coryllus coryllus
4021
BLOG

Żegnaj szkoło

coryllus coryllus Społeczeństwo Obserwuj notkę 30

 Uroczystość zakończenia roku w szkole mojego dziecka trwała wczoraj trzy godziny. Moja żona poszła tam wprost z uroczystości zakończenia roku w swojej szkole, a na tę wybrała się bez śniadania, bo sądziła, że wszystko zakończy się szybciutko i bez niepotrzebnego przedłużania. Zakończyło się o trzeciej po południu. Ja sam nie mogłem uwierzyć, że to trwa aż tyle czasu i pojechałem do szkoły, sprawdzić, czy oni tam w ogóle są, czy coś się nie stało. Sam nie poszedłem na to zakończenie roku, bo jest mnóstwo pracy w domu. No i okazało się, że wszyscy są ciągle na sali gimnastycznej, a do wręczania świadectw jest jeszcze daleko. Rodzice w większości uciekli, pod ścianami siedziały tylko jakieś skrajnie zdesperowane mamy i moja żona, która ma wdrukowane w głowę poczucie obowiązku graniczące z obłędem. Chciałem ją stamtąd zabrać od razu, mając w pamięci wszystkie moje zakończenia roku, na które chodziłem sam, bez rodziców. Nie zgodziła się, powiedziała mi ze łzami w oczach, że zostanie, bo to się na pewno niedługo skończy. No więc ja, człowiek skrajnie nieodpowiedzialny, samowolny i nie zwracający uwagi na różne okoliczności brzegowe, po prostu wyszedłem i pojechałem do domu, gdzie mój kolega, który na tę okazję przyjechał aż z Dęblina pomagał mi w różnych pracach. Dlaczego tak - spytacie? Bo wszyscy niepijący pomagierzy są już w Londynie, a tych, którzy tu zostali i mogliby się przydać przy prostych pracach nie ma co wynajmować, bo po pół godzinie będą leżeć bez przytomności. Przychodzą, nawet jak jest lato, w koszulach z długimi rękawami. W każdym rękawie mają po butelce piwa „Rysy”, które ma 14 procent mocy. Wypijają po dwa i łażą po działce jak brytyjscy żołnierze po ziemi niczyjej w filmach o I wojnie światowej. No więc jak chcę cokolwiek przedsięwziąć, posprzątać plac, przenieść drewno z jednego miejsca w drugie, poukładać różne śmieci, coś uporządkować jednym słowem, dzwonię po mojego kolegę z Dęblina, z którym chodziłem do podstawówki. On przyjeżdża i w pół dnia załatwia sprawę. Inaczej się nie da. No i wczoraj te dwie sprawy stały się – jak mówią wybitni autorzy – klamrą spinającą przeszłość z teraźniejszością i przyszłością. Wszyscy pamiętamy zakończenia roku w naszych szkołach, we wszystkich wyglądały one tak samo. Pamiętamy film „Yesterday”, który pokazywali w kinach w latach osiemdziesiątych, o chłopakach, którzy chcą założyć zespół, o zwariowanym nauczycieli WF, którego grał Majchrzak i innych takich historiach. No więc to jest stała. To jest nasz wkład w kulturę światową. Dokładnie pamiętam, jak Andrzej Bobkowski w swoich „Szkicach piórkiem” szydził z Polski, jej historii i kultury, szydził w sposób przewrotny i cyniczny, martwiąc się, że w Polsce nic poza dworem i jego magią nie powstało. Nie to co we Włoszech, gdzie był renesans, czy w Niemczech gdzie był gotyk. Jeśli przyjmiemy za swój ten obłąkany sposób rozumowania, którego przecież nauczają na uniwersytetach, przyjdzie nam stwierdzić, że nasz w kład w kulturę, to zakończenia roków szkolnych i wszelkie inne szkolne uroczystości. Ta swoista bardzo komedia dell arte z charakterystycznymi postaciami, które mają jakąś tam przeszłość, a dziś udają kogoś zupełnie innego i realizują misję, która zwie się wychowaniem młodzieży. Na końcu zaś mamy pointę, zawsze szczęśliwą, choć łzawą. No, a potem wszyscy wyjeżdżają na zmywak. Tak jest dziś, bo w dawnych czasach, u nas przynajmniej, wszyscy szli do wojska, albo na kolej, a kilku wyjeżdżało na studia, żeby już nigdy nie powrócić w rodzinne strony.

