Zbrojenia na kredyt nie budują siły państwa. Bez stabilnej gospodarki nawet najdroższy sprzęt wojskowy staje się dekoracją, a armia — konstrukcją z dykty, która rozpada się przy pierwszym rachunku za paliwo. Wydawanie miliardów na zbrojenia nie czyni państwa silnym. Silną armię buduje gospodarka, a nie konferencje prasowe i zakupy na kredyt. Coraz częściej jednak politycy mylą potęgę militarną z błyszczącym sprzętem, który wygląda dobrze tylko na zdjęciach.
W debacie o bezpieczeństwie narodowym od lat ścierają się dwie szkoły myślenia. Pierwsza — klasyczna, nudna, ekonomiczna — twierdzi, że o sile armii decyduje stabilna gospodarka, wysoka produktywność i zamożne społeczeństwo, które ma za co żyć, pracować i płacić podatki. Druga — bardziej widowiskowa — uważa, że wystarczy wydusić z obywateli ostatnie pieniądze, kupić coś błyszczącego i głośnego, najlepiej za granicą, i ogłosić, że oto narodziła się potęga militarna.
Ta druga szkoła ma jedną zaletę: świetnie wygląda na konferencjach prasowych. Ma też jedną wadę: działa tylko do momentu, aż trzeba zatankować.
Bo prawdziwa zdolność bojowa państwa nie polega na tym, że kupiło czołg, który wygląda jakby mógł sam wygrać wojnę, tylko na tym, czy stać je na paliwo, amunicję, serwis, logistykę i żołnierzy, którzy nie muszą dorabiać na Uberze.
Ale w wielu głowach wciąż obowiązuje zasada: „Nie mamy pieniędzy, więc kupimy coś drogiego”.
To jest logika, którą trudno przebić. To jakby ktoś powiedział: „Nie stać mnie na czynsz, więc kupię jacht. Przynajmniej sąsiedzi pomyślą, że mi się powodzi”.
W świecie geopolityki działa to podobnie. Państwo, które ledwo zipie gospodarczo, nagle ogłasza zakup sprzętu za miliardy. Skąd pieniądze? Z kieszeni obywateli, oczywiście. Bo obywatel jest jak cytryna — zawsze można go jeszcze trochę wycisnąć, a jak się skarży, to znaczy, że wciąż ma sok.
Później przychodzi moment prawdy: sprzęt stoi, błyszczy, robi wrażenie… ale nie ma części zamiennych, nie ma infrastruktury, nie ma wyszkolenia, nie ma logistyki, nie ma pieniędzy na utrzymanie, a czasem nawet nie ma instrukcji w języku, który ktoś rozumie. Ale za to jest jedno: państwo sprzedające zarobiło znakomicie. I to jest jedyny element tej układanki, który działa bez zarzutu.
Bo wbrew pozorom, w zakupach zbrojeniowych najważniejsza nie jest armia kupującego. Najważniejsza jest gospodarka sprzedającego. To ona rośnie, kwitnie, rozwija się, zatrudnia ludzi, buduje fabryki, inwestuje w technologie. Kupujący natomiast… no cóż. Kupujący ma zdjęcia z podpisania umowy i dług, który będzie spłacać przez dekady.
A potem ktoś zadaje pytanie: „Czy to zwiększa naszą zdolność bojową?”
Oczywiście, że tak. Pod warunkiem, że mówimy o zdolności bojowej… państwa, które nam to sprzedało.
Bo prawdziwa potęga militarna nie rodzi się z zakupów, tylko z dobrze zorganizowanej gospodarki, zamożnego społeczeństwa i przemysłu, który potrafi produkować, a nie tylko kupować.
W przeciwnym razie armia przypomina siłownię, na którą ktoś kupił najdroższy sprzęt, ale zapomniał, że trzeba jeszcze mieć mięśnie.
I tak kończy się ta opowieść o sile państwa: nie w magazynach, nie w katalogach, nie w konferencjach prasowych, ale w portfelach obywateli, którzy — jeśli mają za co żyć — są w stanie utrzymać armię. A jeśli nie mają?
To wtedy pozostaje tylko jedno: modlić się, żeby sprzęt kupiony za ostatnie pieniądze nie wymagał serwisu.
#ArmiaNaKredyt #PatriotyzmNaRaty #ZbrojeniaBezGospodarki #PotęgaZPowerPointa #DyktaiKonferencje #ZdolnośćBojowaNaSlajdach #GospodarkaToSiła #ZbrojeniaZaOstatnieGrosze #Publicystyka #Felieton
Piszę z pogranicza idei i faktów. Interesuje mnie to, co polityczne, zanim stanie się decyzją — i to, co filozoficzne, zanim zostanie nazwane. Eseje, komentarze, refleksje — czasem z nutą ironii, czasem z powagą. Nie szukam odpowiedzi, lecz lepszych pytań.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka