Na lodzie wspaniałego Benin Ice Palace, jedynym krytym lodowisku w Afryce Zachodniej, rozpoczęto walkę o kwalifikacje do grupy R Mistrzostw Świata w Hokeju na Lodzie 2020. Przed turniejem w gronie faworytów do awansu wymieniano Tuwalu i Malawi. W tym kontekście wspominano także o Lesotho oraz reprezentacji Zakonu Kawalerów Maltańskich, ale niewielu liczyło, że młodzi reprezentanci Polski mogą włączyć się do walki o zwycięstwo. Teraz, po imponującym remisie z gospodarzami – Beninem (d. Dahomey), wszystko staje się możliwe. Najlepiej o tym świadczą czołówki tutejszych gazet internetowych, które właśnie podglądam; „Benin krwawi, czas zmienić trenera i czarownika”, „Fenomenalny mecz egzotycznych hokeistów z Polski”.
Reprezentacja Polski przystąpiła do walki skoncentrowana. Obaj gracze Beninu (w kraju tym nie ma, niestety, więcej hokeistów) grali twardo, na pograniczu faulu. Sędzia nie odsyłał ich jednak na ławkę kar, co wzbudza uzasadnione podejrzenia o stronniczość. Był to – dodajmy – ten sam sędzia, który wyrzucił z lodu napastnika Cipięgę w ubiegłorocznym meczu z Burundi (0:17); decyzja ta, zdaniem wielu fachowców, wypaczyła wynik całych poprzednich eliminacji.Pomimo przeciwności losu, trudnych warunków atmosferycznych oraz świetnej gry Mgugiego, który raz po raz raził naszą bramkę strzałami z 50 a nawet 40 metrów, Polakom udawało się nieraz odzyskiwać krążek. W pierwszej tercji przeprowadziliśmy dwie kapitalne, niemal składne akcje, zakończone groźnymi, choć jeszcze bardzo niecelnymi strzałami.Naszym celem w tej tercji było rozpoznanie przeciwnika oraz nie stracenie bramki– mówi obrońca Walenty Mątwa-Niemrawiec – Potrajaliśmy krycie Mgugiegi i dzięki temu ten szybki zawodnik nie mógł zbliżyć się do naszej bramki. Mimo to, wielokrotnie usiłował wyrwać się z naszych kleszczy.
Przystępując do drugiej tercji Mgugi zrzucił łyżwy, które jednak nieco krępowały jego ruchy, a do bosych stóp przyczepił sobie kaczany kukurydzy. Już w drugiej minucie rozpędził się na nich tak strasznie, że minąwszy, niczym gepard, wszystkich naszych zawodników łącznie z bramkarzem, wypracował sobie idealną pozycję do strzału. Szczęśliwie jednak, jak się okazało, nie zabrał ze sobą krążka, ponadto nie umiał wyhamować na końcu boiska. Po powrocie na nie sześć minut później Mgugi otrzymał krążek od swojego bramkarza i ponownie wymanewrował całą naszą drużynę. 0:1. Do końca tercji nie działo się już nic godnego uwagi. Graliśmy dobrze – skomentował tę tercję Walenty Mątwa – ale jak to mówią siła złego. Mieliśmy w tym okresie gry próbować wstrzelić się na bramkę przeciwnika. Jednak prawdopodobnie zbyt rzadko gościliśmy pod nią, trudno było wywalczyć krążek. Nie udało się, ale walczymy dalej.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)