Każdy kto choć raz spacerował w okolicach placu Hallera w Warszawie, obok Centralnej Dyrekcji Kolei Państwowych, obok pomnika „czterech śpiących”, każdy kto szedł ulicą Ząbkowską w kierunku Pragi Południe będzie wiedział o co mi chodzi. Tamte okolice tak różnią się od lewobrzeżnej Warszawy, jakby położone były w innym mieście, w mieście rosyjskim mówiąc wprost. Petersburska architektura Dyrekcji Kolei, cerkiew Marii Magdaleny i kamienice na Ząbkowskiej tworzą ten dziwny klimat rosyjskiego miasta gubernialnego.
Nieopodal stolicy, ledwie kilkadziesiąt kilometrów, obok Węgrowa znajduje się miejscowość Kosów, a obok drugi Kosów. Jeden obdarzony jest przymiotnikiem „ruski”, a drugi „lacki”. Nie trzeba nic więcej tłumaczyć. Najdalej chyba na zachód wysuniętą miejscowością z przymiotnikiem „ruski” w nazwie jest wieś Lendo Ruskie położona nieopodal Ryk. Nie ma tam co prawda już ani jednego Rusina, bo przecież nie o Rosjan tu chodzi, nie ma cerkwi ani śladu po niej, ale jest nazwa. Próbowano ją zmienić na Lendo Wielkie, ale chyba się nie udało.
Kiedyś, kiedy jechało się pociągiem do Czeremchy koło Bielska Podlaskiego, w miejscowości Sarnaki do wagonu wsiadał zawsze stareńki baćka, siwy, z kucykiem zawiązanym z tyłu głowy, bosy. Jechał kilka stacji i wysiadał. Nie pamiętam dokładnie, na którym przystanku. W samej Czeremsze przy stacji stoi wielka cerkiew z białej cegły, brzydka jak nie wiem co, ale tak egzotyczna dla przybysza z krainy katolickich świątyń, leżącej nieopodal, że trzeba się przy niej zatrzymać.
Wszystko to o czym piszę nosi w Polsce nazwę pogranicza. Pogranicze jest tuż za naszymi domami, gdybyście tego nie wiedzieli. Dziwna to nazwa, bo tam, gdzie sięgało zwarte polskie osadnictwo, na kresach, nikt nie mówił o pograniczu, tam po prostu była Polska. Kresy –tak, ale jednak Polska. Dla wielu ona ciągle tam jest. Pograniczem nie nazywali tego także Ukraińcy, Białorusini i Litwini, dla nich to była ich ojczyzna ich dom. Potem, po wojnie te miejsca gdzie mieszkali Polacy zaczęto nazywać enklawami, choć nie były to żadne enklawy.
Im mniej Polaków mieszkało na kresach tym szybciej zmieniały się określenia miejsc, w których mieszkali. Dziś mamy rejony, na przykład rejon solecznicki czy wileński.
Stoi ta Ruś za miedzą i patrzy, a patrząc nie widzi nas, ale siebie. Dawno minęły czasy kiedy podlaska ludność mówiła o sobie – tutejsi. Polityka otwarcia prowadzona w Polsce spowodowała, że dziś każdy może na powiedzieć wyraźnie kim jest, Białorusinem, albo Ukraińcem. Bez strachu. Dla podkreślenia swojego miejsca na tej ziemi posługują się obie mniejszości pojęciami naukowymi rodem z aparatu badawczego etnologa. Ja naprawdę nie wiem czym jest etnos i pojęcie to wydaje mi się mocno podejrzane, ale oni go używają i jest im ono potrzebne. Może na tej samej zasadzie, jak bolszewikom potrzebna była „klasa robotnicza”, a może chodzi o coś innego. Naprawdę nie mam pojęcia.
Istotne jest coś innego. Oto w owych uzasadnieniu swojego prawa do ziemi zasadza się najgłębsza różnica pomiędzy Polakami a Rusią. Być może różnica ta jest nie do przełamania i doprowadzi kiedyś do kolejnego konfliktu. Dla Polaków na kresach, Polaków posiadaczy ziemskich, posesjonatów i chłopów nie ważne były teorie ale fakty. Podstawowym zaś faktem była własność ziemi i praca na niej. Ludzie, którzy zostali wymordowani przez bolszewików, petlurowców i Bóg wie jeszcze kogo za dawną przedwojenną jeszcze granicą Polski, za rzeką Zbrucz i miastem Mińsk Litewski nie ginęli na ziemi obcej, ale na swojej. Mieli na to dokumenty. Podobnie było z tymi, którzy zabici zostali w czasie drugiej wojny światowej, oni także byli u siebie.
Ktoś powie, że Ukraińcy i Białorusini też siedzieli na swoim, to prawda, ale ich racja wymagała dodatkowego uzasadnienia i oni to uzasadnienie znaleźli najpierw w rewolucji socjalnej, bolszewickiej, a potem w nacjonalizmie. Były to w ich rękach narzędzia, które służyły do zmiany stosunków własności z korzyścią dla siebie. Była to, inaczej mówiąc, wojna plemienna okryta płaszczem teorii rewolucyjnych i konserwatywnych, bo za taką uznać chyba należy nacjonalizm ukraiński.
Z jednej strony mieliśmy więc uproszczony do granic aparat naukowy, sprowadzony do formy zrozumiałej dla niepiśmiennego chłopa wyrażony w bolszewickiej agitacji, a z drugiej twarde prawo własności. I jak to często w życiu bywa praktyka musiał ulec teorii. No i bagnetom oczywiście. W latach 1917 – 1945 systematycznie ścierano ślady polskiej obecności na wschodzie. Nie dało się tego zrobić do końca, ale nikt w Polsce nie myśli dziś poważnie o powrocie na Kresy. Co innego z osadnictwem białoruskim i ukraińskim w Polsce, to etnos. Ma więc naukowe uzasadnienie. Nie dość tego. To etnos zaopatrzony w prawo własności, którego nikt nie zamierza kwestionować. No bo niby dlaczego?
Ulubionym argumentem zwolenników wyparcia Polski z kresów jest właśnie owa napływowość, ów mit zdobywców, którzy osiedli wśród spokojnego ludu tłamsząc go i wyzyskując. Przez ten swój ekspansjonizm, a także przez słabość polityczną, którą okazali musieli owi potomkowie kresowych rycerzy ustąpić, zniknąć na zawsze. Ich obecność bowiem była tam niesprawiedliwa i krzywdząca ludność miejscową, która żyła na tych ziemiach od wieków. Od ilu wieków – chciałoby się zapytać. A także – ile wieków trzeba siedzieć w jednym miejscu, żeby zdobyć prawo do ziemi? Dziś są to pytania retoryczne. Pewien żal jednak pozostaje. Bo w końcu to za naszą miedzą stoją te koszmarne cerkwie, a kościół w takim Berezweczu na Białorusi, jeden z najpiękniejszych na Kresach, nie istnieje już od dawna. Dawność. To także dobry argument. Ruś była tam dawniej, to jej prawo. Jak dawno? I dlaczego na ponad 400 lat to prawo utraciła? Nie lubię argumentów opartych o dawność, bo zalatuje to czyściutką hipokryzją. Podtrzymajmy je jednak jeszcze przez chwilę. Może gdyby ruscy książęta nie wybrali się lekkomyślnie nad rzekę Kałkę Litwini i Polacy nie mieliby okazji skolonizować ziem kresowych. Oni jednak się tam wybrali. Może to wszystko ich wina?


Komentarze
Pokaż komentarze (12)