coryllus coryllus
4046
BLOG

Nasi bohaterowie...

coryllus coryllus Polityka Obserwuj notkę 64

 Słowem, które irytuje mnie chyba najbardziej ze wszystkich słów jest „fascynacja”. Jak ktoś nic nie umie, jest leniwy, nie ma pomysłów, a chciałby zabłysnąć i trochę się polansować, mówi, że fascynuje się tym czy tamtym. To jest wygodne i łatwe i wszyscy mieliśmy w życiu taki moment, kiedy w pułapkę fascynacji wpadliśmy. Kto te pułapki zastawia i dlaczego my w nie tak łatwo wpadamy? Kto zastawia tego nie wiem, a wpadamy, bo przez większą część naszego życia nic nie dzieje się naprawdę, a wiele rzeczy, pozornie ważnych ma wymiar teatralnej dekoracji. Najwyraźniej widać to na przykładzie pieniędzy i czasu. Nie ma w Polsce dziś takiej figury stylistycznej jak zdobywanie majątku. Można majątek odziedziczyć, ale to zwykle nie dotyczy ludzi przebywających na tym blogu, można też chodzić do pracy. I tyle, o zdobywaniu majątku i dysponowaniu nim nie ma mowy. O przepraszam, można jeszcze wziąć sobie dotacje unijne, które są zabawą jedynie i ze zdobywaniem majątku nie mają nic wspólnego. To wszystko....ach jeszcze nie, wcale nie wszystko! Można jeszcze paść łupem tych, którzy przyjeżdżają tu z zagranicy celem zdobycia majątku. I to już właściwie wszystkie możliwości. Opresja ta, bo jest to opresja, bierze się moim zdaniem z socjalizmu państwowego, który w dodatku jest tak kulawy, że nie potrafi definiować swojej misji inaczej jak tylko wobec własnych obywateli. Celem zaś owego systemu, jest tychże obywateli ubezwłasnowolnianie i grabienie - z uśmiechem dobrotliwego psychiatry na ustach rzecz oczywista. Można to nazwać krócej i wtedy definicja brzmieć będzie następująco: naszym problemem jest brak doktryny państwowej, która rozumiana jest przez urzędników aparatu szyderczo jako „robienie dobrze obywatelowi”. I tyle.

No, ale nie o majątku miałem dziś pisać, a o bohaterach. Ci zaś są nieodmiennie ważnym elementem różnych fascynacji, szczególnie zaś dotyczy to literatów. Od wczoraj mamy tu dyskusję o Andrzeju Bobkowskim, autorze listów, tomu wojennych zapisków i kilku słabych opowiadań, którego próbowano w ciągu ostatnich 20 lat wykreować na guru konserwatywnej, polskiej prawicy, takiej co to pieniądze gromadzi, a umierać bez potrzeby nie chce. Takiej co to z pewnością spodobałaby się pisarzowi Zychowiczowi. Jak słusznie zauważyła Kossobor, jest Bobkowski człowiekiem wyautowanym przez swoją sferę, która to sfera – mam na myśli elity ziemiańsko inteligenckie – tradycyjnie popiera się nawzajem w różnych przykrych okolicznościach. Bobkowski zaś został przez tych ludzi wystawiony za drzwi. Nie on jeden jak pamiętamy, bo od razu przypomnieć należy Miłosza i Gombrowicza, którzy też na aucie się znaleźli. Miłosz, jak sam pisał, przez to, że jego stryj ożenił się z Żydówką i sprzedał ziemię na Ukrainie Rosjanom, a Gombrowicz, bo był zbyt inteligentny dla tego zatabaczonego towarzystwa z Małoszyc, co tylko polować albo dziewki psuć chciało. Tak sobie teraz myślę, że z tym ziemiaństwem to jest kłopot prawdziwy, bo ludzie ci z istoty skazani byli na trwanie lub degenerację. Nie mogło być inaczej. Niby gdzie bowiem ma awansować i na kogo syn właściciela 20 tysięcy hektarów pszenno buraczanej ziemi nad Zbruczem? I czym takiemu może zaimponować świat? On może zostać oczywiście jakimś masonem, z nudów zupełnie, jakimś szpiegiem obcych mocarstw, bo mu to podnosi ciśnienie i adrenalinę, ale to właściwie wszystko. No i może także strzec ziemi i tradycji, ale to wielu z nich wydawało się po prostu zbyt nudne w konfrontacji z pokusami świata.

I nie mówcie mi o uniwersytecie i karierze akademickiej, bo wszędzie poza Polską sprawy te są lekceważone, a w świętej pamięci Austro-Węgrzech były wręcz w pogardzie. Tak więc ziemiaństwo i feudałowie w ogóle mogli jedynie strzec swojej kasty albo iść na wojnę w obronie stanu posiadania. Nic innego im nie pozostawało, a ludzie, którzy chcieli ich zniszczyć dobrze wiedzieli jak się sprawy mają. Stąd likwidację ziemiaństwa w Polsce zaczęto od deprawacji i od propagandy na temat tejże deprawacji. Czynny w tym udział brali wielcy pisarze, tacy jak Miłosz i Gomborwicz. Bobkowski mało się o tym wypowiadał, pozostając przy szyderstwach ze stanu oficerskiego w Polszcze przedwojennej.

Inaczej zupełnie sprawy miały się z różnymi aspirującymi gołodupcami. O! Ci mieli mnóstwo wariantów do wyboru, mogli wstąpić do policji, milicji, mogli wyjechać z Galicji do Ameryki, mogli studiować literaturę i zostać profesorami, a potem pisać wiersze. Im nędzniejsza była ich sytuacja i cięższe warunki w domu tym bogatszą ofertę miał dla nich świat i tym więcej pokus przed nimi stawiał. Koniec jednak tych wszystkich poczynań był zawsze taki sam – konstatacja, że to niestety ktoś inny pociąga za sznurki, następujący po niej kac, pijaństwo, nieudane małżeństwa, rozwody, skrobanki i niechciane dzieci. Tak to mniej więcej wyglądało i wygląda do dziś. Mam tu na myśli ludzi robiących kariery, żeby mi nikt tu zaraz nie wyskoczył z argumentem, że jego dziadek wyjechał do Ohio i tam żył pobożnie i spokojnie gromadząc pieniążki.

Wrogiem tych wszystkich aspirujących młodzieńców byli starzy ziemianie właśnie, którzy mieli majątki, biblioteki i fortepiany i nie chcieli ich za darmo udostępniać, zdolnym chłopcom z wioski. Co było moim zdaniem słuszne, ale zostawmy ten temat dziś na boku.

Mamy więc tych wykluczonych, tych wielkich, których świat docenił i nagradzał. Jeśli nie za życia to po śmierci na pewno. No, a nawet jeśli nie doceniał po śmierci to przynajmniej jak to było w przypadku Bobkowskiego, próbował. I ci wszyscy ludzie są najnormalniej w świecie nagrodzeni i docenieni za zdradę. Nie inaczej. Mamy Miłosza, Gombrowicza i Bobkowskiego i za nimi ciągnie się ten dziwny ogon, który oni próbują ukryć. Dołóżmy jeszcze do tego towarzystwa Tyrmanda, o którym Horubała wspomniał w ostatnim „Do rzeczy” omawiając Bobkowskiego. Otóż Tyrmand, co zauważyli rodzimi mistrzowie od literatury, też z tym „Dziennikiem 1954” nieźle nachachmęcił. Szkoda, że widzą tylko to, a nie widzą „Złego” wydanego na Ukrainie w ilości najpierw 100 a potem 65 tysięcy egzemplarzy.

Na tym ostatnim przykładzie dobrze widać jak kształtuje się popyt i koniunktury na rynku literackim. To zdaje się Kisielewski napisał, że „książka Tyrmanda cieszyła się dużym powodzeniem w kraju i za granicą”. I dzięki temu Tyrmand mógł kupić sobie Citoena. Jakim do cholery powodzeniem może cieszyć się książka w kraju, w którym większość ludzi nie czyta książek? I co to znaczy w sytuacji podboju przez ZSRR – zagranica? Tego Kisielewski nie wyjaśnił.

Gombrowicz, Miłosz, Tyrmand, Bobkowski, wszyscy czterej podsunięci nam na tacy, bez możliwości rezygnacji z tego co jest w karcie i skomponowania własnego dania z ulubionymi dodatkami.

Od czasu kiedy Tyrmand wydał „Złego” na Ukrainie, nie zmieniło się wiele i dziś autorów kreuje się w ten sam sposób i w ten sam sposób obrzydza nam się to co potencjalnie nawet moglibyśmy polubić. Ostatnio jakiś bałwan wydał książkę o kobietach przestępczyniach z czasów międzywojennych, która reklamowana jest w typowy dla naszych zidiociałych czasów sposób. Chodzi mianowicie o to, że wcale w tej Polsce różowo nie było, kradli panie, napadali, prostytuowali się, sodomia, pogoria normalnie. Autor tej książki napisał ją na podstawie starych kronik kryminalnych i jest z siebie niesłychanie dumny, jak sądzę. Książkę wydał oczywiście „Znak”. Ja zaś powiem Wam, że gdybym chciał dziś napisać coś podobnego na podstawie archiwów sądowych i kronik kryminalnych wyszłoby na to, że na ulice wyjść nie można bo strzelają, banki są obrabiane właściwie codziennie, kobiety to głównie tanie dziwki, a faceci żyją na ich utrzymaniu. Tym bowiem charakteryzują się archiwa sądowe i kroniki kryminalne, że akty przestępcze są tam skomasowane i przez to właśnie nie stanowią one dobrego narzędzia poznania. Są jedynie rozrywką dla nędznych autorów, którzy już szykują się do zdrady, żeby w zamian za swoje zaprzaństwo dostać jakiś etat, jakieś pięć złotych bez podatku i dwa wywiady w mediach elektronicznych. Ceny bowiem za zaprzaństwo poleciały ostatnimi czasy w dół straszliwie, a to przez niezwykle rozbuchaną podaż tego towaru.

Andrzej Bursa napisał kiedy wiersz o krzywoprzysiężcy, o takim gnojku co łazi po sądzie i pyta każdego kto tam czeka na swoją sprawę; ojciec? Nie potrzebujecie czasem krzywoprzysiężcy!? I to jest wiersz, który opisuje w sposób idealny nasze czasy od mniej więcej roku 1918 do dziś. Popyt na krzywoprzysiężców był najpierw śladowy, potem coraz większy i większy, a potem tylu ich się namnożyło, że zaczął spadać i dziś leci normalnie na pysk. No i ceny za krzywoprzysięstwo też maleją. Nikomu już dziś nikt nie zaproponuje Nobla za zdradę, ani nawet żadnej katedry, ot jakiś grant, albo wywiad w oszukanej prasie, to wszystko. Ludzie się jednak pchają i pchają. Kiedy człowiek rozsądny widzi coś takiego, powinien biec w kierunku dokładnie przeciwnym niż ten tłum, ale sytuacje mamy taką, że ktoś pozamieniał drogowskazy i nie zawsze dobiegnie się tam gdzie chce się dotrzeć. Nie wystarczy proszę Państwa pójść na bal niepodległości i przebrać się tam w jakiś kostium z dwudziestolecia międzywojennego, żeby zaprzeczyć manipulacji zawartej w książce o przestepczyniach z tamtych lat. Trzeba mieć trochę więcej odwagi i nie udawać niczego. Trzeba rozpoznać dobrze realia, co niestety jest rzeczą najtrudniejszą na świecie, bo jak już powiedziałem, mało jest w naszym życiu spraw poważnych, a większość to dekoracje. Trzeba jednak próbować.

Skończyłem właśnie kolejną książkę. Nosi ona tytuł „Baśń jak niedźwiedź? Historie amerykańskie. Część I”. Inaczej się nie dało. Zacząłem wyrąbywać nową ścieżkę w tych cholernych krzakach, bo wszystko co chciałem tam zamieścić po prostu nie wlazło. Będą więc kolejne amerykańskie tomy. Nie wiem jednak kiedy. Nowa książka jest hybrydą, trochę przypomina pierwszy tom Baśni, bo historie pozornie się ze sobą nie łączą. Pogrupowane są w bloki tematyczne oddzielone od siebie bardzo wyraźnie. Są tam jednak pewne nici, widoczne dla uważnego czytelnika od razu, które wszystkie owe opowieści odległe w czasie i przestrzeni łączą w całość. Mamy więc znów coś nowego i musicie mi to wybaczyć, nudzę się łatwo i nie chce mi się powtarzać ciągle tych samych motywów. Książkę będzie można kupić na Targach Książki Historycznej w Warszawie, które odbywać się będą w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Królewskim w dniach od 28 listopada do 1 grudnia. Zapraszam. Na stronie www.coryllus.pl pokażemy wkrótce okładkę nowej książki.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (64)

Inne tematy w dziale Polityka