Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
244
BLOG

Na całych chodnikach śnieg

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 

Gdyby ktoś roił sobie, że wywożenie śniegu jest w naszym klimacie normą cywilizacyjną, jest w błędzie. Z Warszawy śniegu się nie wywozi i niemal nie sprząta. Faktycznie, przed wojną się wywoziło, za najczarniejszej komuny się wywoziło, ale za HGW nie, bo to jest wyrzucanie pieniędzy w błoto. Właściwie słusznie, siły natury i tak kiedyś to zrobią samoistnie. Idąc za tokiem rozumowania pani Prezydent naszego nieszczęsnego miasta, można powiedzieć, że sprzątanie śmieci to także marnotrawstwo, w dodatku łatwo się pobrudzić, a wywóz szamba to już jawnie wyrzucanie pieniędzy … w tym przypadku akurat nie w błoto.

Wypada zauważyć, iż poruszanie się po mieście wciąż jest jeszcze możliwe, choć trudne. Nasza droga to teraz dwudziestocentymetrowej szerokości koleiny, wąwozy między kopami rozmiękłego śniegu. Tymi koleinami poruszamy się gęsiego. Wystarczy, że gdzieś przed nami człapie starsza pani z pełnymi siatkami, albo zażywny pan w odrobinę zbyt śliskich butach, a droga, która normalnie powinna trwać pięć minut wydłuża się do pół godziny. Ktoś znów nie zadbał o wydeptanie mijanek!

Przystanki autobusowe to małe udeptane dolinki wśród śnieżno-błotnych gór, zgarniętych z ulicy. Przez górskie przełęcze wiodą wąskie ścieżki, którymi trzeba będzie przeprawić się do upragnionego pojazdu. Jeszcze gorzej z wysiadaniem. Drzwi autobusu rzadko pokrywają się z miejscami przepraw przez góry.

Zmierzałem właśnie do pracy, kierowca otworzył drzwi na moim przystanku …. w ich świetle ujrzeliśmy ogromną brudną górę. Dama, która stała najbliżej wyjścia uchwyciwszy się oburącz poręczy, starała się nadepnąć na kawałek twardszego gruntu. Technika ta okazała się mało efektywna, tymczasem tłum napierał. Ktoś usiłował podać jej rękę, ktoś inny wykorzystując niewielką lukę zamknął oczy i skoczył w otchłań. Dama także długo nie mogła utrzymać się na schodkach, poleciała na plecy, prosto w zaspę, a za nią czyjeś tobołki. Teraz tłum naparł mocniej. Osoby wyfruwające z autobusu starały się już tylko omijać te leżące w błocie lub wbite po pachy w śnieg. Ja wbiłem się weń jedną nogą i popchnięty przez jakiś duży przedmiot upadłem na brzuch. Na moich plecach coś leżało i wbijało się we mnie metalowymi prętami. Okazało się, że jest to wózek dziecięcy. Imperatyw wydobycia się z kleistej mazi stanął w zasadniczej sprzeczności z instynktem ochrony najmłodszych członków stada. Wykonując skomplikowane asany jogi, za pomocą których usiłowałem się uwolnić, musiałem dodatkowo zważać by nie strącić wózka pod autobus, gdzie właśnie ześlizgiwało się kilku obywateli, ani nie wyrzucić zeń jego lokatora. W tych okolicznościach trzeba już było zrezygnować ze starań by nie nabrać zbyt dużo błocka za pazuchę. Pandemonium trwało kilka chwil. Ludzie krzyczeli, trochę klęli, ale ogólnie starali się pomagać sobie nawzajem. Autobus czekał cierpliwie na zakończenie naszej grupowej sceny baletowej, a ci, którzy chcieli się do niego dostać, nawet nie skakali nam po głowach. Budujące doświadczenie solidarności.

Dotarłem do pracy przemoczony. W plecaku miałem jednak buty i skarpety na zmianę, w końcu to nie pierwsza przeprawa przez nieodgarnięty śnieg. Może na gwiazdkę dostanę rakiety śnieżne?

Tymczasem warszawscy kierowcy godzinami krążą w poszukiwaniu miejsca parkingowego. W miejscach gdzie jeszcze nie postawiono słupków, wyrosły ogromne zaspy. Z punktu widzenia kierowców wygląda to tak: Dobrze wiemy iż szanse na znalezienie miejsca są znikome. Jechaliśmy jednak do centrum przez godzinę, co więc teraz mamy robić, wracać? Odstawić samochód i iść do autobusu? Oto dylemat. Może jednak jakieś miejsce się zwolni, nie traćmy ducha! Będziemy sobie krążyć po uliczkach z prędkością pięciu kilometrów na godzinę, co chwila przystając. Przed nami i za nami są setki takich samych łowców. W końcu zdarza się chwila szczęścia, cud niemal. Ktoś zwalnia miejsce. Parkujemy, przedzieramy się do parkometru, karmimy go bilonem i idziemy załatwiać swoje sprawy. Po powrocie do auta, znajdujemy za wycieraczką foliową torebkę z drukiem w kolorze czerwonym. Jest to system informowania warszawskich kierowców, w których miejscach, głęboko pod śniegiem, wymalowane są koperty i rozmaite inne znaki zakazów.

Tymczasem śnieg znów pada.

 

 

 


 

 

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości