Odnalazł się nasz skarb, a w zasadzie skarb PiS-u – Marcin Romanowski, były wiceminister sprawiedliwości odpowiedzialny za wszystko, co działo się w tak zwanym Funduszu Sprawiedliwości. O ile sprawiedliwość miała z tym w ogóle jakiś związek. Chyba jedynie taki, że dziś to sprawiedliwość ściga Romanowskiego.
Napisał list do sądu w Warszawie z prośbą o list żelazny i wysłał go z Tyraspola – stolicy separatystycznego Naddniestrza, tworu oderwanego od Mołdawii, którego istnienie od dziesięcioleci opiera się na rosyjskim wsparciu.
Można by powiedzieć, że to jakaś rosyjska prowokacja. Chyba jednak nie. Sprawny adwokat Marcina Romanowskiego, Bartosz Lewandowski, zawsze w takich wypadkach zabierał głos. Dziś milczy. I to milczenie jest wymowne.
Nagle okazało się również, że posłowie PiS-u słabo znają Romanowskiego. Albo niemal w ogóle go nie znają. Nie wiedzą, o kogo chodzi. Szczególnie celował w tym Andrzej Śliwka, ale inni niewiele mu ustępowali.
Nie dziwię się temu. Sprawa jest dla PiS-u głęboko kompromitująca – i to z dwóch powodów.
Po pierwsze, zarzuty o prorosyjskość PiS-u były dotąd często rzucane w eter bez dowodów, które byłyby dla opinii publicznej równie proste i widowiskowe. Teraz przeciwnicy PiS-u dostali obrazek niemal idealny: oto ścigany za domniemane nadużycia były wiceminister rządu PiS trafia – i to, jak wynika z jego własnej relacji, posługując się fałszywą tożsamością – do Naddniestrza, którego funkcjonowanie od lat zależy od rosyjskiej obecności wojskowej i politycznego wsparcia Moskwy.
I tutaj pojawia się pytanie jeszcze poważniejsze: skąd wzięła się ta fałszywa tożsamość? Trudno sobie wyobrazić, aby człowiek poszukiwany przez polskie organy ścigania mógł bez niczyjej pomocy uzyskać wiarygodną nową tożsamość i swobodnie posługiwać się nią na terytorium kontrolowanym przez separatystyczne władze Naddniestrza. Moim zdaniem takiej nowej tożsamości Romanowski nie mógł zdobyć inaczej niż przy pomocy rosyjskich służb specjalnych albo struktur działających pod ich kontrolą. Jeżeli tak było, sprawa przestaje być tylko historią o ucieczce polityka przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Staje się pytaniem o to, kto mu w tej ucieczce pomagał i jaką cenę może mieć taka pomoc.
Naprawdę trudno wyobrazić sobie bardziej widowiskowy prezent dla wszystkich, którzy chcą oskarżać PiS o prorosyjskość.
Powiedzmy sobie szczerze: Romanowski po prostu w tej sprawie wkopał PiS. I widać, że niespecjalnie przejmował się swoją partią. Bardziej przejmował się ratowaniem własnej skóry.
No właśnie… czy ratowaniem?
I tu dochodzę do drugiego zarzutu wobec Marcina Romanowskiego. Musi być on człowiekiem obdarzonym – ujmijmy to eufemistycznie – wyjątkowo głębokim deficytem odwagi. Ktoś, kto chciałby być bardziej dosłowny, napisałby po prostu, że jest tchórzem.
Dlaczego?
Sprawa jest bardzo prosta. Wyborcy PiS-u chcą widzieć, że ich polityczni pupile z tak zwaną „dyktaturą Tuska” walczą. Walczą na śmierć i życie. Walczą o Polskę. A nie, że z tej Polski uciekają – i to, choć nie bezpośrednio, pod skrzydła Putina.
Dlatego bohaterami PiS-owskiej opowieści o „dyktaturze Tuska” są Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik. Zostali w Polsce, trafili do więzienia, odsiedzieli swoje, prezydent ich ułaskawił i dla znacznej części PiS-owskiego ludu zostali bohaterami.
Romanowski – jak sądzę – osiągnął efekt dokładnie odwrotny.
A przecież można przypuszczać, że gdyby został w Polsce i ostatecznie zapadł wobec niego prawomocny wyrok, mógłby liczyć na polityczne wsparcie własnego obozu, a być może również na prezydenckie ułaskawienie. On jednak wybrał ucieczkę.
I właśnie perspektywa tych miesięcy „za kratkami za Polskę”, jak zapewne przedstawialiby to jego partyjni koledzy, wystarczyła, aby dzielny były wiceminister wybrał drogę kompromitującej ucieczki. Ucieczki, która zaprowadziła go aż do Tyraspola.
Nie wiem, czy w Naddniestrzu jest ładnie. Dlaczego się nad tym zastanawiam?
Bo to, że Marcin Romanowski wziął sobie wakacje od polskiej polityki – i że moim zdaniem są to wakacje bezterminowe, ponieważ politycznie jest skończony – to jedno. Ale skoro już ktoś wybiera się na bardzo długie wakacje, zawsze lepiej spędzać je w miejscu ładnym niż brzydkim.
A wakacje Marcina Romanowskiego mogą być naprawdę bardzo, bardzo długie.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)