W zamierzchłych czasach mojej młodości, gdy ktoś, idąc samotnie ulicą, wykrzykiwał coś i gestykulował dramatycznie, wiedzieliśmy nieomylnie, że mamy do czynienia z wariatem. Dziś jest inaczej, najpewniej to wcale nie deficyt piątej klepki, lecz zwykła rozmowa telefoniczna. Nie wiem czy socjologia zajęła się już zmianami w komunikacji społecznej, jakie przyniosła technologia blue tooth, jeśli nie, mamy szansę przyczynić się do powstania takiej analizy.
W małych grupkach, gdy ludzie rozmawiają „analogowo”, znaczy bezpośrednio, zwykle bezwiednie ściszają głos, mówiąc o sprawach sercowych lub innych tajemnicach. W czasie rozmów przez trzymaną w dłoni komórkę, też na ogół starają się nie wtajemniczać postronnych w szczegóły swych intymnych światów. Być może poprzez sam fakt fizycznego kontaktu urządzeniem i koniecznością mówienia do jakiegoś, choćby całkiem maleńkiego sitka, zachowują jeszcze świadomość przebywania w przestrzeni publicznej. Całkiem inaczej jest z tymi, którzy mówią do przypiętego mikrofonu. Oni nie muszą dbać o kierunek w który skierują głos. Nie mają kontaktu z fizycznym rozmówcą, ani z jego namiastką. Czy to ów brak zakotwiczenia na konkretnym obiekcie powoduje brak samokontroli?
– Słuchaj! Kaśka miała wczoraj operację – poinformowała nas, siedząca na końcu autobusu madame – no nie wiem, nie wiem, coś tam jej wycięli, albo dolepili, na ginekologii się nie znam. – W autobusie zapadła cisza pełna napięcia, nawet kierowca zdjął nogę z gazu, tymczasem dama, mówiła coraz głośniej. – No co, słyszysz mnie? Operację miała, ale podobno będzie dobrze. DOBRZE BĘDZIE, LEKARZE MÓWIĄ – cały autobus wraz z ludzką zawartością odetchnął z ulgą i potoczył się w otchłań ulicznego korka. – No pewnie, że to było konieczne, wiesz, ona to już się nawet kochać się nie mogła. Co ty Jadźka głucha jesteś, przecie mówię, ZERO BZYKANIA, NIE MOGŁA I JUŻ – kilku pasażerów wydało jęk rozpaczy, lecz niewiasta, nie zauważyła tego, przebywając w sobie tylko znanej bańce czasoprzestrzennej. Jej głos zdecydowanie jednak postanowił zabawić jeszcze po naszej stronie lustra – No, nie wiem jak sobie radzili, w każdym razie Franek od niej nie odszedł. Szkoda, trochę, bo to niezłe ciacho, w każdym razie ja bym mu nie odmówiła. I po chwili – A co ty mi tu będziesz p[…] za kazania, widział ją kto, sama się rżnie jak białoruski tartak, a innych poucza, święta Lampucera jedna. – Reszta rozmowy, była impulsywna, lecz z poznawczego punktu widzenia już bezwartościowa.
Na tej samej zasadzie, dowiedziałem się jak wykluczyć z postępowania spadkowego kochankę tatusia [Nazwisko i adres znane redakcji], że to „Rudy” włamał się do kiosku „Ruchu” i że nie było warto, że Pan [nazwisko, choć znane redakcji nie zostanie tu ujawnione z powodu swej unikalności] zdradza żonę, ale tylko w piątki, a także o sprawach stanowiących tajemnice przynajmniej dwóch gangów i czterech urzędów. Te ostatnie kwestie bardzo staranie, wręcz pieczołowicie wymazałem z pamięci. Serio, nie pamiętam nic a nic, ale może jakiś inny pasażer coś sobie przypomni?
Ps. Pierwsza część „dzienników” znajduje się tu


Komentarze
Pokaż komentarze (1)