Warszawskie autobusy zawsze potrafiły sprawić mi przyjemność. Nie tyle nawet same pojazdy, ile ich niebanalni kierowcy, o nieortodoksyjnym stosunku do pasażerów i innych użytkowników ulic. Gdzież jednak te czasy, kiedy to, jako młode pacholę, przysłuchiwałem się, gdzieś na Woli, pogwarkom kierowców autobusu i taksówki. Ach, co to był za koncert! Obaj panowie, ewidentnie Warszawiacy autentyczni, nie importowani, rozważali zawiłości kodeksu drogowego w kontekście pierwszeństwa przejazdu ich środków lokomocji. Szczęśliwie pojazdy mechaniczne nie występowały wówczas w takiej obfitości jak obecnie, mogli więc, nie popędzani przez nikogo, rozkoszować się wymianą wyrafinowanych deskrypcji cech charakterologicznych i cielesnych przeciwnika oraz perwersyjnych roszczeń wobec niego, jednocześnie śledząc dzieje swoich rodzin. Szczególnym przedmiotem zainteresowania obu artystów języka były losy zawodowe pań z rodu adwersarza. Dowiedzieliśmy się, że niewiasty obydwu rodzin, jakby w karnym ordynku, w komplecie pracowały w przemyśle rozrywkowo-zdrowotnym, rozładowując napięcia seksualne tubylczej ludności i dostarczając jednocześnie uciechę spracowanym tłumom robotniczej Woli i Pragi. Panowie niespiesznie opisywali metody ich pracy, zdumiewając, nas młodych, pomysłowością technik i skrupulatnością opisu anatomicznego. Bluzg był wielo-wielopiętrowy, słowa nie powtarzały się zbyt często, a pomysłowość frazeologii zdawała się nie mieć granic. To była prawdziwa poezja, którą my – dzieciaki – chłonęliśmy w niemym zachwycie. Po kilku minutach rywalizacji, Panowie uznali rzecz za zakończoną, rozjechali się spełnieni i niemal zaprzyjaźnieni. Jeśli komuś opisywane zdarzenie wyda się gorszące, to spieszę donieść, że kilkunastu młodzieńców, w tym autor niniejszej notatki, po tej lekcji zaprzestało popisywania się używaniem „słownictwa” w miejscach publicznych, dochodząc do wniosku, że muszą się jeszcze trochę doszkolić.
Historia ta przypomniała mi się gdy usłyszałem wczoraj, zupełnie innego typu, rozmówkę między młodą, wyraźnie rozeźloną pasażerką, a kompletnie zrelaksowanym kierowcą.
– A do pana to specjalne podanie trzeba pisać, żeby pan raczył drzwi otworzyć!
– W okresie zimowym drzwi otwierają sami pasażerowie w miarę potrzeb. Panna sobie poparzy, tam jest taki guzik.
– Jaki znów guzik do cholery, wsiąść do autobusu nie można, od drzwi do drzwi każe mi pan biegać. Poza tym grzeczniej proszę – nie panna, tylko pani.
– Niech się Panna nie podszywa za kogoś kim nie jest. Gdyby Panna była mężatką, to by Panna wiedziała, gdzie trzeba nacisnąć, żeby się otworzyło.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)