coryllus coryllus
357
BLOG

Bankiet u artystów

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 15

Znalazłem kiedyś w książce Mieczysława Porębskiego pod tytułem „Granice współczesności” fotografię przedstawiającą Georgese’a Braque’a w pracowni. To proste i bezpretensjonalne zdjęcie spodobało mi się szalenie i od razu zapragnąłem wyglądać tak, jak Georges Braque. Jestem wysoki i chudy, trochę mnie to przez całe życie ograniczało. Zawsze bowiem chciałem być krępym facetem, średniego wzrostu, który porusza się kołyszącym krokiem, oglądając sobie spode łba przechodniów, a ręce trzyma przy tym w kieszeniach, co jakiś czas tylko poprawiając nimi czuprynę spadającą na czoło. Pan Bóg zdecydował jednak inaczej i jestem, jaki jestem.

 
Na wspomnianej fotografii Georges Braque siedzi sobie na jakimś łóżku, na ścianach wiszą atrybuty jego sztuki i rożne potrzebne mu rzeczy, takie jak mandolina, a on pochylony nieco gra na małej harmonii, jakąś wesołą piosenkę. Tak wyglądał artysta początków XX wieku, który przeżył i namalował to stulecie patrząc na nie z zachodniej strony. I wyznam wam, że mnie się to kubistyczne malarstwo podobało, te wszystkie deski przyklejane do płótna, te skrawki i kawałki, te brązy i ziemie. Nie potrafię jednak powiedzieć dlaczego, myślę, że chyba przez to zdjęcie malarza, bo innego wytłumaczenia nie mam.
 
Jedną z moich ulubionych książek jest dawno napisana biografia Renoire’a autorstwa Henri Perruchot’a. Historia szesnastoletniego malarza porcelany, który jeździ pociągiem „na motyw”, a potem zamyka się w pracowni i bez przerwy maluje, po to by wreszcie około pięćdziesiątki stać się wielkim Renoire’m jest po prostu wstrząsająca. Prostota i wielkość tego życia nie daje się porównać z żadnym innym. Myślę często o tym jaki był Renoire, tak jak mali chłopcy myślą o tym, jaki był Zorro albo Winnetou i wstydzę się zmarnowanych lat, lenistwa, zaniechań i lęków. Okropnie się wstydzę. I wiem, że już nic się z tym zrobić nie da, bo jestem zwyczajnie za stary i wszystko ułożyło się nie tak, jak powinno. Nie opuszcza mnie jednak dobry humor i dlatego właśnie piszę bloga.
 
I kiedy już przypomnę sobie tego malarza grającego na harmonii i tego drugiego, który przez sześćdziesiąt lat utrzymywał dyscyplinę pracy taką, że żaden benedyktyński mnich nie może się z tym równać wpadam, przypadkiem zupełnie, na zdjęcie Kamila Sipowicza, jak podpisuje swoje wiersze na jakimś festiwalu poezji w Przemyślu. Może jestem uprzedzony do Sipowicza, przepraszam, ale ja od dawna już nie mogę na niego patrzeć, a kiedy słyszę, że człowiek ów nazywa się artystą mam ochotę kopnąć go w tyłek. Dokładnie tak.
 
Kamil Sipowicz przedstawiany jest bowiem nie tylko jako poeta, ale także jako filozof, doktor nauk humanistycznych, malarz, muzyk i chyba aktor, ale głowy nie dam. Dobry Boże! Jak zmieściłeś to wszystko w jednym wątłym ciałku tego Sipowicza?! Taki Braque był zaledwie malarzem pokojowym, który wieczorami, miast stawać na ring (walczył amatorsko), albo pić w knajpie, chodził uczyć się prawdziwego malarstwa. Ten drugi zaś, jak powiedziałem, zaczynał od ozdabiania talerzy kwiatkami. Gdzież im do Kamila Sipowicza, mistrza słowa, który podpisywał swoje wiersze w Przemyślu, odziany w kapelusz spod którego spływały na jego ramiona pukle siwych, ale jakże pięknych jeszcze włosów. No i to cygaro, grube, jak rura PCV, trzymane nonszalancko w kąciku ust. Toż to więcej niż artysta! To sztukmistrz prawdziwy!
 
Ludzie to kupują prawdopodobnie dlatego, że sztuka jest już od dawna nikomu niepotrzebna. Potrzebni są artyści, a tych można przecież wyciągać z kapelusza, jak króliki. Najlepiej zaś jeśli artyści mają uznaną już markę czyli są dziećmi innych artystów. Niechby niezdolnymi, niechby i głupimi, ale z nazwiskiem. Wtedy ryzyko, że zainwestowane pieniądze przepadną jest mniejsze, ponieważ nawet gdy syn czy córka sławnego artysty nie jest szczególnie popularni to tata lub mama mogą pomóc w promocji dziecięcia. Nie wiem czy Jan Peszek pomagał swojej córce w karierze, ale mam nadzieję, że nie, bo to by o nim świadczyło jak najgorzej.
 
Trudno bowiem znaleźć na dzisiejszej scenie osobę bardziej pretensjonalną i wprost beznadziejną niż Maria Peszek. Szczytem pretensjonalności jest bowiem to kokietowanie knajackim stylem, tym rzekomym przedmieściem, cała ta kurewska stylizacja, z której nie wynika nic poza tym, że Maria Peszek ma kłopoty z samooceną. No, ale jakoś tak się złożyło, że przebiła się i śpiewa. Daj jej Panie Boże zdrowie, niech śpiewa, byle jak najdalej ode mnie.
 
Sipowicz i Peszkówna zamiast Braque’a i Renoira? Ktoś mi zaraz znowu powie, że nie mogę porównywać artystów estrady z malarzami. Guzik prawda, wszystko mogę. Nie będzie już niestety dane nam nigdy zobaczyć jak wygląda praca nad wielkim dziełem i co to znaczy dyscyplina przy takiej pracy. Nie dowiemy się, skąd biorą się wielkie inspiracje i dlaczego rzadko się o nich opowiada. Powiedzą nam, co najwyżej, jak nazywa się nowy narzeczony Peszkównej i nowy piesek żony Sipowicza. Nic więcej.

Na koniec chciałem przypomnieć o swojej stronie www.coryllus.pl, na której ukazują się od wczoraj teksty zupełnie inne niż te pomieszczane w salonie24. Serdecznie zapraszam. Komentarze wpisywać można klikając w tytuł notki.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Kultura