Kiedy dwa państwa uprawiają względem siebie jakąś politykę, niekoniecznie agresywną, ale obliczoną na korzyści, to oczywiste jest, że każde z tych państw będzie dążyć do osłabienia partnera. Z wyjątkiem będziemy mieli do czynienia wtedy kiedy dwa państwa działają na szkodę trzeciego. Wtedy obydwa będą próbowały się wzmacniać poprzez wzajemną pomoc, aż w końcu podzielą się tym trzecim państwem i to będzie ich korzyść główna.
Jednak w relacjach dwustronnych jest inaczej. Wszelkie zabiegi zmierzają w tym kierunku, by partner był coraz słabszy i coraz bardziej spolegliwy wobec stawianych propozycji i żądań. Czasami zdarza się, że państwo słabsze potrafi w takiej grze pokierować wypadkami w sposób gwarantujący mu sukces, a państwu silniejszemu osłabienie. Zwracam uwagę, że cały czas mówimy o relacjach pokojowych. Jeśli uda się to państwu słabszemu, w państwie silniejszym podnoszą się głosy protestu przeciwko dotychczasowej, zbyt łagodnej polityce wobec słabszego sąsiada, mówić zaczynają propagandyści wyciągający jakieś bzdurne historie sprzed lat i straszący mieszkańców sąsiedniego kraju wojną i wszystkim co najgorsze. To jest wbrew pozorom bardzo dobry objaw. Świadczy on bowiem o sukcesie i bezsilności sił realnie zajmujących się polityką w państwie silniejszym.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja kiedy państwo silniejsze zaczyna jeszcze bardziej osłabiać swojego i tak niezbyt silnego sąsiada. Robi to za pomocą propagandy, przekupstwa, a także za pomocą narracji o zgodzie i zapomnieniu dawnych żalów. To ostatnie jest warunkiem koniecznym, ponieważ każde polityczne pojednanie, w którym uczestniczą dwa państwa – słabsze i silniejsze, musi przynieść korzyść temu silniejszemu. Ładnie wytłumaczył to Stanisław Mackiewicz w swojej „Historii Polski od 11 listopada 1918 do 5 lipca 1945”. Państwo silniejsze zabezpiecza się w ten sposób przed nieodpowiedzialnymi wyskokami sąsiada i jego negatywną wobec własnych planów polityką. Może po pojednaniu skierować uwagę w inne rejony i zaproponować identyczne pojednanie jeszcze komuś innemu. Jakiemuś kolejnemu słabszemu państwu.
Tak więc pojednanie pomiędzy bratnimi narodami Polski i Rosji dokonuje się na naszych oczach, a niedługo będzie dokonywać się na wiślanych wałach. Skorzystają na tym manewrze Rosjanie, którzy pokażą gest dobrej woli, pomogą Polakom zwalczyć powódź, zrzucą sobie z pleców ciężar polskiej polityki i będą mogli zając się Gruzją, czy jakimś innym krajem, nawiążą także kulturalną i cywilizacyjną łączność z Europą. No i sprzedadzą nam gaz, co oczywiste. Nastąpi stan, który niezrównany Marek Hłasko opiewał słowami – ogólna buźka i spokój.
Niestety jedynie pozornie, bo polityka nigdy nie zamiera i zawsze tworzy układy dynamiczne, a często nawet bardzo dynamiczne. Na pojednaniu więc się nie skończy, albowiem pojednanie to cel połowiczny, a właściwie przystanek na drodze do celu właściwego, którym jest uporządkowanie od nowa sytuacji w Europie Środkowej. Ten bowiem układ, który mamy dziś przestaje już zadowalać kogokolwiek poza jego największymi beneficjentami czyli państwami słabymi i małymi. Czy powinniśmy więc spodziewać się najgorszego? No cóż, zawsze lepiej spodziewać się katastrofy i miło się rozczarować kiedy ta nie nastąpi niż śnić na jawie i obudzić się z ręką w nocniku. Najgorsze, jeśli oczywiście przyjdzie, co nie jest pewne, ubrane będzie tak pięknie i kokieteryjnie, że wielu nie zorientuje się czym ono jest w istocie. Opamiętanie, jak to zwykle ono, pojawi się długo po najgorszym, dopiero wtedy kiedy będzie już za późno.
O czym mówię. O stopniowym pomniejszaniu znaczenia Polski na arenie politycznej niegdyś Europy, a dziś regionu jedynie. Bo tyle właśnie nam zostało. Polityka jest bowiem grą sił, a nie piknikiem na plaży i zawsze chodzi o wyciąganie korzyści kosztem słabszych. Tak więc stałym motywem polityki jest od zawsze osłabianie sąsiadów, którzy mogliby stanowić zagrożenie lub choćby gospodarczą konkurencję. Kiedy państwo nasze zostało zlikwidowane w końcu stulecia XVIII okazało się, że to za mało, by pozbyć się jego mieszkańców, że ta, przez ostatnie trzysta lat wyszydzana polska kultura, te białe dworki, ten język, ten staw z kapliczką i ten brak wielkich filozofów, muzyków i genialnych malarzy wymaga interwencji coraz brutalniejszych oddziałów. Pojawiały się więc te wojska regularnie na terenach zamieszkałych przez Polaków, do chwili aż Polacy prawie w ogóle z niektórych obszarów zniknęli. Tak się jednak ułożyły sprawy, że w grze politycznej prócz słabych, silnych i bardzo silnych biorą udział także najsilniejsi i to do nich należy ostatnie słowo. Państwo Polskie nie zostało więc zlikwidowane, a Polacy nie dostali administracyjnego nakazu natychmiastowej przemiany w kogoś innego. Istnieją dalej.
Dalej także istnieje polityka, w której nic się nie zmienia od zawsze. Czasy kiedy przysyłano to wojsko na razie minęły, dziś mamy pojednanie i bratnią pomoc na wałach, którą z wdzięcznością przyjmujemy. Mamy także, dziś podały to portale, jakiś spór o wody terytorialne w Zatoce Pomorskiej. Spór dotyczy oczywiście granicy morskiej z Niemcami. Któż by się spodziewał, że po tych wszystkich pojednaniach na zachodzie, po tych „misiach” w Krzyżowej, będziemy mieli jeszcze jakieś spory z Niemcami! No, ale mamy. Cóż za niespodzianka.
Na koniec chciałem przypomnieć o swojej stronie www.coryllus.pl, na której ukazują się od przedwczoraj teksty zupełnie inne niż te pomieszczane w salonie24. Serdecznie zapraszam. Komentarze wpisywać można klikając w tytuł notki


Komentarze
Pokaż komentarze (30)