Wśród postaci charakterystycznych, występujących w naszych przedstawieniach na pierwszy plan wysuwał się zawsze zwariowany wuefista. W sfeminizowanych szkołach był on jedynym człowiekiem podejmującym jakieś decyzje i zdolnym utrzymać na swoich barkach ciężar odpowiedzialności za organizację imprez. W szkole mojego dziecka jest dokładnie tak samo, pan od wuefu, nie dość, że wszystkiego pilnuje to jeszcze gra na gitarze i śpiewa, no i wczoraj mogliśmy przez godzinę chyba podziwiać ten jego kunszt. Ja się zmyłem na szczęście, ale reszta siedziała i słuchała. W naszej szkole dęblińskiej wuefu uczył Wiesiek, który też grał na gitarze i śpiewał, tyle, że dużo lepiej niż ten wczoraj. Zaliczył nawet kiedyś występ w Opolu, ale przepadł w eliminacjach. Jako wychowawca młodzieży stosował stare, wypróbowane metody – za próbę wejścia na salę gimnastyczną w nabitych błotem trampkach, prał ucznia tymi trampkami po łbie, aż się z nich to błoto wysypało. Było to niezwykle skutecznie wychowawczo, choć zdarzało się, że w przypadku niektórych osób Wiesiek musiał tę operację powtarzać kilka razy. Wiele to mówi o trudzie jakim jest praca nauczyciela.

Dyrektorzy w takich uroczystościach zwykle pełnią funkcję naczelnego kapłana świątyni wiedzy, wygłaszają jakieś mniej lub bardziej zaskakujące przemówienia, siedzą w pierwszym rzędzie, pomiędzy najbardziej zaufanymi nauczycielami i markują wzruszenie. Chcieli by iść do domu, ale nie mogą, muszą siedzieć do końca i to jest z pewnością przyczyną, dla której torturują innych, przedłużając zakończenia i rozpoczęcia roku szkolnego w nieskończoność.

Prócz wuefisty i dyrektora występuje też zawsze jedna nauczycielka, która na sam widok młodzieży w białych bluzeczkach i koszulach dostaje histerii i zaczyna płakać. Nic się jeszcze nie dzieje, nawet nie zaczęli śpiewać „Do widzenia starzy przyjaciele”, a ona już ociera łzy. Kiedy impreza się kończy trzeba ją wyprowadzać z sali, tak jest wzruszona i nieszczęśliwa. U nas w szkole zawsze w tej roli występowała pani od geografii, dziś już niestety nieżyjąca. Nie wiem jak było u mojego dziecka, bo zwiałem.

I tak to leci od końca II wojny światowej, a przez fikcyjność naszego państwa nabrała owa aranżacja walorów kabaretowych i literackich. Niemożliwych – zauważcie - do realizacji w II RP, gdzie wszystko, a urzędy najbardziej, było traktowane z powagą i namaszczeniem. Polska ówczesna miała bowiem, w opinii zamieszkujących ją pracowników edukacji, świetlaną przyszłość. W PRL wszyscy wiedzieli co się święci, więc udawali, a jeśli nie udawali – jak płacząca nauczycielka – to znaczy tyle, że poddawali się jakimś swoim, osobistym emocjom. Ja zawsze miałem wrażenie, że jakby się nagle okazało, że zakończenia roku nie będzie, a zamiast tego na scenie ktoś położy małego kotka, na którego wszyscy będziemy patrzeć przez godzinę, pani od geografii niczego nie zauważy, tylko rozpłacze się normalnie, tak jak zwykle.

Szkoła inspirowała pisarzy i myśmy tych pisarzy kochali, bo szkoła była jedynym środowiskiem, z którym mogliśmy się bezpiecznie identyfikować. Mimo szaleństw, które się tam odbywały, mimo patologii i mimo Wieśka walącego brudasów po łbie trampkami złożonymi do siebie, podeszwa w podeszwę. Wszelkie próby zbudowania jakiejś solidarności emocjonalnej wokół wojska, na przykład, kończyły się klęską i wydawaniem mnóstwa pieniędzy na festiwale piosenki i zespoły muzyczne grające marsze i „Chabry z poligonu”. Bezskutecznie rzecz jasna, bo wojsko nie integrowało nikogo, z wyjątkiem ludzi, którzy zeń żyli, a ci nie puszczali pary z gęby na temat tego życia, bo za dużo kradli w tym wojsku i za dużo pili. To samo było z każdym innym zawodem, z każdym innym zakładem. Nie wiem czy pamiętacie piosenkę Hołdysa o chłopie co pije, ale dżez....Tam jest taka fraza: Jak naprawdę jest nikt nie wie, kornik ryje dziurę w drzewie, elektronik kradnie w „Tewie”, a chłop pije, ale dżez. Otóż „Tewa” to był duży i bardzo poważny zakład produkujący elektronikę, który stał tam, gdzie dziś stoi „Galeria Mokotów”. Upadł nie dlatego bynajmniej, że elektronicy wszystko rozkradli, ale z innych powodów. Ze szkołą było inaczej. Dla wielu ona naprawdę była domem.

