coryllus coryllus
169
BLOG

O wartsztacie dziennikarskim

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 23

Pomyślałem, że skoro Lis został naczelnym "Wprost"  to warto wpuścić tu garstkę takich oto  rozważań.

 

Powszechne wyobrażenie o dziennikarstwie nie ma nic wspólnego z realiami, w których dziennikarze pracują. Owo powszechne wyobrażenie maluje obraz dziennikarza, a właściwie reportera, który nie zważając na niebezpieczeństwa zbiera informacje po to, by jego czytelnicy poznali prawdę o matactwach wielkich tego świata lub po to, by dowiedzieli się, jak żyje się w dalekich krajach. Takie wizje zrodziły się w ludzkich głowach, w mojej także, na skutek nieodpowiedniego doboru lektur i filmów, a także wskutek zintensyfikowanej propagandy w czasach Polski ludowej, która to propaganda przedstawiała otaczający nas świat, tak jakby wszystko w nim było normalne, a nie patologiczne. Również dziennikarstwo i dziennikarze byli ukazywani w ten sposób, a najlepszym przykładem jest przypominany wielokrotnie Ryszard Kapuściński. Początki tej sielskiej wizji, tego nimbu otaczającego zawód dziennikarza sięgają końca XIX wieku i pierwszej połowy wieku XX. Wiążą się one z tym, że w tych nieodległych czasach dziennikarstwo prasowe było prawdziwą szkołą wielkich pisarzy. No, ale jak miało nią nie być skoro człowiek wybierający sobie w Europie lub Ameryce drogę życiową w  zawodzie dziennikarza, od razu lądował w okopach jakiejś wojny lub na placach rewolucji. Zaufanie do dziennikarzy i gazet zrodziło się właśnie w tamtych czasach. Stało się tak dlatego, że dziennikarze i prasa wzięli czynny udział w rozmontowywaniu monarchistycznego systemu rządów w Europie i razem z innymi bardzo naiwnymi ludźmi oczekiwali, że po ich rozmontowaniu powstanie nowy szczęśliwy świat, w którym dziennikarzom będzie jeszcze lepiej niż a Austrii za Franciszka Józefa.
 
Zamiast tych przepowiedni i wizji spełniło się jednak coś zgoła innego. Po wojnach i rewolucjach pierwszej połowy wieku zaczęła wychodzić na wielkim obszarze świata gazeta, która stała się symbolem klęski dziennikarzy, ich nieopisanego wprost frajerstwa, ich nieuleczalnego romantyzmu i dziecięcej wiary w to, że to co przyjedzie po zmurszałym i operetkowym systemie, który zwalczali, będzie lepsze i bardziej sprawiedliwe. Gazeta ta nazywała się „Prawda”, a redakcja jej znajdowała się w Moskwie. Tym, którzy nie pamiętają o co chodzi przypominam, że w gazecie o nazwie „Prawda” były same kłamstwa. Nawet nazwiska w stopce były w pewnym okresie przekłamane. To właśnie ów dziennik stał się symbolem nowych czasów. I choć w USA, w Europie i Azji wydawano także inne, normalne gazety to właśnie „Prawda” była zapowiedzią tego z czym musimy zmagać się dzisiaj czyli wprzęgnięcia dziennikarzy w państwową machinę propagandową. Dokonało się to po II wojnie światowej, a gwoździem do trumny romantycznego, reporterskiego dziennikarstwa było wynalezienie i upowszechnienie telewizji. Nie wiem, czy któryś z reporterów żyjących przed I wojną światową wzdychał i tęsknił do austriackiej cenzury, ale według mnie powinni robić to wszyscy, ponieważ to co ją zastąpiło było o stokroć gorsze.
 
Dziennikarstwo propagandowe, uprawiane w bloku wschodnim po II wojnie światowej miało naprzeciwko siebie inny rodzaj warsztatu – dziennikarstwo frakcyjne, politycznie wierne jednej opcji, które ostało się w USA i Europie, a przed wojną znane było także w Polsce. Reprezentowali je wtedy u nas zapomniani już endeccy polemiści tacy, jak profesor Stanisław Stroński czy Adolf Nowaczyński. Dziennikarstwa przeciwstawiającego się władzy, zwalczającego ją, dziennikarstwa bezkompromisowego już nie było. A nie było go dlatego, że nie istniała już żadna władza, która godziłaby się je tolerować. Świat zrobił się o wiele bardziej ciasny niż był przed rokiem 1914.
 
Telewizja upodliła dziennikarzy ostatecznie. Stali się showmanami i cyrkowcami, zaś ich praca przestała mieć charakter misyjny, stała się przedstawieniem. Tak już jest i tak pewnie zostanie. Zdobycie bowiem w dzisiejszych czasach jakichś naprawdę ważnych informacji jest po prostu niemożliwe, dziennikarze mogą więc co najwyżej żebrać o nie u tajniaków i polityków, lub po prostu pójść na służbę do jednych lub drugich. Jeśli tego nie robią, to znaczy, że chcą być showmanami lub komentatorami. Często mamy do czynienia z przypadkami, kiedy jedna osoba łączy obydwie te funkcje, to znaczy pokazuje się w telewizji i głosem pełnym bólu lub histerycznej, a złośliwej radości opowiada nam o czymś co powinno, acz nie musi, stymulować nasze emocje, lub komentuje jakieś odległe i całkiem sobie nie znane wydarzenia na kolumnach dzienników, opatrując je fotografią en face, całkiem podobną do fotografii więziennych. Takie właśnie jest dzisiejsze dziennikarstwo i im szybciej to zrozumiemy tym większych rozczarowań uda nam się uniknąć.
 
Coś jednak zostało w tym warsztacie showmana z dawnych, heroicznych czasów Egona Erwina Kischa. Ujawnia się to jednak jedynie w tak dramatycznych momentach, jak ten, w którym przyszło nam żyć. Ujawnia się w tym, że Robert Mazurek przepytując panią Kidawę Błońską obnaża jej miałkość, co wszystkich interesuje, bo opcja polityczna reprezentowana przez tę panią budzi dziś większą niechęć niż cesarz Franciszek Józef za czasów wspomnianego wyżej „szalejącego reportera” Kischa. Ten wywiad to końska dawna emocji, który poruszają nas wszystkich, przyzwyczajając jednocześnie do tego, że żadne mniejsze dawki nie wywołają  efektu.
 
Dobrze to widać na przykładzie dziennikarstwa lokalnego, w którym brałem udział swego czasu, starając się, informować moich czytelników o tym co dzieje się na terenie dwóch powiatów. Dziennikarstwo lokalne jest fikcją jeszcze boleśniejszą niż telewizyjny show. Również dlatego, że jest marnie opłacane, ale nie tylko. Dziennikarze lokalni są w przeważającej masie przypadków po prostu pismakami wynajętymi przez urzędników po to, by wychwalali piórem ich osiągnięcia. Realne lub wyobrażone, czy wręcz fikcyjne. To nie ma znaczenia, bo i tak nikt tych lokalnych gazet nie czyta. Po co więc je wydawać? Po to, by sprzedać powierzchnię reklamową. Nie ma bowiem, póki co, lepszego nośnika lokalnej reklamy niż stara, dobra papierowa prasa. Dziennikarz lokalny jest dodatkiem, często uciążliwym do działu reklamy i gromady sprzedawców modułów reklamowych. Pociechą jedynie jest to, że bez tych tekstów, bardzo różnej klasy, nie udałoby się sprzedać ani jednego modułu.
 
Dziennikarstwo lokalne mogłoby stać się dziennikarstwem śledczym z prawdziwego zdarzenia, ale musiałby zostać spełniony jeden warunek – samorządy nie mogłyby być fikcyjne i zależne od partii politycznych i rozdań personalnych w centralach wojewódzkich. Do tego jednak nigdy nie dojdzie.
 
No i jeszcze jedno – dziennikarz lokalny, powiatowy pismak, jest po prostu człowiekiem wynajętym przez wydawcę – podobnie jak jego kolega z wielkiego, ogólnopolskiego dziennika. Jeśli zaś jest wynajęty to musi spełniać oczekiwania wydawcy, inaczej zostanie usunięty. Może oczywiście trochę pofikać, ale szybko pójdzie na boczny tor i nikt go już stamtąd nie ściągnie, bo po co. Dziennikarze lokalni mają więc do wyboru – założyć własną gazetę i iść na udry w władzą, z pozoru tylko lokalną lub opisywać świat takim jakim go widzą, po to by ludzie mogli w gazecie zobaczyć samych siebie. Jeśli to się uda – gazeta ma szansę na zainteresowanie czytelników. Ja, pracując w lokalnej prasie, postępowałem właśnie w ten sposób. Zajmowałem się opisywaniem historii kryminalnych i wyszukiwaniem lokalnych dziwaków i ludzi niestandardowych, którzy mogliby maksymalnie uatrakcyjnić gazetę. Unikałem powiatowej polityki. Miałem także listę tematów, które zawsze bez względu na okoliczności wzbudzają emocje, a do których należy sytuacja w szkołach i przedszkolach oraz w służbie zdrowia.
Nie wierzę w istnienie dziennikarzy śledczych, którzy wchodzą w jakieś bliższe relacje z organami ścigania. To się nigdy dobrze dla dziennikarza nie kończy. Nie wierzę to, że można napisać dobry reportaż zadając się z bandytami z lokalnych podwórek. To nieprawda i fałszywy trop. No, a poza tym cały czas trzeba pamiętać o tym, że mamy nad sobą wydawcę, który realizuje swoje cele. Jeśli dziennikarz stanie w poprzek tym planom to po prostu znajdzie się na bruku. Wydawcom zaś nie zależy na tym, by ich człowiek zadzierał z władzą, czy zadawał się z przestępcami w nadziei na super reportaż z życia półświatka. To ostatnie odpada również z tego powodu, że życie półświatka jest dziś całkiem jawne, możemy oglądać je w prime time we wszystkich telewizjach i na nikim nie robi ono wrażenia. To było ciekawe w czasach Franciszka Józefa i minęło bezpowrotnie.
 
Dawno już nie napisałem nic dla żadnej gazety, a kiedy to robiłem nie miałem zbyt wielkiego poważania dla własnej pracy. Był kiedyś jednak moment, że o mały włos nie zmieniłem zdania na temat tych swoich przygód na powiatowych szlakach. Spotkałem w redakcji jakiegoś praktykanta z UKSW, studenta dziennikarstwa. Zaczęliśmy gadać  i opowiedziałem mu mniej więcej to, co tutaj napisałem. W czasie tej naszej rozmowy do pokoju wszedł naczelny i uważnie się temu przysłuchiwał.
 
Mówiłem i mówiłem i mówiłem, aż w końcu ten chłopak zapytał mnie czy nie przyszedłbym do nich na ten uksford poopowiadać o tym lokalnym dziennikarstwie. Wydawało mi się i nadal wydaje tak absurdalne, że aż zapytałem, dlaczego on mi to proponuje. Przecież mają tam wykłady z Kapuścińskim – żył wtedy jeszcze, z księdzem Nowakiem i innymi bardzo znanymi postaciami. Odpowiedział mi, że wszyscy ci sławni ludzie opowiadają im tylko o misji dziennikarza, a tak naprawdę niczego nie uczą. Do spotkania nie doszło, bo nie dałem mu numeru telefonu, było to zbyt dziwaczne, nawet jak na moją wyobraźnię. Dziś myślę, że trochę szkoda.
 
coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka