Termin? Do poniedziałku. Bo ktoś musi w końcu tupnąć nogą.
Narracja gotowa: Ukraina blokuje, Słowacja reaguje, Unia nie rozumie różnicy między solidarnością a gospodarczym samobójstwem. Wszystko pięknie poukładane, aż tu nagle…
…przychodzi noc.
Z niedzieli na poniedziałek, kiedy ultimata zwykle śpią, a politycy liczą lajki pod swoimi oświadczeniami, coś huknęło nad Tatarską ziemią. Przepompownia w Kaleikinie — kluczowy węzeł Rurociągu Przyjaźń — stanęła w ogniu.
Oficjalnie: „lokalny pożar”.
Nieoficjalnie: szczątki drona.
W praktyce: wojna znów przypomniała, że infrastruktura to też front.
I wtedy ironia losu zrobiła sobie herbatę, usiadła wygodnie i powiedziała: „No to zobaczmy, jak z tego wybrniecie”.
Bo jak tu grozić odcięciem prądu, gdy ogień trawi serce rurociągu?
Jak budować opowieść o czyjejś złej woli, gdy płomienie piszą własny scenariusz?
Jak przekonywać, że to polityczna decyzja, gdy w tle słychać eksplozję?
Wojna nie zna kalendarza.
Nie uznaje poniedziałków.
Nie czeka, aż ktoś skończy konferencję prasową.
Jeszcze wczoraj była zapowiedź ciosu.
Dziś — dym nad strategicznym węzłem.
Jeszcze wczoraj ktoś mówił o odpowiedzi.
Dziś odpowiedziała rzeczywistość.
Czy to przypadek? Ironia historii? A może po prostu brutalna logika konfliktu, w którym rurociągi, przepompownie i linie energetyczne są tak samo celem jak okopy?
Jedno jest pewne: w tej wojnie nic nie starzeje się szybciej niż ultimatum.
Każda twarda deklaracja może zostać przykryta dymem — dosłownie.
A los? Cóż, nawet najlepsza wróżka nie przewidziałaby takiego zwrotu akcji.
Bo w tej historii „Przyjaźń” od dawna nie jest nazwą.
To żart.
I to taki, z którego nawet ironia się śmieje.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)