Ja, przyznam się otwarcie, nigdy nie żałowałem szkoły. Nie wiedziałem co prawda też nigdy co będzie ze mną i moim życiem dalej, ale po szkole, ani podstawowej, ani średniej nie płakałem. Nie czułem się tam dobrze po prostu i folklor szkolny oraz panujące tam relacje międzyludzkie uwodziły mnie średnio. Nigdy też nie wracałem do szkoły i nie szukałem kontaktu z nauczycielami. No, może teraz bym się przejechał do technikum, ale też bardzo ostrożnie i bez przesadnych nadziei. Minęło już wiele lat...

Nie da się jednak zaprzeczyć, że szkoła to było jedyne prawdziwe życie jakie mieliśmy. I ono się ładnie odbiło w książkach. Wszyscy czytali Niziurskiego i Ożogowską, wszyscy się śmiali i płakali, przy tej lekturze, bo każdy wiedział, że to prawda, bo podobne sytuacje miał w swojej własnej szkole. I to nam dawało poczucie bezpieczeństwa. Kulawe, oszukane, ale jednak było to poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że uczniowie naszej dęblińskiej szkoły mieli trochę więcej szczęścia niż inni. Nie było bowiem takiej patologii, którą nasi nauczyciele nie zajęliby się ze stanowczością i uwagą. Dzieciaki z innych szkół przychodziły do nas i oddychały z ulgą. Znałem kilka takich przypadków.

Kiedy patrzymy dziś na relację szkoła-literatura widzimy jak te dwa światy się rozjeżdżają, widzimy te rozpaczliwe wysiłki dyrektorów, by szkolna celebra była tak samo ważna i wzruszająca jak dawniej, by było fajnie, tak jak w książkach Niziurskiego i Ożogowskiej, widzimy te aranżacje, prezentacje, śpiewy i całą tę nieszczerość i wcale nam się nie chce płakać. Z drugiej zaś strony mamy te żałosne książczyny o przygodach dzieci w szkole, całkiem sfałszowane, bo ich autorzy chodzili do szkół z nami i tamte czasy opisują, a nie współczesność. Dodają do tego jeszcze jakąś propagandę, całkiem nie do zaakceptowania. Jak pamiętamy w książkach pisanych w komunizmie propaganda była obecna, ale w sposób wstydliwy. Jakiś szpieg się gdzieś przemykał, jakieś organizacje działały, ale to były serwituty, które autor spłacał władzy, za możliwość pisania. Dziś propaganda wymierzona jest wprost w ucznia. Literatura dla dzieci, literatura o szkole nie ma funkcji integrującej, ale całkiem odwrotną. Ja tu już pisałem o książce pod tytułem „Wszystkie lajki Marczuka”, przeznaczonej dla dzieci z podstawówki i chyba nawet gdzieniegdzie omawianej jako lektura. Otóż chodzi o to, że wśród dzieci ogłoszono konkurs na najciekawsze opowiadanie o II wojnie światowej. Nagrodą jest wyjazd do Tel Avivu, bo konkurs ogłosił instytut Yad Vashem. No i bohater główny pisze opowiadanie o dzielnym Marczuku, który ratował Żydów oraz o jego przeciwniku, który na nich donosił. Wygrywa konkurs i ma już jechać od tego Tel Avivu, ale wtedy następuje tak zwany nieoczekiwany zwrot akcji, bo autor przyznaje się, że Marczuka wymyślił. Nie było takiego bohatera, prawdziwy był jedynie ten drugi – ten kapuś. No więc tak dziś wygląda tendencja wiodąca jeśli chodzi o wychowanie młodzieży w duchu poszanowania innych wartości. O tym, by w tych książkach dla dzieci występował ksiądz, albo pojawił się jakiś motyw religijny mowy być nie może. Szkoła jest bowiem świecka i nawet obecność lekcji religii niczego tam nie zmienia. Szkoła próbuje ratować się przed unieważnieniem poprzez organizowanie coraz bardziej rozbudowanych akademii przeładowanych coraz bardziej fikcyjnymi emocjami. Czy uda się uratować szkołę? Myślę, że nie. To jest schyłek. Wszystko zaś zakończy się wraz ze śmiercią ostatniego zwariowanego wuefisty.

Słyszałem ostatnio taką historię, matka wysłała syna do szkoły gastronomicznej, bo się do innej nie nadawał. No i tam syn ten miał praktyki. Matka opowiadała o tych praktykach z entuzjazmem i emfazą, odbywały się one bowiem w jakimś londyńskim pubie. W londyńskim pubie...!!!!!!!!!!!!Tak wygląda koniec polskiej szkoły i koniec polskiej edukacji w wersji przyjętej przez Komisję Edukacji Narodowej w stuleciu XVIII. Tak wygląda schyłek edukacji państwowej, budowanej wokół wartości zwanych państwowymi lub świeckimi. Lepiej nie będzie, nawet jak na zakończenie roku do naszej szkoły zaproszą samego Hołdysa.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl można tam obejrzeć nagrania z ostatnich dni, gdzie wraz z Tomkiem Bereźnickim opowiadamy o komiksie „Święte królestwo”, który ukaże się na jesieni.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (30)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo