7 obserwujących
226 notek
124k odsłony
  247   0

Rozkład jazdy PKP

Kiedy tylko wsiądę w pociąg PKP zwykle coś mnie się przydarza. A to konduktor gadatliwy, a to drzwi się nie otwierają na peron na którejś stacji, a to toaleta nie działa, albo skład jest tak krótki, że ludzie w środku jadą ściśnięci jak śledzie, a to kasa na dworcu zamknięta, a to gdzieś po drodze pasażerów spotyka sroga nieuprzejmość ze strony pracownika PKP, że odechciewa mu się podróżować polskimi pociągami.
Kiedyś, na początku XX wieku, według polskich pociągów można było swobodnie nastawiać zegarki i zawsze pokazywały zgodną z rzeczywistością i rozkładem jazdy godzinę.
Owszem, owszem, dziś w XXI wieku co do godziny nie trzeba nastawiać zegarków, bo wszystko elektronicznie, automatycznie ustawia czas według regionu. Taka łatwość. Żeby jeszcze pociągi jeździły według rozkładów jazdy, albo przynajmniej w informacji plakatowej było dużymi literami napisane, że pociąg między tą a tą stacją stoi pół godziny, tak dla wygody pasażerów, byłoby dobrze.
Wsiadam parę miesięcy temu na krótkiej trasie w pociąg, by dojechać do miasta tzw. wojewódzkiego. Mam bilet. Konduktor metr sześćdziesiąt mądrzy się do emerytki: „Pani, te ulgi wszystkie dla emerytów i te bilety dobrych relacji to dzięki nam, PKP, a nie jakiegoś polskiego państwa, czy rządu PIS. To nie oni maczali w tym palce, to my dla klientów robimy ulgi, to nasza firma daje ulgi, nie państwo.” Wytrzeszczam oczy ze zdumienia, aż prawie mnie one wypadają z oczodołów. Przecież PKP jest spółką Skarbu Państwa, więc „producentem” biletowych zniżek jest RP, państwo polskie. Sprawdzam dla pewności w internecie – otóż tak, nic się nie zmieniło, a konduktor starszawy nie ma pojęcia o czym mówi w rozmowie z pasażerką. Wypadałoby, żeby konduktora w zakresie struktury majątkowej PKP wyszkolił, żeby nie strzelał takich farmazonów. To był pociąg typu Regio, mam nadzieję, że w TLK czy EC czy IC nie jeżdżą konduktorzy z takimi brakami w wiedzy o własnym pracodawcy.

Święta Wielkanocne – konduktor w otwartym wagonie (znów typu Regio) relacji Kostrzyn –Poznań rano w Poniedziałek Wielkanocny podchodzi do mnie, mam bilet w dwie strony i przy kontroli biletów czyta głośno stację docelową z mojego biletu w obecności innych pasażerów. Rusza mnie i pytam grzecznie, czy zna dokładnie przepisy RODO i GIODO i, że moim zdaniem stacja docelowa pasażera to dane wrażliwe podlegające szczególnej ochronie. Pytam też, czy na życzenie kogoś z pasażerów siedzących dookoła, czytając głośno stację docelową, informuje dokąd jadę. Konduktor (również około metra sześćdziesiąt wzrostu) obrusza się i mówi cytuję: „Pan się nie zna na RODO, danymi których się nie podaje publicznie są dane osobowe i adresowe”. Dalej twierdzę, że narusza moje dobra osobiste poprzez głośne oznajmianie o tym, dokąd jadę.
Wieczorem tego samego dnia wsiadam (o Boże znowu w Regio) w podróż powrotną. Trafiam na równie inteligentnego konduktora, który tylko mnie czyta stację docelową powrotu głośno i patrzy, czy zareaguję. Nie mam siły komentować.
Czy ktokolwiek wyłożył konduktorom PKP dokładnie przepisy RODO i GIODO na szkoleniu, a nie tylko podsunął tekst do zapoznania się i podpisania? Przecież niektórzy (twierdzę, że większość) tego nie czyta, a potem jak wzmiankowani konduktorzy pozwalają sobie wobec pasażerów na tego typu dywagacje, świadczące o braku wiedzy lub leniwym niedouczeniu. Bo w jakim celu konduktor na głos w publicznym miejscu komentuje dane adresowe biletu pasażera? Przecież nazwa miasta, czy miejscowości, w którym pasażer wysiada to stacja mająca adres, a więc dana zastrzeżona choćby z tego powodu. Tak prosto po ludzku.

Ale, żeby nie było, że konduktorzy to samo zło, gdy miałem bilet miesięczny trafiała się blondynka o czarnych oczach, która swoim pytaniem o bilety i informowaniu o ich kontroli robiła miłą atmosferę, a każdy czuł się w takim pociągu jak oczekiwany gość. Po kilku takich kontrolach, mając porównanie z burczącymi konduktorami, mającymi problemy z dominacją i poczuciem ważności, odezwałem się do tej miłej i uprzejmej kontrolerki, że moim zdaniem mogłaby prowadzić szkolenia w PKP dla wszystkich pozostałych na temat tego, jaki poziom powinna mieć komunikacja między konduktorem a pasażerem i jak powinna przebiegać. Uśmiechnęła się  z uwagą. Pełen profesjonalizm, którego tak brakowało w PKP codziennie.

Inna sytuacja. PKP, pociąg typu Regio trasa między Kostrzynem a Poznaniem. Konduktorów dwóch on-stary wyga od ważności wyprostowany, ona – uczennica zdająca egzamin na konduktora PKP. On z plakietką identyfikującą i w garniturze firmowym, ona w garsonce firmowej bez identyfikatora. Wchodzę na małej stacji do pociągu, szukam miejsca do tego, by usiąść, egzaminowana dopada mnie zanim usiądę i żąda obcesowo biletu do kontroli. Uprzejmie wyjaśniam, że bolą mnie nogi i pokażę bilet jak usiądę. Kandydatka na kontrolerkę najeża się i robi wokół mnie kółka skracając dopuszczalny w relacji między obcymi osobami dystans. Postawą, zachowaniem i głosowo wyraża pełne niezadowolenie z braku, u mnie, natychmiastowego podporządkowania się kontroli. Lubię kontrolę, o dziwo lubię być kontrolowany, nie znoszę jednak, gdy poziom przeprowadzania kontroli wobec mnie lub innych osób w pobliżu, nurkuje w odmęty wyższości i ma ślady gnębienia. Pytam więc panią kandydatkę na konduktora gdzie ma identyfikator, bo nie wiem z kim mam do czynienia. Konduktor PKP może przeprowadzać kontrolę biletów, jeśli ma na sobie widoczny dla pasażera identyfikator, świadczący o posiadaniu uprawnień do kontroli w pociągu. Pani najeża się jeszcze bardziej, starszy kontroler prosi mnie o bilet, a kandydatkę ode mnie odsuwa. Podaję bilet, a konduktor informuje, że pani kontroler właśnie przechodzi egzamin. Niemniej jednak konduktor nie był skłonny przyznać, że kandydatka egzaminowana przez niego zachowała się niewłaściwie. Jeśli tak wygląda egzamin w PKP to jakie są gwarancje na to, że owa pani będzie pasażerów traktować jak gości, a nie jak intruzów przeszkadzających jej w pracy, cały czas podejrzliwie i bez odpowiedniego poziomu kultury?

I kolejne zdarzenie, kasa biletowa na dworcu w mieście wojewódzkim. Otwarta tylko jedna. Przed odjazdami pociągów kolejka zawija się przed kasą kilka razy, po odjeździe pociągów brak ruchu, pojedyncze osoby kupują bilety na inne dni. Jeśli trafi się na kolejkę (co godzinę) to się przepadło na co najmniej trzydzieści minut. Stojący nieopodal biletomat również nie obsłuży wszystkich oczekujących na kupno biletu na pociąg. Wiele osób odchodzi z kwitkiem, bez biletu i biegnie na pociąg. Jeśli trafi na lokalnego konduktora znającego sytuację przy kasach, kupi bilet bez kary, choć jego brak biletu na pociąg nie jest przez niego zawiniony.
Odczekuję aż wszyscy spieszący się na pociągi odchodzące za kwadrans kupią bilety i pobiegną na perony. Dochodzę do kasy, ze względu na niedosłyszenie przekazuję kasjerce kartkę z napisanymi drukowanymi literami: stacją wyjazdu, stacjami przesiadkowymi i docelowymi oraz z godzinami odjazdu i przyjazdu, zaznaczam też podróż powrotną. Kasjerka bierze kartkę i mówi, że nie może się rozczytać i komentuje cytuję: „ja nie jestem od tego, żeby czytać jakieś kartki, niech pan mi powie gdzie pan chce jechać.” Odczekuję chwilę, bo za mną nikt nie stoi i mówię grzecznie, że chcę bilet z oferty „bilet wspólny”, który na tej trasie kosztuje Xzł. Pani na mnie podniesionym głosem peroruje, że jak jestem taki mądry to mam sobie kupić bilet przez internet i jej głowy nie zawracać, po czym wychodzi z kasy choć nie ma przerwy. Czekam kilka minut, pojawia się ponownie przy kasie zdziwiona, że jeszcze przy niej stoję, bo myślała, że mnie skutecznie odstraszyła. Odwracam głowę w lewo i pokazuję pani kasjerce na migi, że na prawym uchu mam aparat słuchowy, proszę o najtańszy bilet na trasie napisanej na kartce. Kasjerka mówi, że ona nie może mi sprzedać na tej trasie biletu wspólnego i że ten bilet nie obejmuje pociągów Regio i KW,tylko bilety na Regio i np.TLK, i że sprzeda mi zwykły bilet Regio. Proszę więc o ten bilet i po wydrukowaniu okazuje się, że bileterka wydrukowała bilet w jedną stronę i o kilka złotych droższy. Burzę się i proszę o anulowanie biletu i sprawdzenie oferty, czy naprawdę nie istnieje tańszy bilet na tej trasie w te, wybrane przeze mnie dni. Pani kasjerka eksploduje, agresywnie drukuje potwierdzenie anulowania biletu i znowu zostawia mnie przed kasą na kilka minut. Z boku na mniej niż metr w tym czasie podchodzi obcy mężczyzna i opiera się o blat przy kasie, przy którym stoję. Proszę  dosadnie o odsunięcie się, staruszek stwierdza, że będzie tu stał, bo już nie ma covidu. Rozumie, że ma się odsunąć z tym, czym „waniajet” dopiero po wysłanej w jego kierunku wiązance inwektyw. Nigdy nie wiadomo, czy takie indywiduum to nie kieszonkowiec. Wraca kasjerka.Pijak się oddala. Stwierdzam, nie bez uśmiechu, że gdyby przeczytała drukowane pismo do końca wystawiłaby bilet pół godziny temu. Kasjerka drukuje bilet w dwie strony, droższy o 10 zł od tego, o który prosiłem. Gdy odchodziłem od kasy inny pasażer prosi o bilet weekendowy na tej samej trasie, na którą ja prosiłem kasjerkę o najtańszy. Sprzedała mu bilet za 39zł. O wiele tańszy od mojego. Nie miałem siły wracać powtórnie, by anulowała ten drugi bilet i wystawiła identyczny jak pasażerowi kupującemu przed chwilą. Po prostu nie miałem siły.

Jeśli tak ma wyglądać w przyszłości uprzejmość kasjerów (wyglądających ciągle na zmęczonych) i kontrolerów PKP, to spółkom kolejowym pozostanie prowadzić więcej pociągów towarowych niż pasażerskich. Człowiek niemile widziany woli zmienić środek lokomocji na inny niż PKP, woli nawet zapłacić więcej, by nie narażać się na nieuprzejmość dużego kalibru. Lepiej jechać Boltem, autobusem Flexibusa niż PKP, tam nie trafi się na kontrolera-smurfa ważniaka, ani na dogorywającą na emeryturze i przy okazji na etacie w kasie PKP bileterkę, z tych takich złych wobec ludzi, a nie dobrych.
Może przy okazji wielu projektów nowych inwestycji torowych Zarząd PKP pomyśli o odpowiednim przeszkalaniu pracowników PKP mających bezpośredni kontakt z pasażerem. Taka prośba.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale