Są dwa modele prowadzenia państwa.
Nie trzeba doktoratu z ekonomii, żeby je rozpoznać.
Wystarczy rachunek za ogrzewanie.
Pierwszy model — nazwijmy go A — wierzy, że rynek wszystko zrobi lepiej.
Sprzedajmy elektrociepłownie, sprzedajmy sieci, sprzedajmy wodociągi, sprzedajmy gazownie.
Pieniądze wpadną do budżetu, a resztą zajmie się „niewidzialna ręka rynku”.
Problem w tym, że ta ręka jest niewidzialna głównie wtedy, gdy sięga do kieszeni obywatela.
Bo kiedy strategiczne sektory trafiają w prywatne ręce, dzieje się zawsze to samo:
ceny rosną, zyski wypływają, a państwo traci kontrolę nad tym, co powinno być dobrem publicznym.
I nagle okazuje się, że rachunek za ciepło jest wyższy niż rata kredytu,
a jedyne, co pozostaje obywatelowi, to patrzeć, jak nowy właściciel — często zagraniczny —
rośnie w siłę na tym, co kiedyś było wspólne.
Drugi model — nazwijmy go B — działa odwrotnie.
Traktuje energię, ciepło i gaz nie jak biznes, ale jak krwiobieg państwa.
Coś, czego się nie sprzedaje, bo bez tego organizm słabnie.
Coś, co musi być stabilne, przewidywalne i dostępne dla wszystkich.
W tym modelu państwo trzyma rękę na sterze.
Nie dlatego, że lubi kontrolować, ale dlatego, że wie,
iż prywatny monopol zawsze będzie dążył do jednego: maksymalizacji zysku.
A państwo — przynajmniej w teorii — powinno dążyć do maksymalizacji bezpieczeństwa obywateli.
Model A mówi: „sprzedajmy, będzie taniej”.
Model B mówi: „zatrzymajmy, będzie stabilniej”.
Historia pokazuje, że taniej bywa tylko na początku.
Stabilniej — tylko wtedy, gdy państwo nie oddaje sterów.
Najciekawsze jest jednak to, że oba modele mają swoich wyznawców.
Jedni wierzą w sprzedaż jak w religię.
Drudzy wierzą, że są rzeczy, których nie wolno sprzedawać,
bo sprzedaje się je tylko raz — a potem odkupuje za dziesięć razy więcej.
I tu dochodzimy do sedna.
Państwo to nie firma.
Państwo to dom.
A rozsądny gospodarz nie sprzedaje pieca, żeby kupić nowy telewizor.
Bo kiedy przyjdzie zima, telewizor nie ogrzeje domu.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)