W mojej notce http://danielik.salon24.pl/403317,polska-szkola-przerosla-wyobraznie-gombrowicza przedstawiłem główne moim zdaniem problemy ówczesnej szkoły. W dzisiejsze postaram się przedstawić moją wizję idealnej polskiej szkoły.
Marzy mi się szkoła, w której w ramach zajęć uczniowie mają wiele zajęć poza jej murami. Przecież zmuszanie młodych ludzi do siedzenia przez 7 godzin w gorący majowy dzień w ciasnej szkolnej sali jest nieludzkie. Czy na zajęciach z biologii nie można by odwiedzić ogrodu botanicznego lub lasu, w ramach wiedzy o sztuce (czy jak tam się nazywa ten przedmiot?) wybrać się na wycieczkę do muzeum, w ramach historii udać się na miejsce jakiegoś ważnego historycznego wydarzenia lub pod pomnik jakiegoś wybitnego Polaka i tam urządzić dyskusję na temat z nim związany? Czy taka nauka nie byłaby ciekawsza i bardziej przystępna dla młodych ludzi?
Marzy mi się, że na lekcjach chemii uczniowie pod okiem nauczyciela wykonują szereg doświadczeń, które są później zapisywane za pomocą wzorów na tablicy, czy tak nie uczyłoby się łatwiej? Dzisiejszy system nauczania, gdzie większość reakcji dla przeciętnych uczniów ogranicza się do symboli zapisanych na tablicy jest nieciekawy i wielu młodych ludzi zniechęca do nauki tego przedmiotu. Podczas fizyki również podstawowe jej prawa mogłyby być przedstawiane na określonych modelach lub za pomocą doświadczeń. Na lekcjach biologii uczniowie mogliby mieć dużo zajęć z mikroskopem. Chyba każdy się zgodzi, że jest to niezwykle ciekawe (na pewno ciekawsze od oglądania rysunków w książce) i na pewno można się z takich obserwacji sporo nauczyć.
Marzy mi się szkoła, w której na lekcjach matematyki uczniowie rozwiązywaliby zadania, których wynik można by uzyskać na kilka sposobów, a nie zawsze tym samym schematem, co uczyłoby rozwiązywania problemów w późniejszym życiu zarówno zawodowym i prywatnym, gdzie rzadko postępuję się według określonych schematów. Jeden z moich doktorów na studiach mawiał, że przecież z Warszawy do Krakowa można dojechać przez Gdańsk. Może i droga dłuższa, ale ile ciekawego można podczas takiej wycieczki zobaczyć.
Marzy mi się szkoła, w której tylko niewielka część lektur byłaby obowiązkowa, pozostałe omawiane książki byłyby wybierane wspólnie przez nauczycieli i uczniów. Może to spowodowałoby, że uczniowie czytaliby całe lektury, a nie tylko ich streszczenia i opracowania oraz, że w ich omawianiu nie uczestniczyłyby dwie osoby z klasy.
Marzy mi się szkoła, w której dzieci nie są indoktrynowane. Żeby historia oraz dzisiejsza otaczająca nas rzeczywistość była ukazywana z różnych punktów widzenia, a nie tylko w jedynie słuszny sposób, przedstawiony w podręcznikach stworzonych w oparciu o ścisłe ramy programowe, ustalane przez urzędników, często z politycznego nadania.
Marzy mi się szkoła, w której cykle edukacyjne trwają dłużej, niż 3 lata, żeby młodzi ludzie mieli możliwość zawiązania długoletnich znajomości, przyjaźni, żeby mogli znaleźć swoją rolę w grupie rówieśniczej, żeby cały w miarę ustabilizowany układ ról w grupie nie zmieniał się zanim na dobre się ukształtował.
Marzy mi się system szkolnictwa, w którym program nie jest narzucany obligatoryjnie każdej szkole. Tak, aby każda szkoła mogła go w pewnym zakresie modyfikować. Co sprawiałoby, że rodzic mógłby decydować na podstawie określonego programu do jakiej szkoły chce, żeby uczęszczało jego dziecko. Moim zdaniem edukacja powinna być uzupełnieniem rodzinnego wychowania, a nie je zastępować.
Marzy mi się szkoła, w której uczą nauczyciele z pasją, a nie frustraci, którzy trafili na studia, które uprawniają do wykonywania zawodu nauczyciela dlatego, że z powodu zbyt słabych wyników na maturze lub egzaminach nie dostali się na swoje wymarzone studia. Nauczyciele, którzy mają talent pedagogiczny, którzy potrafią zapanować nad emocjami młodych ludzi.
Marzy mi się szkoła, w której liczność klas pozwala na wzajemne poznanie wszystkich jej uczniów, w której nauczyciel może poświęcić przynajmniej chwilę na indywidualne zajęcia z każdą osobą z tej grupy rówieśniczej. Dzisiejsze często trzydziestokilkuosobowe klasy na pewno nie dają takich możliwości.
Ktoś powie, że to kosztowne zmiany. Po pierwsze nie wszystkie (w niektórych wypadkach wystarczy po prostu chcieć). Po drugie, jeśli nie warto inwestować w edukację młodych Polaków, to na co warto wydawać pieniądze z budżetu? Na armię urzędników? Wydatki na infrastrukturę są na pewno potrzebne, ale czy nie ważniejsze od dróg i kolei jest edukacja młodego pokolenia?
Słowa kanclerza Zamoyskiego: "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" pozostają aktualne do dnia dzisiejszego...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)