Toyah rozpoczął przedwczoraj bardzo ciekawy cykl tekstów o rynku i liberałach. Postanowiłem się do tej inicjatywy podłączyć, a to z tego względu, że przez dłuższy czas w wolny rynek wierzyłem, a także dlatego, że bez wiary w wolny rynek niemożliwe jest przeprowadzenie inicjatyw takich, jak choćby salon24. Tak więc wolny rynek do pewnego momentu istnieje, ale trzeba być przytomnym i moment ten wyczuć. Jeśli człowiek się nie zorientuje, kiedy wolny rynek się kończy to przepadnie. I pozostanie mu jedynie płacz i zgrzytanie zębów.
Nie mówię tu wyłącznie o wolnym rynku pracy i pieniędzy, ale także, a może przede wszystkim o rynku treści. Pokazał nam wczoraj Toyah jakąś nastolatkę, która ponoć jest córką Lubaszenki i nie wiedzieć czemu nazywa się Linde. Dziecko te markując grę na gitarze i śpiew w języku, którego nie zna, rozpoczęło karierę na polskim rynku muzycznym. Zwracam uwagę na słowo rynek muzyczny. To jest takie miejsce, w którym mnóstwo ciężko pracujących ludzi służy jako pretekst do tego, by takie dzieci jak ta bidula mogły zarobić parę stów i nie zawracać wreszcie głowy ciężko zapracowanemu ojcu, który zmaga się z nadwagą. To jest właśnie istotą wolnego rynku, nie tylko w Polsce, ale po prostu wszędzie. Na rynku książki w latach dziewięćdziesiątych królowała hurtownia braci Olesiejuk, była to i jest nadal wielka hurtownia, robiąca gigantyczne obroty. Każdy komu udało się umieścić tam swoje książki płakał ze szczęścia, choć z terminami płatności bywało różnie, jak to w hurtowniach. To była rzeczywiście firma braci Olesiejuk, ale jak się dowiedziałem niedawno już nie jest. Została – jako interes dobrze prosperujący – przejęta przez nie do końca rozpoznaną korporację. Jej dotychczasowi właściciele zaś zajmują się tam tym czym zajmowali się wcześniej, ale są po prostu na pensji. Ktoś powie, że to nie jest wcale takie nieuczciwe. Oczywiście, że nie jest, dopóki w tej korporacji ktoś nie wpadnie na pomysł, że trzeba ciąć koszty i zamknąć kilka mniejszych oddziałów. Wtedy Olesiejuk, choćby miał najlepsze wyniki sprzedaży w historii pójdzie na odstrzał i już. Polityka globalna ma bowiem w nosie lokalne interesy. Kiedy zaś nad człowiekiem wznosi się kilkupiętrowy gmach sztywnych, menedżerskich hierarchii trudno oczekiwać, że ci z samej góry przejmą się losem tych na dole. No, ale póki co Firma Księgarska, bo tak się nazywa przedsiębiorstwo, prosperuje i ma się dobrze. Ja tam swoich książek nie wstawiam, bo chadzam własnymi drogami, ale wielu ludzi chwali sobie współpracę z braćmi Olesiejuk.
Okoliczności, w którym kończy się wolny rynek, a zaczyna gospodarka socjalistyczna zarządzana z centrów niejawnych są inne dla każdego przedsiębiorstwa. Najgorzej mają chyba ludzie z branży muzycznej, bo oni – jeśli się nie podporządkują mafiom – są po prostu niszczeni. Nie ma ich, znikają. Wielu artystów pop, z krajów takich jak Polska wyjeżdżą po prostu do Chin, gdzie jest jeszcze szansa na zarobienie niezłych pieniędzy. Chińczyków jest wielu, chętnie oglądają występy europejskich zespołów, szczególnie jeśli wokalistka jest blondynką i nosi mini spódniczkę. O tym, by zrobić jakąś karierę w Polsce ludzie ci nie myślą, bo tutejszy rynek to emanacja politycznych i mafijnych hierarchii, które krzepły po 89 roku. I dlatego właśnie córka Lubaszenki musi być gwiazdą, choć ani grać, ani śpiewać nie potrafi. Nie zmienimy tego. Jedyne co można zrobić, jeśli człowiek ma rzeczywiście talent, to poszukać sobie publiczności. Muzycy mogą to robić wprost na ulicy, a autorzy w internecie. To jest na razie jedyny obszar, na którym można mówić o wolnym rynku – ulica i internet. Oczywiście wolność ta jest organiczna przez straż miejską i administrację takich instytucji jak salon24, które w imię wspólnego dobra, promowania treści ważnych, a nie przypadkowych, podnoszenia jakości itp., itd. potrafią zniszczyć i zabić każde kiełkujące dobro. To nie jest rzecz nowa, ale dla nas wychowanych w socjalizmie, jest ciągle zaskakująca. No, bo nam się zdawało, że już będzie fajnie i mimo upływu tych 25 lat nie możemy się zorientować, jak to wszystko jeździ.
Mimo tych przykrych konstatacji uważam, że nie jest jeszcze tak całkiem źle. Ludzie bowiem, tacy jak Lubaszenko, Igor Janke i faceci od disco polo, muszą udawać, że wolny rynek jest i oni zwyciężają na nim w wyniku wolnej konkurencji. Stąd właśnie tak ważne jest by mieć publiczność, bo tylko publiczność jest dla niezależnego autora i niezależnego muzyka ratunkiem. To się oczywiście może skończyć w każdym momencie właściwie, ale wtedy także nie musi dojść do kataklizmu. Pamiętamy jak było w komunie, nie było wolnego rynku treści i idei, ale jak ktoś miał skłonności homoseksualne i znał Andrzejewskiego to jakoś sobie poradził. Jeśli zaś jakiś debiutant brzydził się „tymi rzeczami” zawsze pozostawało donoszenie na milicję. Ci najbardziej zdeterminowani, o największym potencjale karierowiczowskim łączyli te dwie funkcje i dochodzili do zaszczytów naprawdę wielkich. Ot, jak choćby Czesław Miłosz. Kiedy byłem we Wrocławiu, w ostatnim dniu marca, obejrzałem sobie jakiś nocny program w telewizji. No i pokazywali tam stareńkiego już Czesława Miłosza, który mówił, że on zawsze poszukiwał towarzystwa ludzi dobrych, nigdy złych. I opowiedział o jakimś dobrym człowieku, swoim znajomym, o jakimś profesorze z Wilna, czy skądś, który napisał książkę pod tytułem „Lenin jako ekonomista”. I po tych słowach ja natychmiast wyłączyłem telewizor, bo bałem się, że ten znajomy Miłosza napisał jeszcze jedną książkę - „Goering jako historyk sztuki”.
No, ale do rzeczy. My autorzy, w przeciwieństwie do ludzi zajmujących się produkcją czy dystrybucją na masową skalę, mamy jeszcze ten margines swobody. Bierze się on z tego, że trudno autora, który ma publiczność skłonić do robienia takich rzeczy jakie wykonuje córka Lubaszenki. To jest niemożliwe. Publiczność bowiem jest tym dobrem, o które zbiegają wszyscy i póki nie doprowadza się jej do księgarni czy teatru pod lufami karabinów, mamy szansę. Przedstawiciele zaś organizacji niejawnych, które rządzą wszystkimi rynkami świata nie mogą póki co ustawić tego inaczej. Zamiast luf karabinów używają dziś budżetów promocyjnych. Nie łudźcie się jednak, że tak będzie zawsze albo, że oni się czymś różnią od tych z karabinami. Nie różnią się. Po prostu dostali inne polecenie.
Pisaliśmy kiedyś z Toyahem o tych wszystkich rzekomo amatorskich debiutach muzycznych. One służą właśnie utrzymaniu rynkowej fikcji. Zwróćcie jednak uwagę na to, że one muszą istnieć, a ludzie, którzy tam się pojawiają nie zawsze są zawodowcami, czasem dopuszczą kogoś utalentowanego, kto nie jest znajomym Maleńczuka, czy córką kolegi żony Marka Siwca. Kariery zaś tych, którzy i tak mieli wygrać nie zawsze przebiegają zgodnie z ich życzeniami. Nie wiem co dzieje się dzisiaj z wyszydzoną tu w zeszłym roku artystką Justyną Chowaniak, która wydała całkowicie profesjonalną płytę pod tytułem „Domowe melodie” i miała promocję w gazowni, gdzie przedstawiano ją jako naturszczycę, co śpiewa i gra sama z siebie, ale jakoś o niej cicho. Widzicie więc jak to jeździ, tutaj, w naszej – jak powiada Sowiniec – niszy. Oczywiście, robota propagandowa musi iść do przodu i wczoraj na przykład na samej górze salonowego pudła znalazł się tekst Jakuba Lubelskiego, czerwonego blogera profesjonalisty, całkowicie demaskujący brak profesjonalizmu tego pana. Tekst ten powisiał chwilę, ale ktoś zorientował się, że hucpa jest jednak zbyt oczywista i zrzucił go na dół. Kim jest Jakub Lubelski? Zawodowcem, to oczywiste i jako zawodowiec zawsze będzie miał pierwszeństwo przed nami amatorami. Jest także publicystą Frondy i o ile pamiętam jego poglądy oscylują wokół wartości konserwatywnych i wolnego rynku. No i właśnie dlatego umieszcza się go na widocznym miejscu, żebyśmy nie zwątpili nigdy w wolność na rynku i jakość jako podstawowe kryterium oceny tekstów.
Wróćmy jednak do tej dziwnej rodziny co się podpisuje dwoma nazwiskami – Linde Lubaszenko. Obydwaj noszący je aktorzy – ojciec i syn – zagrali kiedyś w absolutnie demaskatorskim, ale słabym filmie pod tytułem „Pamiętnik znaleziony w garbie”. Film ten opowiadał o tym skąd komu wyrastają nogi i jak sprawy przeszłe rzutują na teraźniejszość. Tyle, że nie było w nim pointy. No, ale teraz ona została dopisana, a raczej pokazana, przez tę najmłodszą latorośl rodu została pokazana. No, ale teraz słów kilka o filmie. Młody Lubaszenko gra tam starego Lubaszenkę jak jest młody, a potem samego siebie. Stary zaś gra młodego kiedy ten jest już stary. Kapujecie, prawda? Najpierw jest ten Lubaszenko żołnierzem Wermachtu ze Śląska, który idzie na wojnę, bo uważa, że to jest dobry życiowy wybór. O ile pamiętam nie jest Niemcem tylko Ślązakiem. No i na tej wojnie dostaje się do radzieckiej niewoli. Tam gładko wstępuje do NKWD i powraca na Śląsk jako jeden z wyzwolicieli i filar nowego porządku. Potem kiedy minął okres błędów i wypaczeń wyjeżdża za granicę, a kiedy wraca jest już pełną gębą opozycjonistą, delegatem sił demokratycznych, które chcą zmienić świat dla dobra ludów ciemiężonych i wprowadzić u nas wolny rynek. Łazi ten Lubaszenko po piwnicach, gdzie gromadzą się ludzie biedni i starzy, żeby odmawiać różaniec i śpiewać pieśni. Łazi i niesie im tę rzekomą dobrą nowinę, a na koniec pokazuje im dwa rozstawione palce, w geście zwycięstwa. Nie pamiętam jak się ten film kończy, ale nie ma to znaczenia. Ważne, że na naszych oczach dokonała się kolejna demaskacja, bo oto aktorzy, z których jeden – ten młodszy - nie daje się oglądać w ogóle, multiplikują się teraz na rynku muzycznym. Ciekawe dlaczego? Nie dlatego chyba, że ta mała nie ma talentu do grania. Talent nie ma tu nic do rzeczy, pewnie dlatego, że w aktorstwie jest już taki syf, że nawet stary Lubaszenko nic na to nie może poradzić. Liczą, że w epoce internetu łatwiej jest – z nazwiskiem – przebić się w branży muzycznej. Myślę, że przeżyją srogie rozczarowanie i skończy się jak zwykle – na pisaniu podań o dotację. No ale cóż nas to może obchodzić. My się nie interesujemy ludźmi, którzy nie radzą sobie z karierą. Od dziś zaczynamy sprzedawać w naszym sklepie www.coryllus.pl trzyczęściowy komiks Jakuba Kijuca, niezależnego wydawcy i autora, opowiadający o przygodach Jana Hardego – żołnierza wyklętego, który walczył z czerwonymi. Red is bad jak napisał na okładce swojego komiksu Jakub Kijuc. Niech żyje wolny rynek i wolny internet.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)