A w środku? Stosy akt, zapach kawy i echo kroków ludzi, którzy naprawdę mają coś do załatwienia. Prokuratorzy zaczynają dzień jak zwykle, nieświadomi, że za chwilę czeka ich kolejny odcinek politycznego teatru.
I nagle — trach! — drzwi się otwierają, a do środka wpada cała procesja oburzonych postaci znanych z telewizji. Garnitury lekko za ciasne, garsonki zapięte pod samą brodę, miny pełne dramatyzmu, w dłoniach zawiadomienia wyglądające tak, jakby miały uratować świat. To grupa samozwańczych obrońców demokracji, niektórzy z nich swego czasu potrafili mdleć na widok prokuratora, a dziś wkraczają tu jak bohaterowie epopei, przekonani, że ich misją jest bronić państwa przed… zadanym z czystej ciekawości pytaniem.
Bo gdzieś tam, w równoległym świecie zdrowego rozsądku, siedzi dziennikarz. Nie krzyczy, nie mdleje, nie wzywa kamer. Po prostu zadaje pytanie. Krótkie, zaczepne, może prowokacyjne, ale wciąż tylko pytanie: „Assad, Maduro… Tusk?”. Tyle. Ani wezwania do zamachu stanu, ani planu obalenia rządu, ani instrukcji obsługi puczu. Po prostu pytanie, które w normalnym kraju wywołałoby co najwyżej wzruszenie ramion.
Ale nie u nas.
U nas pytanie staje się powodem do narodowej histerii, a grupa od władzy rusza do prokuratury jak rycerze na białych koniach, przekonani, że właśnie ratują ojczyznę przed tweetem. I choć prokurator ma na biurku sprawy o realne przestępstwa, musi odłożyć wszystko, by przeczytać zawiadomienie o tym, że ktoś w internecie zadał pytanie, które komuś się nie spodobało.
A my? My płacimy za tę scenę. Za dramatyzm, za teatralne gesty, za polityczne emocje, za zawiadomienia składane z powagą nieadekwatną do treści. Płacimy za to, że ktoś nie odróżnia pytania od podżegania, a satyry od zamachu stanu. Płacimy my. W podatkach, w opóźnionych sprawach, w zmarnowanych godzinach pracy ludzi, którzy powinni zajmować się realnymi przestępstwami, a nie analizować, czy pytanie „Assad, Maduro… Tusk?” jest zapowiedzią wojny, czy może jednak tylko pytaniem.
Prokuratura staje się w takich momentach czymś w rodzaju sceny kabaretowej, na której politycy odgrywają swoje dramaty, a my jesteśmy zmuszeni płacić za bilety. I to bilety w pierwszym rzędzie, bo przecież budżet państwa nie jest z gumy — to nasze pieniądze, nasze składki, nasze podatki.
Najzabawniejsze — choć w sumie to bardziej smutne — jest to, że system prawny nie przewiduje żadnej kary za takie nadużycia. Możesz składać zawiadomienia hurtowo, codziennie, w każdej sprawie, nawet najbardziej absurdalnej. Możesz twierdzić, że tweet jest zamachem stanu, a mem próbą obalenia ustroju. Państwo przyjmie, przeanalizuje aż w końcu odrzuci, tylko za jaką cenę.
Bo dopóki prokuratura będzie traktowana jak infolinia do załatwiania politycznych porachunków, dopóty będziemy płacić za cudze emocje, urażone ego i brak poczucia humoru.
#KtoPłaciZaTeatr #TweetToNieZamach #PolitykaNaPokaz #ProkuraturaMaWażniejszeSprawy #PytanieNieZbrodnia #PolitycznyTeatr #TweetZaMiliony #ProkuraturaNieKabaret #PytanieToNiePrzestępstwo #PublicznePieniądzePublicznaSprawa


Komentarze
Pokaż komentarze (5)