404 obserwujących
2903 notki
12169k odsłon
6407 odsłon

Brzeziński, Wróblewski i owady

Wykop Skomentuj161

 Z nazwiskiem Zbigniewa Brzezińskiego zetknąłem się w ostatniej klasie technikum leśnego, w okolicznościach dość niecodziennych. Na zakończenie szkoły uczniowie, samodzielnie lub w parach mieli przygotować coś, co nosiło nazwę pracy dyplomowej. Trzeba było sobie wybrać jeden z przedmiotów zawodowych i coś tam zrobić w zakresie, który ten przedmiot obejmował. I tak kolega, który wybrał hodowlę lasu wykonał model szkółki leśnej zespolonej, inny, który zdecydował się na maszynoznawstwo przyniósł przekrojony na pół silnik czterosuwowy, a jeszcze jeden piękne, połyskujące mosiądzem, modele pługów leśnych. Ja i kolega Piotrek dokonaliśmy wyboru najgłupszego z możliwych, zdecydowaliśmy się bowiem na pracę z przedmiotu o nazwie ochrona lasu. Do tego jeszcze wybraliśmy sobie kolekcję owadów, co uzależniło nad od tychże owadów, obszarów ich występowania, oraz czasu kiedy to osobniki dojrzałe pojawiają się w lesie. Dodać muszę od razu, że żaden z nas nie miał i nie ma nadal natury badacza i uczonego. O wiele lepiej było więc zapłacić jakiemuś rzemieślnikowi za wykonanie modeli pługów, albo przepiłować silnik. Nam się jednak zdawało, że owady to łatwizna. No i dostaliśmy temat: szkodniki upraw i młodników sosnowych. Było to jeszcze na jesieni. Gdybyśmy byli choć trochę rozgarnięci, pobieglibyśmy od razu do lasu i połapali te zwójki i boreczniki, których było we wrześniu jeszcze całkiem sporo. My jednak ziewnęliśmy, popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że mamy masę czasu na przygotowanie naszej pracy dyplomowej. Zachowaliśmy się jednym słowem jak kretyni. Nie zorientowaliśmy się także, że o ile borecznik sosnowy czy korowiec występują w całym kraju, o tyle ze zwójkami jest gorzej. To są bowiem te motylki, których gąsienice zjadły swego czasu góry Izerskie i spory kawałek Karkonoszy. To był kawał drogi od naszej szkoły. Uczeń odpowiedzialny i poważnie traktujący swój przyszły zawód pojechałby tam i po prostu złapał te zwójki. My jednak tego nie uczyniliśmy. Najpierw czekaliśmy do wiosny, potem próbowaliśmy kupić sobie kolekcję na rynku owadów, który jest dosyć spory i pewnie do dziś korzystają z jego dobrodziejstw tacy kretyni jak my, którzy zamiast robić prace dyplomową z hodowli lasu wybierają coś tak absurdalnego jak ochrona. Okazało się, ku naszemu przerażeniu, że na rynku nie ma wszystkich owadów, które są nam potrzebne. Nie ma tam na przykład opaślika sosnowego. To jest taki brązowy pasikonik z długim pokładełkiem. To co sprzedawali kolekcjonerzy przypominało trochę opaślika, ale było zielone. Były to po prostu niewyrośnięte łatczyny, czyli te duże podobne do szarańczy pasikoniki, które zalatują czasem latem na nasze podwórka. Nie można było tego owada włożyć do gabloty. Nie mieliśmy także korowca sosnowego, czyli takiej dziwnej pluskwy, która łazi po pniach sosen i chowa się pod płatki kory. Prócz kolekcji owadów, trzeba było jeszcze dołączyć przykładowe szkody dokonywane przez owady w młodnikach i uprawach, czyli kawałki nadgryzionych przez gąsienice gałązek. To było dość łatwe, wystarczyło wziąć gałązkę sosny i ponacinać ją w różnych miejscach żyletką. Okazało się też, że o ile łatwo jest kupić egzemplarz zwójki sosnóweczki, o tyle ze zwójką żywiczaneczką jest kłopot. Nie mogliśmy jej nigdzie znaleźć.

Jak to bywa w takich razach wpadliśmy na pomysł jeszcze bardziej idiotyczny niż samo przygotowanie pracy z przedmiotu o nazwie ochrona lasu. Udałem się osobiście do mojego kolegi Zbyszka, który był elektrykiem, poprosiłem go wprost, by wlazł na słup stojący przy naszej ulicy i wygarnął z lampy to co się tam nazbierało przez ostatnie lata. I on tak zrobił. W krótkim czasie stałem się posiadaczem całego worka dziwnych owadzich truchełek, które po pewnych drobnych zabiegach mogły udawać w gablocie zwójkę żywiczaneczkę, zwójkę sosnóweczkę, a nawet korowca sosnowego. Żeby te trupki przygotować do odegrania przepisanej im roli, pożyczyłem od koleżanki cienie do powiek. W stosownych kolorach, właściwych tym, które występują na skrzydłach zwójek. Nie przewidziałem jednak, że cień do powiek jest o wiele grubszy niż pyłek na skrzydłach motyla, szczególnie tak małego jak zwójka. Nie dałem jednak za wygraną. Wyglądało to strasznie. Podrasowałem tym cieniem także biednego łatczyna, który musiał w mojej gablocie udawać opaślika sosnowego. Dołączyliśmy do tego jeszcze pocięte żyletkami gałązki i poszliśmy zdawać egzamin. Aha, byłbym zapomniał, był jeszcze opis tego wszystkiego. Zawierał rzecz jasna same kłamstwa, o tym jak to w trudzie i znoju łowiliśmy przez cały rok owady, jak urządzaliśmy na nie pułapki i jak konsultowaliśmy nasze poczynania z pewnym profesorem z Akademii Rolniczej w Krakowie. Mój kolega znał nawet nazwisko tego profesora i kazał mi je zapamiętać. Ja jednak od razu je zapomniałem. I nie było mowy by je przywrócić mej pamięci, bo pmiędzy mną a panem od ochrony lasu stała gablota wypełniona motylami z lampy, pomazanymi cieniem do powiek, z fałszywym opaślikiem i jedną autentyczną zwójką sosnóweczką, którą mój kolega kupił od jakiegoś kolekcjonera w Częstochowie. Zwójka tak, motylek z pomarańczowymi skrzydłami, wyglądała tam jak dziewica w koszarach.

Wykop Skomentuj161
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale