. Miast podpisywać się Bogdan, godnie i poważnie, on z uporem smarował w zeszycie swoje zdrobniałe imię. Nic nie pomagało. Napomnienia, krzyki, stawianie do kąta, wizyty rodziców. Boguś Ciołek do końca szkoły pozostał Ciołkiem Bogusiem. Pogodna ta historyjka przypomniała mi się kiedy z premedytacją szczerą zajrzałem na blog Wojciecha Orlińskiego. Cóż tam zobaczyłem? Najpierw w oczy rzuciły mi się dwa słowa; Wojtek Orliński. Potem zaś zauważyłem słowo „psychiatryk” odmieniane przez wszystkie przypadki. Psychiatryk to oczywiście salon24, ale to już wiemy od dawna. Wróćmy na chwilę do Wojtka. Proponowałbym, by redaktor Orliński posunął się ciut dalej w modyfikacji imienia, tak by jeszcze bardziej przybliżyło to jego osobę czytelnikom stale tam zaglądającym. Może nie Wojtek, a Wosiek?! Może tak byłoby lepiej? Mówi się w ten sposób w pewnych regionach kraju do bardzo zaprzyjaźnionych Wojciechów. No, ale sam pan redaktor rozstrzygnie co dla niego lepsze.

 
Roztrząsanie i analiza tego co pisze Wojciech Orliński nie ma żadnego sensu. On od wielu już lat bowiem pisze to samo. To, co dawno temu Włodzimierz Majakowski ujął w spiżowych frazach swego wiersza pod tytułem ‘Oda do rewolucji” Nic ponad to u Orlińskiego nie ma. Tak więc zajmować się nie ma czym. Warto jednak zastanowić się, jak to jest, że osoba tak totalnie wypłukana z wszelkich treści, jak nie przymierzając kapłon w stoisku mięsnym, co tam wisi na haku i zielenieje z zazdrości, jak taka osoba może uchodzić za zdolnego, popularnego i interesującego publicystę? Ja tego oczywiście nie wiem i nie potrafię wyjaśnić logicznie. Chciałbym tylko podzielić się z wami garścią wspomnień i refleksji z lat, kiedy jeszcze czytałem Gazetę Wyborczą. Zanim jednak do tego przejdę muszę uczynić małą dygresję.
 
Pracowałem kiedyś przy produkcji katalogu wydawniczego w pewnym wydawnictwie mającym ambicje grać dużą rolę na rynku. Katalog był piękny i oferta bogata, wydawano go co miesiąc wielkim nakładem kosztów i pracy. Szefowała temu przedsięwzięciu pewna pani, która – mówiąc oględnie - miała spore kłopoty z odróżnieniem Prusa od Prousta. Powtarzała nam ona zawsze kiedy szykowaliśmy ten katalog pewną myśl, której nie zapomnę do końca życia. Mówiła tak – dramatyka kochani, dramatyka. Katalog musi mieć jakąś dramatykę, inaczej to wszystko się nam nie sprzeda. No i my pilnowaliśmy, by w katalogu była dramatyka.
 
A teraz do rzeczy. Dawno, dawno temu, kiedy czytałem GW zauważyłem, że w powodzi tej beznadziejnej miernoty pojawił się autor z takim talentem i szwungiem, że to aż nie do uwierzenia. Autor ten pisał w „Wysokich obcasach” bardzo długie eseje na temat różnych pisarzy z kręgu kultury anglosaskiej. Takich pisarzy, co to mają dla ludzi inteligentnych, mówiących po angielsku wielkie znaczenie, a my ich nie znamy lub prawie nie znamy. No, ale jak on to proszę państwa pisał! Mogłem się z tym zgadzać, nie zgadzać, nie miało to znaczenia. Było to po prostu mistrzostwo. Facet ten nazywał się Mirosław Banasiak.  Napisał pan Banasiak tych tekstów może ze cztery czy pięć, a ja na każdy czekałem, jak pijak na wódkę, tak mi się to podobało. Kiedy po kilku tygodniach poszedłem w sobotę do kiosku, by kupić sobie Gazownię i poczytać Banasiaka, okazało się, że go tam nie ma. Po prostu go nie ma. Przejrzałem gazetę w jedną stronę, potem w drugą, potem jeszcze raz i jeszcze. Nic. Banasiaka nie ma. A jednak esej o pisarzu był! I ja go przeczytałem. I powiem wam, że różnica pomiędzy tym esejem a esejami Banasiaka była taka, jak różnica pomiędzy dramatyką a dramaturgią. Dokładnie taka. Czy muszę pisać kto był autorem tego ostatniego eseju? Tego rozczarowującego moje wrażliwe podniebienie śmiecia, tej atrapy. Czy muszę? Myślę, że nie muszę.
 
Ja oczywiście wierzę w to, że Mirosław Banasiak – najlepszy autor jaki kiedykolwiek przewinął się przez łamy GW – pracuje tam nadal i zarabia bardzo dużo pieniędzy. Jeśli zaś nie pracuje, to tylko dlatego, że zaproponowano mu robotę o tysiąckroć lepszą, znacznie stosowniejszą dla jego talentu i pracowitości. Wierzę w to, że korzysta on teraz z wszelkich dobrodziejstw na jakie w wolnym kraju zasłużył człowiek utalentowany i pracowity. Tylko, kurcze, jego bloga jakoś nie mogę znaleźć.
 
Tutaj właściwie mógłbym zakończyć. Zastanawiam się jednak jeszcze dlaczego Wojciech Orliński czyta salon24, choć nikt z salonu, z wyjątkiem mnie, na tę jego stronę nie zagląda? Odpowiedź mam tylko jedną. Lektura salonowych tekstów pogłębia istniejące już bruzdy w korze mózgowej redaktora Orlińskiego a także rzeźbi w niej bruzdy nowe. I bardzo żałuje, że w łysej czaszce pana Wojciecha nie pali się mała, fioletowa lampka. Wtedy bowiem, przez prześwitujące powłoki otaczające jego mózg, moglibyśmy ów fascynujący proces obserwować. A może nawet byśmy mu kibicowali.
coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (53)

Inne tematy w dziale Kultura