dziedziczna cytadela finansjery dziedziczna cytadela finansjery
100
BLOG

Jak Gazeta Wyborcza rozprawia się z naukami przedmałżeńskimi

dziedziczna cytadela finansjery dziedziczna cytadela finansjery Polityka Obserwuj notkę 7

Gazeta Wyborcza w swej wkładce warszawskiej, widać z braku tematów bardziej jej odpowiadajacych (trasngenderyzm, homofobia, mundurki), postanowiła zwrócić swe postępowe oko na instytucję katechizacji dla narzeczonych, zwanej "naukami przedmałżeńskimi".

Zaczyna się całkiem niewinnie - ot panna Dominika, psycholog i historyk sztuki miała szczęście (gdyż Kościół idzie z duchem czasu) i zapisała się z narzeczonym na kurs weekendowy w kościele św. Anny. Nauki tam bowiem cieszą się opinią jednych z najlepszych w stolicy. Para nie musiała więc korzystać z ofert "odsprzedaży" za kilkadziesiąt złotych miejsca na kursie (co jest, zdaniem Gazety Wyborczej, zgodne z katolickim sumieniem) ani z "załatwienia" kursu "eksternistycznie".

Niestety, sielanka szybko się kończy, gdyż kurs o mało nie zniechęcił ich do małżeństwa. A ściślej ta część, na której wiedzą z uczestnikami kursu dzieliły się pary małżeńskie. Dwie pary były po pięćdziesiątce, panowie w odprasowanych koszulach i panie w powłóczystych spódnicach. Jedna para była w wieku 35 lat. Ci wyglądali nowocześnie. Biedna Dominika nimi właśnie się rozczarowała, bo myślała, że bedą najbardziej życiowi.

A ci życiowi ni w dudu nie byli. A to choćby dlatego, że gdy pani zaczęła od rozmowy o "akcie", słowo "seksualnym" nie przeszło jej przez gardło. Zgroza! Bohaterskie tłumy "kursantów" zapobiegły dalszej kompromitacji, wydając pomruk niezadowolenia, gdy prowadząca wyjaśniła, że łoże małżeńskie jest ołtarzem.

Więc głos zabrać musieli panowie, którzy o porodzie, ciąży i karmieniu piersią mówili w taki sposób, że sala prawie uwierzyła, że dzieci wyszły z ich łona. Ich żony ograniczyły się do przytakiwania i wyrozumiałych spojrzeń. Taka wizja małżeństwa pannę Dominikę przeraziła, i to "zwyczajnie" przeraziła.

Dalej panna Dominika cytuje swoimi słowami to, co usłyszała na kursie - m.in. że nie ma się co martwić o pieniądze, bo po trzecim dziecku pan Bóg zsyła mieszkanie. No cóż. Osoby wierzące moga dać wiarę, że panna Dominika cytuje wszystko dosłownie, tak, jak zostało powiedziane, niczego nie przekręcając. Trochę jest to trudne, skoro parę zdań dalej panna Dominika mówi: Spodziewałam się, że to księża będą namawiać nas na płodzenie dzieci, zabraniać współżycia i nakazywać posłuszeństwo wobec męża. Tymczasem ich nauki były dokładnym zaprzeczeniem tego, co mówiły pary. Dowiedzieliśmy się, że do planowania rodziny trzeba podchodzić z rozsądkiem, dzielić się obowiązkami i czerpać radość z seksu. Trudno uwierzyć, żeby kurs, jeden z najlepszych ponoć w stolicy, polegał na tym, że drugiego dnia kursu parom wykłada się dokładne zaprzeczenie tego, co wykładane jest dnia pierwszego. Zwłaszcza, że organizator katechezy, ks. Muszyński tez ma wątpliwości co do pamięci panny Dominiki i otwarcie nazywa teorie, które ta jako zasłyszane przytacza, bzdurami. Głos oddano tez innej pani, która prowadzi kursy w kościele św. Krzyża i wyjaśnia skąd mogło się wziąć nieporozumienie i niezrozumienie.

No dobrze, tutaj jedna pani może coś źle powiedziała, druga może coś źle zrozumiała, ale na koniec ksiądz był ok. Jest jednak i panna Marta, anglistka, która wykładu o czystości przedmałżeńskiej słuchała w sali pełnej brzuchów. Zainspirowana widokiem "dresika" obejmującego wysmarowaną samoopalaczem narzeczoną w zaawansowanej ciąży pomyślała, że wszyscy się nawzajem oszukujemy - i ksiądz, i młodzi.

Okzauje się, że za słowami mogą iść czyny. Otóz Anna, która dowiedziała się, ze w 6 miesiącu ciąży albo wyprowadzi się od swojego chłopaka, albo nie ma czego szukać w kosciele, wzięła więc ślub w USC, bo nie zamierzała piętrzyć hipokryzji. Warto tu zwrócić uwagę, że pani nie usłyszała, że nie ma czego szukać w Kościele, przez duże K - a w kościele, czyli zapewne w parafii. Chodziło zapewne o to, że, jak się można domyślać, były pewne kłopoty z uzyskaniem rozgrzeszenia dla osoby żyjącej w związku niesakramentalnym bez żalu za grzech i zobowiązania poprawy. Wydaje się, że pani 30-letnia, chcąca zarzeć sakrament małżeństwa w Kościele rzymskokatolickim z pewnych uwarunkowań natury, nazwijmy to obiektywnej, powinna sobie zdawać sprawę. Wyrazy szacunku dla niej, że faktycznie wolała nie piętrzyć hipokryzji. Może kiedyś wróci do Kościoła i przeystąpi do sakramentu małzenstwa. Czego jej z serca życzę.

Ale nie wszędzie jest tak tragicznie. Jak się trafi na ludzkiego księdzia, to można usłyszeć pewnien trick, z którego bardzo ucieszyła się panna Justyna, menedżer w firmie telekomunikacyjnej. Otóż do spowiedzi należy iść w dniu ślubu - wtedy nie zdąży się nagrzeszyć, bo nie będzie czasu. Świetny pomysł, ciekawe czy, zdaniem panny Justyny oraz Gazety Wyborczej, taki pomysł (przypomnijmy, sposób na jak najkrótsze, a nie jak najdłuzsze trwanie z czystym sercem, w stanie łaski uświecającej) jest piętrzeniem hipokryzji, czy może pójsciem z duchem czasu. Panna Justyna śmieje się z tego, a z narzeczonym Maćkiem mieszka już 6 lat. Jeżeli przysiegę małzeńską składaną przed ołtarzem będzie traktowała równie poważnie jak sakramenty, to pan Maciek chyba już może robić miejsce na ścianie na poroże.

Co robić, żeby nie zastygać z zatęchłej parafiańszczyźnie, tylko iść z duchem czasu? Czego brakowało opisanym w artykule pannom? Pannie Dominice brakowało rozmów kryzysach w związku i problemach współczesności. Czyli choroby, przemoc w rodzinie, rozwód. O ile z dwoma pierwszymi można się zgodzić (byż może przyspieszony kurs weekendowy z mruczącą publicznością wymuszał pobieżne potraktowanie niektórych tematów), o tyle ciekaw jestem, cóż panna Dominika chciała od Kościoła usłyszeć o rozwodzie. Mozna się domyślać, bo panna Dominika dzieli się opinią, że kościelna teoria małzeństwa była kompletnie oderwana od zycia. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby usłyszała, że to życie bywa oderwane od "kościelnej teorii małzeństwa", którą przecież nie sam Kościół sobie i dla siebie wymyślił. Ale nie komplikujmy sprawy. Bo mamy poważniejsze tematy - np. panna Dominika nie rozumie, dlaczego przy okazji rozmowy o zdradzie mówi się o boskim potępieniu, a nie o przyziemnych konsekwencjach niewierności, takich jak choroby przenoszone drogą płciową. Dlaczego nie mówi się o mammografii i cytologii? Ja tam myślałem, że generalnie zdradzać nie można nie dlatego, że można złapać brzydką chorobę, ale może ja nie poszedłem z duchem czasu. A o mammografi, cytologii - jak najbardziej nalezy mówić. Jak i o kolonoskopii czy morfologii - tylko czy akurat na katechezie przedmałżeńskiej?

Ale okazuje się, że można się dowiedzieć czegoś praktycznego na naukach przedmałżeńskich - a konkretnie w poradni rodzinnej. I następuje nieśmiertelna litania, jaka zwykle towarzyszy opisom naturalnych metod planowania rodziny. Jak w całym artykule, tak i tutaj panny pokazują, że nic nie zrozumiały, podobnie zresztą jak redaktorka, która uzywa pojęcia "naturalna antykoncepcja". Panna Marta, anglistka, zapewne w zgodzie z katolickim sumieniem, przedstawiła na zaliczenie jako własny, wykres ściągnięty z internetu

Ale kursy przedmałzeńskie nie zawsze muszą być tak drastyczne, jak w przypadku panien Dominiki, Marty i Justyny. Mogą być też: nudne albo z poczuciem humoru.

Są też w końcu ludzie zachwyceni naukami - Gazeta Wyborcza poświęca im aż dwa ustępy na końcu artykułu: panna Magda, senior account manager z kawalerem z Zambii - protestantem oraz panna Magda - teatrolog i historyk sztuki z przyszłym mężem Mikołajem - teologiem, byli kursem zachwyceni.

A więc, drodzy państwo - jeśli jesteście teologami lub protestantami - możecie smiało uczestniczyć w katechezie przedmałżeńskiej, bo się wam może spodoba. Natomiast katolicy prawdopodobnie nie mają tam czego szukać - bo katecheza ciągle nie idzie z duchem czasu i jest nieżyciowa. Tako rzecze Gazeta Wyborcza i panna Dominika.

 

Gdyby ktoś coś, to zapraszam serdecznie https://twitter.com/Cytadela_WN

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka