398 obserwujących
2903 notki
12283k odsłony
  2307   0

Lans macabre

 Jeśli ktoś przede mną wymyślił taki tytuł to najmocniej go przepraszam za samowolne wypożyczenie, ale nie mogę się powstrzymać. Ciągle leży tu koło mnie ten nieszczęsny numer „Dużego Formatu”, o którym pisałem wczoraj, a w nim te dziwne teksty mające rozbawić czytelnika, a powodujące w rzeczywistości szczękościsk. Najwięcej jest oczywiście o grobach i śmierci. To się przewija cały czas, ale nie o Wyborczą nam dziś chodzi. Pamiętam jak dawno temu w telewizji pokazywali Krzysztofa Kieślowskiego. Ja byłem zawsze szczerze zasmucony kiedy z jakichś, najczęściej towarzyskich przyczyn musiałem oglądać jego filmy. Nie mogłem na to patrzeć po prostu. I nie chcę tu używać takich określeń jak „kino manieryczne”, wolę powiedzieć wprost – gó...ne. Tak właśnie. Piętrowe psychologizowanie, sześć rodzajów miłości, wadzenie się z Bogiem i cała reszta śmieci z pakietu emocjonalnego, którym oszuści uwodzą absolwentów polskich uczelni zwanych nie wiadomo czemu inteligentami. Właściwie to obejrzałem sobie chyba w całości dwa jedynie filmy tego Kieślowskiego, albo może trzy. Ten o miłości, ten niebieski i jeszcze jeden, co się w nim chłopak utopił, bo ojciec nie chciał odejść sprzed komputera i iść z nim na ślizgawkę, a na końcu Matka Boska płakała. Coś fantastycznego po prostu. Wracajmy jednak do wywiadów z Kieślowskim. Pokazywali go często i on zawsze wyglądał tak jak przeciętny uczestnik życia intelektualnego w Polsce wyobraża sobie artystę. Był ubrany na czarno i miał coś w butonierce oraz jakiś szalik w stosownym kolorze, albo koszulę kontrastującą z marynarką. Włos w nieładzie, z ekranu nawet śmierdziało od niego tytoniem i mówił w specjalny sposób. Tak, by nikt nie miał wątpliwości, że jest mądry i wrażliwy. Kiedyś do jednej pani powiedział: czy pani wie, że mieszkam przy cmentarzu? I wtedy go miałem. Bo on to powiedział po to, by jeszcze bardziej się wystylizować, ale mu się nie udało. To było jak przylizanie grzywki w towarzystwie. A skąd ja to wiem? A stąd, że w Dęblinie przy cmentarzu przez wiele lat stała zawsze karuzela. Ryczała muzyka, jakieś świry kręciły się w diabelskim młynie ze swoimi dziewczynami, a te piszczały w niebogłosy. Obok zaś ludzie palili znicze na grobach i modlili się cicho. I nikt nikomu nie przeszkadzał co najlepsze. Pełna symbioza. Pomyślałem, że to jest lepsza figura niż ta, którą chce szpanować Kieślowski. Potem wykorzystał to Wajda w filmie o Powstaniu w Gettcie, ale doszedł do tego inną drogą niż ja, bo przecież nigdy chyba w Dęblinie nie był. No i numer też sfałszował, bo wiemy przecież, że karuzela przez cały czas walk w gettcie była nieczynna. Jemu też się wydawało, że uzyska w ten sposób głębię. A to nie jest głębia tylko tandeta i rzecz powtarzalna. Chociaż może wcale nie tandeta, pamiętam bowiem, że w czasie kiedy ta karuzela była czynna mój kolega, który nosi bardzo grube okulary ustrzelił sobie jakąś nagrodę na strzelnicy pod cmentarnym murem. Było to mniej niż prawdopodobne. Zdarzyło się jednak i ja to zapamiętałem.

Wracajmy do Kieślowskiego. Mam głębokie przekonanie, że nie wolno lansować się na śmierci. To jest coś bardzo niestosownego i próby podniesienia oglądalności, klikalności oraz sprzedaży poprzez śmierć osób, które żyły do niedawna lub opowiadanie o swoich psychozach na temat śmierci znajdują się na jakiejś czarnej liście, którą trzyma w ręku św. Piotr i zaznacza z poważną miną nazwiska tych, którzy tak czynią. Mam odczucie graniczące z pewnością, że św. Piotrowi nie podoba się tego rodzaju promocja i za każdym razem kiedy zdarzy się coś takiego on raportuje wyżej i podkreśla nazwisko czerwonym ołówkiem.

W tym magazynie, który leży tu obok o śmierci opowiada Mariusz Szczygieł. On to w dodatku robi w konwencji szyderczej, bo wyśmiewa pewną dziennikarkę, która chce go o coś zapytać, a on zaczyna o tej śmierci i mówi, że zbiera trójwymiarowe obrazki, żeby o śmierci nie myśleć. Takie obrazki co się zmieniają kiedy się je ustawia pod kątem. Efekt ma być taki, że pisarz, artysta posługuje się tandetą, by zagłuszyć lęki. Ja doprawdy nie wiem skąd oni to biorą i do czego im to jest potrzebne. Rozumiem, że do sprzedaży bo innego wyjaśnienia nie znajduję. No i jeszcze dzwoni Szczygieł do Hanny Krall z wiadomością, że życie pozagrobowe istnieje i oni sobie o tym życiu wesoło gawędzą. Konkretnie zaś o ciotce Hanny Krall, którą zamordowano w czasie okupacji Hanna Krall opowiada, że spotka się z nią po śmierci i zapyta dlaczego była komunistką. Wyobrażacie sobie, że ktoś nagle zaczyna mówić, że spotka się po śmierci ze swoim dziadkiem, który zmarł na Syberii i o coś go zapyta? Jak to było w tym bydlęcym wagonie na przykład, albo jak smakowały bliny przed wojną i czy dużo ludzi przychodziło do kościoła w Tarnopolu w dzień Bożego Ciała? I jeszcze te swoje wynurzenia publikuje w wysokonakładowym piśmie na zasadzie jakiegoś lansu? Być może jest to możliwe, a tylko ja mam niedostatki wyobraźni i po prostu jak zwykle się czepiam. Sam jednak bym takich rzeczy nie opowiadał. Z tego choćby względu, że wszelka twórczość odnosi się do życia tu i teraz. No i kiedy się to założenie spełni nie ma potrzeby najmniejszej by promować się poprzez śmierć. Taką promocję uprawia się wówczas jedynie kiedy twórczość ma aspekt ukryty i jest „trudnosprzedawalna” albo wręcz „niesprzedawalna”. Ponieważ zaś nasze życie „tu i teraz' jest jedną z najbardziej tajemniczych kwestii jakie zna świat i pisaniem o nim obłożone jest wielkim ryzykiem oraz różnymi zakazami, stąd właśnie śmierć w twórczości Szczygła i Kieślowskiego. Skoro nie możemy powiedzieć jak jest to zróbmy cokolwiek i opowiadajmy o śmierci. I to jest oczywiście jakiś sposób, ale tylko do chwili kiedy ktoś zacznie pisać książki prawdziwe i ważne. Wtedy żadna promocja im nie pomoże. Nawet harakiki przed kamerami poprzedzone deklamcją haiku napisanych przez Miłosza.

Lubię to! Skomentuj25 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale