coryllus coryllus
3605
BLOG

O piłce nożnej i fałszywych kółkach zainteresowań

coryllus coryllus Osobiste Obserwuj temat Obserwuj notkę 40

 Jako bardzo młody człowiek zostałem zaprowadzony przez pewną koleżankę na zebranie fanów zespołu U2. Było to jedno z najbardziej wstrząsających przeżyć w moim życiu. Jechaliśmy bardzo długo tramwajem z Pragi na Żoliborz, była wczesna wiosna, może nawet przedwiośnie. Pomiędzy blokami na Wawrzyszewie wiało jak w Starachowicach na dworcu, a my szukaliśmy jakiejś klity, w której zebrać się mieli ci fani U2 i tam celebrować swoje, związane z działalnością tego zespołu, emocje. W końcu znaleźliśmy to miejsce. Była to jakaś salka na 30 osób, z telewizorem ustawionym pośrodku, tak jak to zwykle bywa w domach, taki salon wujka Zdziśka, tylko większy. Do telewizora podłączone było wideo z taśmą na której zarejestrowany był jakiś dawny koncert U2. Fani zebrali się nie tak znowu licznie, ale bawili się dobrze, jakieś dziewczęta kiwały się w rytm, a jakich biedaczyna przebrany za tego gościa w kapeluszu śpiewał w języku prawie-angielskim przekrzykując telewizor. Z aparaturą nie było najlepiej bo taśma była stara, rwała się i przeskakiwała, a czasem sprzęt po prostu przestawał pracować. W końcu okazało się, że całkiem się zepsuł, więc słuchaliśmy tylko tego faceta w kapeluszu, jak przymknąwszy oczy śpiewa, że jeszcze nie znalazł tego czego szuka.

Nauczyłem się wtedy jednej ważnej rzeczy, tej mianowicie, że im mocniej dziewczyna jest przekonana o swojej inteligencji i sprycie, a także o tym, że jej zainteresowania są jedyne i wyjątkowe, tym łatwiej ją oszukać. Takiej nędzy i takiego braku autentyzmu nie widziałem już nigdy potem, nawet na wykładach z estetyki prowadzonych przez pewną panią filozof w instytucie historii sztuki. Wyszedłem z tego spotkania fanów jak przetrącony, ale moja koleżanka, była zadowolona, ona uważała, że brała udział w misterium. Taśma się co prawda zerwała, jakiś głupek wył na całą salę, trzy wariatki kiwały się raz w prawo, raz w lewo, jak po mocnych prochach, ale w sumie było fajnie.

Nigdy więcej nie dałem się namówić na coś podobnego i zraziłem się przez to wydarzenie do muzyki na długie lata. Nędza zdemaskowana – taki tytuł powinno mieć to spotkanie, ale nikt poza mną nie odbierał owych wypadków w ten sposób.

Przypomniało mi się to wszystko dziś z rana, kiedy obejrzałem fragment meczu Brazylia-Chorwacja, fragment z oszukanym rzutem karnym i z tą całkiem nie a propos sytuacji radością Brazylijczyków. Ponieważ pamiętam dawniejsze mecze i pamiętam jak mocno ludzie potrafią się cieszyć z wygranego meczu swojej drużyny, patrzyłem na te wygibasy całkiem zniesmaczony. Ja wiem, że futbol już dawno nie jest taki jak go zapamiętaliśmy z dzieciństwa, być może nawet nigdy taki nie był, ale wyrażanie radość w sposób tak teatralny i wyuczony napawa mnie przygnębieniem. Wyglądało to jak zebranie fanów Bono na Wawrzyszewie w roku 1991. Piłki nożnej nie oglądam już od bardzo dawna, może nawet trochę żałuję, ale tylko chwilami, szczerze mówiąc nie chce mi się. Wpływ na to ma oczywiście sytuacja w krajowej piłce. Nie mogę na to patrzeć, tak jak nie mogłem patrzeć na tego gościa co śpiewał fałszywie piosenki Bono. To jest ponad moje nerwy, bo organicznie nie znoszę tandety. Rozgrywki klubowe mnie nie interesują, bo z kim mam się tam niby utożsamiać? Z Lewandowskim? Żarty. Piłka nożna zawsze była dla mnie elementem polityki i propagandy państwowej. Chciałem, żeby nasi wygrywali. No, a nasi wygrywać nie chcą i wszyscy wiemy dlaczego tak jest – ponieważ sport w Polsce jest po to, by żywić i ubierać działaczy, którzy obiecują aspirującym do karier piłkarskich dzieciakom złote góry.

Futbol zagraniczny zaś ma całkiem inny aspekt, jest jak sztuka nowoczesna, służy do transferowania ogromnych ilości pieniędzy poza kontrolą zainteresowanych transferami finansów urzędów i służb. Dopiero kiedy odejmiemy od futbolu te dwie wartości zostaje nam tak zwana czysta piłka, która daje radość i kształtuje charaktery. Czy taką piłkę widzimy na mistrzostwach? Czasami tak. Ja, tak jak większość moich rówieśników, najsilniej przeżywałem Mundial z roku 1982, ten w Hiszpanii. Miałem wtedy 13 lat i też chciałem być piłkarzem, mimo że nie biegałem szybko, miałem słabą koordynację i bałem się uderzyć piłkę głową. No, ale wszyscy wtedy chcieli być piłkarzami, więc ja też. No i na tamtym mundialu piłkę prawdziwą i szlachetną reprezentowała drużyna Kamerunu, wszyscy ich pamiętamy – Roger Milla, Thomas N'kono i inni...Dziś pewnie też jest taka drużyna, bo od tamtych, zamierzchłych czasów, wzrosło zapotrzebowanie na szlachetnych idealistów, którzy przegrywają, ale czy to jest rzeczywiście to samo? Nie wiem. Lepiej opowiem wam jak się zaczęła dla mnie przygoda z mundialem w roku 1982. Oto zaczęły się mistrzostwa, a ja już miałem cały zeszyt wypełniony zdjęciami drużyn biorących w nich udział. Zdjęcia te drukowano w tygodniku „Panorama Śląska”, który moi rodzice prenumerowali. Wycinałem je i smarowałem klejem, a potem przybijałem pięścią do kartek w zeszycie. W kiosku pojawiło się specjalne wydawnictwo, bardzo luksusowe jak na tamte czasy, taki zeszyt o piłce. Zdjęcia, wywiady, wspomnienia, dziś coś takiego można by było zrobić w domu, ale wtedy było to coś niezwykłego. Nie można było tego zeszytu kupić tak po prostu, bo na jeden kiosk przypadało ich może dwa, a może trzy. Moja mama, która była zaprzyjaźniona z panią kioskarką wyżebrała dla mnie ten zeszyt. Koledzy z ulicy, kiedy zobaczyli, że ja to mam, a oni nie, obrazili się prawie śmiertelnie. Takie to były czasy. Szczególnie Artur mocno ten fakt przeżywał, bo on w przeciwieństwie do mnie dobrze grał w piłkę i wydawało mu się, że jemu także należy się taki bonus z kiosku. No, ale cóż miałem robić? O podzieleniu się tym zeszytem nie było mowy. Jakoś to się w końcu wyprostowało i żyliśmy dalej w zgodzie. Wspominam te czasy także z tego powodu, że Artur zmarł niedawno, 22 maja, miał 44 lata. Był o rok młodszy ode mnie. Już dawno nie grał w piłkę, jadł tylko za dużo i zdecydowanie za dużo palił.

Kiedy zaczęły się mistrzostwa w telewizji, my postanowiliśmy zorganizować własne. Nie mieliśmy boiska, kiedy graliśmy w piłkę, wyglądało to tak, że szliśmy na łąkę, tam ustawiało się coś prowizorycznego, udającego bramki i wszyscy latali jak opętani próbując kopnąć piłkę. No, ale przyszły mistrzostwa i my postanowiliśmy to jakoś uczcić. Pastwiska w naszej okolicy były dość duże, a jeden ich fragment, obok miejsca zwanego Księdzową Górką, wyśmienicie nadawał się do tego, by powstało tam boisko. Potrzebne były bramki. I my te bramki sobie zrobiliśmy. Niech Wam się nie wydaje, że były to jakieś rachityczne konstrukcje z patyków. Myśmy po prostu poszli do lasu całą gromadą i nie mając świadomości, że dokonujemy przestępstwa, wyrąbaliśmy tam 6 sosen w wieku na oko około 40 lat każda. Potem na własnych, trzynastoletnich ramionach przenieśliśmy te pnie wprost na nasze boisko i tam wkopaliśmy w ziemię czyniąc z nich słupki połączone poprzeczkami. Do dziś nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy. Z lasu na nasze boisko był kawał drogi, myślę, że dwa, albo dwa i pół kilometra, po drodze mieliśmy do pokonania nasyp kolejowy, kawałek bagna i sporo krzaków. Każdą sztukę niosło dwóch chłopaków, ja szedłem w parze z rudym Maćkiem, który był dużo ode mnie niższy. Nie było mu łatwo. Mnie też nie, zatrzymywaliśmy się po drodze ze trzy razy. No, ale zrobiliśmy to. I wtedy zrozumiałem, że Pan Bóg czuwa nad takimi jak my i być może także czuwa nad całą piłką nożną, na świecie. Ukradliśmy z państwowego lasu sześć dłużyc. Myślę, że wystarczająco dużo, żeby naszych ojców posadzić na dwa lata do więzienia. Kiedy skończyliśmy, na nasze boisko przyjechał sołtys, który był dziadkiem jednego z naszych kolegów. Przyjechał rowerem, a na jego twarzy przerażenie mieszało się ze zdziwieniem. Jego syn był bowiem milicjantem, a on sam jako sołtys, musiał przecież kapować o wszystkim co się działo na jego terenie. No, a tu dzieci, w tym jego wnuk, ukradły państwowe drewno i zrobiły z niego bramki. Jak się okazało potem, zarówno teren jak i bramki były tak świetne, że na nasze boisko przyjeżdżali ludzie z drugiego końca miasta, żeby sobie pograć. Lepsze miał tylko klub „Orlęta”, bo o ile pamiętam „Czarni Dęblin” nie mieli jeszcze wtedy gdzie grać. No i boisko przy technikum mogło się jeszcze równać z naszym, ale poza tym nie było w całym mieście nic lepszego. Sołtys nie wiedział co zrobić. Pojechał w końcu, a my nie ponieśliśmy żadnych konsekwencji. Myślę, że nawet jeśli gdzieś doniósł, to tak zwane czynniki uznały, że nie ma o co się awanturować, bo mamy czas fiesty prawdziwej, nie takiej jak na zebraniu fanów zespołu U2. No, a później, przez całe mistrzostwa i dużo, dużo dłużej graliśmy na tym boisku w piłkę. I trwało to chyba aż do czasów kiedy wyjechałem do szkoły i rzadko już zaglądałem na naszą ulicę. Potem teren tego boiska przejął pewien człowiek, na którego wołano Kasiorz, nie dlatego, że miał coś wspólnego z kasami, ale dlatego, że jego matka miała na imię Katarzyna. Poprosił nas grzecznie o sprzątnięcie bramek, ale my tego nie zrobiliśmy, bo nie wiedzieliśmy gdzie mamy je przenieść. Innego, tak dobrego miejsca na całych naszych łąkach nie było. Później bramki zniknęły w tajemniczy sposób. Okazało się, że starsi chłopcy, tacy, którzy już myśleli o sprawach moczo-płciowych i o alkoholu, zrąbali je i wynieśli w krzaki, nieopodal miejsca, gdzie zbieraliśmy wszyscy latem czerwone kozaki. Tam zbili z nich stół, czy nawet dwa stoły i przychodzili popołudniami, by siedzieć w tych krzakach i pić wódkę. Pewnie wyda Wam się to dziwne, że ludzie zamiast pić wódkę w domu, chodzili z nią pod las, gdzie własnoręcznie zbudowali stolik z boiskowych bramek. No i cóż ja Wam mogę powiedzieć? Są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Nie takie rzeczy wyrabiały się w owym czasie w sławnym mieście Dęblinie. Stół w osinowym zagajniku, przy którym raczy się alkoholem gromada pryszczatych młodzieńców, należał raczej do widoków powszedniejszych.

Parę lat temu powstało u nas nowe boisko. Bliżej ulicy, założył je nowy sołtys – pan Janek. Co się jednak musiało stać, bo kiedy byłem tam przedwczoraj, ogrodzenie wokół boiska było całkiem rozwalone, wszędzie rosła wysoka trawa, której tam nie było nigdy. Pomyślałem, że nikogo już nie obchodzi ani piłka, ani ten nowy mundial. Nie obchodzi, bo nie ma polskiej drużyny po prostu. Nie ma też na naszej ulicy zbyt wielu dzieci chętnych do uprawiania sportu. Dlatego to tak wygląda.

Na pocieszenie powiem Wam, że w nowym numerze Szkoły Nawigatorów mamy tekst i komiks o najlepszym piłkarzu wszech czasów, czyli o Erneście Wilimowskim.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, sam jadę dziś do Warszawy spotkać się z Tomkiem Bereźnickim, który dziś przyjeżdża i nagrać kawałek gawędy o komiksach, który umieścimy tu niebawem.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (40)

Inne tematy w dziale Rozmaitości