8 obserwujących
182 notki
97k odsłon
  2289   2

Jak Orlen uratował umierające dzienniki.

W opisywanym teraz przypadku dział reklamy dziennika składał się z pięciu osób w jednym mieście: szefowej, dwóch stałych specjalistek od reklamy i wakatu dla pracownika na umowę śmieciową oraz handlowca od rabatów i dyrektora marketingu w innym mieście z zespołem dwóch grafików, dwóch handlowców od budowania stron dla klientów gazety oraz kilku asystentek od wszystkiego.

Szefowa działu reklamy dziennika przyszła z GW. Ela Z. miała specyficzne podejście do nowych pracowników, nie przesyłała cv do dyrektora marketingu, osobom ze stażem w handlu powierzchniami reklamowymi proponowała pracę na śmieciówce za 1tys.zł na rękę plus prowizję od zapłaconych reklam (często po dwóch, trzech miesiącach od emisji reklamy, podobno standard wydawniczy). Nie miała wyczucia kadrowego. Na tym stanowisku pracownicy śmieciowi działu reklamy poważnego dziennika wykruszali się po kilku miesiącach. Ci, którzy chcieli coś osiągnąć, zarobić poważne pieniądze na prowizji, mieli zabieranych klientów dużych kilkuletnich, z komentarzem, że nie potrafią odpowiednio tego klienta obsłużyć reklamowo. Prowizja od tych klientów trafiała albo do kieszeni Eli Z., albo za milczenie ulubionemu, długoletniemu pracownikowi dyrektora w ramach podlizania się. Nie było wsparcia merytorycznego, Ela Z.nie prowadziła coachingu w terenie. Miała etat i prowizję od prowizji wszystkich w dziale oraz od ściągniętych zaległych kilkumiesięcznych należności od firm, które się w gazecie reklamowały. Nie trzymały się jej jednak pieniądze, bo Ela lubiła ponad wszystko towary luksusowe, szybko rotujące a zaciągała się tylko papierosami zza granicy (tej zachodniej) włącznie. Ela Z. chwaliła się wszystkim jakież to ona kontrakty pisała dla działu reklamy GW, nawet na drugą całą stronę (sic!). Już prawie dwadzieścia lat przed jej przyjściem do działu reklamy tego dziennika reklama całostronicowa w GW kosztowała 60tys.zł. Ela nie wyglądała z ubioru i sposobu zachowania na osobę majętną. Raczej lubiła alkohol, dobre imprezy i niemieckiego kochanka. W swoim biurze ciągle zajęta była poprawianiem swojego wyglądu, a to piłowała tipsy, a to jadła zamówione do biura jedzenie. Tylko czasem robiła raporty.

Ela miała jeszcze jedną wadę, całkiem prywatną w pracy. Gdy po jakimś czasie okazało się, że korzystała z reklamowych umów barterowych dziennika z dużymi firmami kosmetycznymi, salonami chirurgii estetycznej czy hotelami spa, jako biorca świadczeń w zamian za drogie reklamy w dzienniku, została zwolniona.

Gazeta miała niezapłacone wielotysięczne należności za realizacje reklam z umów barterowych, a usługi upiększające dla pani Eli te firmy reklamujące się barterem wykonywały jeszcze przed ukazaniem się reklamy. Co robiła sobie pani Ela w tych firmach? Botoks, korekty liposukcji ciała, modelowanie twarzy kwasami, głowicą elektromagnetyczną i punkcją, korektę nosa, korektę dłoni (wyglądały jak męskie), zabiegi relaksacyjne, pedikiur, modelowanie sylwetki błotem, algami i wiele innych. W reklamach w wydaniach papierowych. za te wszystkie ekscesy pani kierownik Eli, „zapłaciła” gazeta, poszło to w jej straty. Ela lubiła też, zanim ją zwolnili z kierowniczego stanowiska, psuć relacje między osobami, psuć wydania gazet wycofywaniem reklam w ostatniej chwili przed nocnym drukiem, czy skłócać ze sobą dziennikarzy. Szkoda, że dyrektor, który ją zatrudniał zachłysnął się jej cv z GW, zamiast sprawdzić jego rzetelność i zweryfikować powód zwolnienia. Myślę, że powód odejścia z GW, jeśli tam w ogóle pracowała, mógł być taki sam jak w przypadku dziennika w opisanej sytuacji.

Dyrektor działu reklamy (nie podaję płci, ani inicjałów) stosunek do pracy miał podobny do kierowniczki Eli. Nie kontrolował wyników pracy by sprawdzać rzetelność kontraktów reklamowych, natomiast skupiał się na nowych informatykach, którzy mieli „robić” strony dla klientów reklamowych dziennika w pakiecie z reklamą prasową lub internetową. Jeden z tych gagatków zamiast powiększać dobrostan finansowych wyników działu reklamy dziennika, jeździł do nich jako prywatna firma, mówiąc, że zakłada strony klientom dla gazety. Kasa z kontraktu nie trafiała do dziennika, tylko do prywatnej kieszeni informatyka. Gazeta mogła być stratna na kilkunastu klientów w roku, reklamowych i w zakresie budowania stron. Informatyk netto na kontrakcie zarabiał kilka lat temu 3tys.zł. Dyrektor działu nie zorientował się, że odpływają mu majętni klienci gazety do informatyka.

Całość wyglądała tak, jakby przy zmianie właściciela na niemieckiego w odstawkę mieli pójść dobrzy dziennikarze i majątek firmy. Było to zwykłe łupienie finansowe i psucie wysokiego poziomu intelektualnego gazety. Być może dlatego, że gazeta była lewicująca jakieś paniusie wyrzucone przez GW chwytały się paskudnej roboty na „wykończenie” innej gazety.

Lubię to! Skomentuj30 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura