Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
263
BLOG

Barykada na peryferiach

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 1

 

 

 

„Barykada na peryferiach”, to, od niemal dwóch lat,  tytuł mojego bloga. Chyba wreszcie wypada go wyjaśnić.

Moja barykada jest gdzie indziej niż myślisz. Nie oddziela PO od PiSu, ani „solidaruchów” od „postkomuny”. Ona zagradza wrogom drogę do mojej suwerenności, wyznacza granice wolności. Barykada, której w dzisiejszych czasach warto bronić nie stanowi bowiem wewnętrznej granicy przecinającej krajowy, manichejski krajobraz polityczny. Wiara, że któraś ze stron konfliktu rząd lub opozycja (a w zasadzie uosabiający ją „ten wstrętny Kaczor”), jest „katastrofalnie szkodliwa” dla Polski jest zapewne uprawniona. Ja także na terenie „duopolu” lokuję swoje sympatie i antypatie i to zapewne jest widoczne w tych tekstach. Nie chcę Ci odbierać poglądów politycznych, tylko złudzenia. Upieram się bowiem, że różnice między głównymi partiami naszej politycznej sceny, choć ważne, nie zdeterminują naszej przyszłości, w tak istotny jakościowo sposób jak skuteczność obrony barykady, o której mówię. „Duopol” Tusk – Kaczyński, stanowi modus operandi gry na tej scenie, to jednak jest to tylko rozgrywka pomiędzy naszymi „karbowymi”, którzy rotacyjnie zarządzają nami w imieniu prawdziwych władców. Ci zaś kształtują się i ukazują coraz jawniej, zagarniając coraz to nowe włości. W ustroju kapitalistycznym, jaki do niedawna panował na Zachodzie prawdziwą władzę miał tzw. kompleks wojskowo-przemysłowy. Tak nas uczono w PRL-owskich szkołach, co zresztą braliśmy za bajki propagandowe. Tymczasem było to jedno z nielicznych ziarenek prawdy, która jest obowiązkową przyprawą każdej bajki. Dziś przemysłu na dawną skalę już nie ma ani w Ameryce Płn. ani w Europie, a rynki stały się domeną konsumentów, nie producentów. Wojny, które angażują milionowe armie, też przeszły już do historii, teraz są operacje technologiczne z jednaj i partyzanckie z drugiej strony. Ważna stała się dystrybucja pieniądza i nadzór nad światem wypełnionym groźnymi technologiami. Władze przejmują więc bankierzy i służby specjalne. Zachowana jest specyfika lokalna, w krajach, które posiadają u siebie centrale światowych sieci bankowych wpływ komponentu bankowego jest wyraźniejszy, u nas zaś „grupy trzymające władzę” są bardziej… służbowe.

Wiem, wiem, piszę „spiskową teorię dziejów”, słyszałem to już dziesiątki razy. Byłbym jednak ostrożniejszy w szermowaniu tym argumentem, jest on bowiem często stosowany po to, by zbyć problem gdy myślenie boli zbyt mocno. To prawda, że ludzie snują różne narracje próbujące opisać procesy polityczne i część z nich jest mało realistyczna, być może i moja także ma słabe punkty. Oby, zresztą tak było. Jednak spiskowa teoria dziejów, to pogląd przyjmujący, że całość historii toczy się według jednego, niejawnego scenariusza. Tymczasem opisywany proces wykuwania się „nowej arystokracji” jest najzupełniej jawny. Władza jest tam, dokąd idą Twoje podatki. Jeśli rządy przekazują bankierom setki miliardów „na ratowanie gospodarki”, to zapewni nie nie mają innego wyboru. Politycy z całą pewnością woleliby zbudować nową autostradę lub poprawić jakość szkolnictwa, bo to przydałoby im popularności, ale muszą „ratować” banki (ciekawe, że nie depozytariuszy), w których leżą państwowe obligacje. A państwa zadłużane są na potęgę i też nie zawsze dobrowolnie. Pamiętamy, jak Polska została skarcona, gdy nie chciała przyjąć dwudziestomiliardowej gwarancji MFW? Podobnie jak bankierzy, tak służby specjalne otrzymują coraz to nowe obszary kontrolne i nowe budżety.

Ten nowy kompleks władzy dopiero się tworzy, ale im więcej jej posiada, tym Ty masz mniej wolności. Tak, jak feudałowie musieli przywiązać chłopa do ziemi (prawem) a kapitaliści robotnika do maszyny (głodem), tak nowi arystokraci chcą związać Ciebie. Pragną mieć twoją pracę (kredyty) i własność (kataster, odwrócona hipoteka). Chcą kontrolować twój umysł (telewizja, a w przyszłości pewnie Internet), żebyś się nie urwał z łańcuszka.

Musimy zatem mieć wolny Internet, wolność leczenia się i uczenia (w tym niestety, także, choć to niemiłe, karcenia) swoich dzieci według własnego uznania, a nie urzędniczych poglądów. Musimy mieć wolność zgromadzeń i wypowiedzi. Bez tego jesteśmy niewolnikami. Barykada, którą piszę ma ambicje, bronić tego właśnie obszaru, kurczących się, wolności.

Oczywiście niewola jest bezpieczna, dobrze znana, tkwiliśmy w niej przez większą część naszej historii. Nie wymaga myślenia i narażania się. Bądź grzeczny, a nikt nie spałuje Cię na demonstracji, nie wyrzuci z pracy za nieprawomyślność, nie oskarży o jakieś zmyślone świństwo, nawet nie nazwie "oszołomem". Dobry niewolnik, jest cenną wartością, nie przeznacza się go na mydło…, przynajmniej nie od razu. Możesz wybrać taki los, a ja, nawet gdybym miał możliwość, nie mógłbym Ci tego zabronić. Taki paradoks pojawia się, gdy pragniemy budować na fundamentach wolności i szacunku. Ale, jeśli zechcesz wejść na barykadę, będę tam czekał i chętnie się podzielę kawałeczkiem niewygody.

Z osobistą wolnością mamy kłopot. Nasi przodkowie byli albo chłopami pańszczyźnianymi, albo walczyli o wolność naszą, waszą i Bóg wie jaką. Na walkę o siebie nie starczyło im czasu. W efekcie doskonale rozumiemy pojęcia „wolności ojczyzny” czy „wspólnoty”, ale jednostki już nie koniecznie. Z kolejnych wojen i zsyłek zwyciężeni bohaterowie wracali ciężko ranni na duszy. Takie rany nie ułatwiają relacji międzyludzkich, ujawniają się w modelu wychowawczym i poprzez niego przenoszą się na kolejne pokolenia. Wychodząc w kolejnej, tym razem, bolszewickiej niewoli, mamy wciąż w głowach socjalistyczny feudalizm, z całym systemem wasalnym, a wolność osobista rozumiana jest jako prawo do piwa i sobotniego seksu.

To, co nas odróżnia od ludzi zachodu, to fakt, że pojęcie „JA” jest dla nas czymś nieco innym. Persona - w rozumieniu jungowskim, czyli swoisty „interfaceego do tworzenia relacji ze światem zewnętrznym, jest u przeciętnego Polaka słabiej ukształtowana, niż u naszych sąsiadów z zachodu. Jesteśmy niepewni siebie i swojej pozycji. Albo się rozpychamy jak wieprzki, kwicząc „teraz k… my”, albo kompletnie podporządkowujemy się innym, nawet w sprawach, które nie powinny ich dotyczyć, pomrukując, „jestem nieważny, nic mi się nie należy”. Jak dzieci garniemy się do pana i dobroczyńcy. Lider to dla nas pojęcie zbyt słabe, my od razu chcemy wodza. Nie przypadkowo w naszych partiach nie ma demokracji. Wszystkie mają wodzowski charakter. Gdyby były demokratyczne, to ludzie z gmin i powiatów mieliby swojego prezesa, a nie prezes swoich ludzi. Gdyby były takie, to cóż obchodziłoby członka partii, czy prezes go lubi czy nie. Prezes ma dbać o coś w rodzaju „magisterium ideologicznego” i bieżącą politykę, a od oceny członków są różne gremia, w tym sąd partyjny. Co, to ma być żeby szef partii kogoś tam sobie wyrzucał? To nie jego folwark, tylko instytucja publiczna, przynajmniej dopóki bierze od nas pieniądze. Czy słyszałeś aby kiedyś członek, jakiejkolwiek polskiej partii, na pytanie; dlaczego szef robi to czy tamto, odpowiedział „bo nie rozumie, że…, bo nie ma racji”. A przecież zrozumienie świata i racja nie przyklejają się do nikogo na stałe. Nasze Partie są zlepkami chłopów pańszczyźnianych i niewolników. Od ich członków nie wymaga się własnej myśli, własnego wkładu intelektualnego, to wręcz utrudnia karierę. Dorośli ludzie zachowują się tam jak przedszkolaki. Czy takie partie mogą wykształcić system wolnościowy? Czy będą dbały o Twoją Wolność? Jeśli odpowiedź jest negatywna, to dlaczego wciąż zgadzamy się płacić budżetowy haracz na te prywatne instytucje i wojenki ich psychotycznych wodzów?

Z partiami, czy szerzej establishmentem politycznym, i jego stosunkiem do obywateli, jest dokładnie tak, jak ze związkami międzyludzkimi. Czy wobec ukochanej osoby chcemy by była posłuszna, miła i uległa, czy samodzielna, niezależna, posiadająca prócz nas także swoje życie, zainteresowania, pasje i znajomości? Ten drugi model jest trudniejszy, ilu z nas go wybiera? Ale czy wybierając model uległości jesteśmy zainteresowani rozwojem ukochanej osoby, czy jedynie własną wygodą? Ile w naszych związkach przemyślnych manipulacji, ciężkiej pracy by usidlić, zniewolić, skłonić partnera czy partnerkę by postępował zgodnie z nasza wolą. A przecież obiecywaliśmy sobie miłość i wsparcie.

„Grupy trzymające władzę”, też zazwyczaj wybierają opisany powyżej „pierwszy model” współżycia z nami. Nie powinno nas szczególnie dziwić, oni wszak nawet nie ślubowali nam miłości. Mnie interesuje opozycja wobec tego modelu, chcę Twojej obecności w tej opozycji. Będę Cię kaptował i przekonywał, bo pragnę żyć w świecie wolnych ludzi, ale nie powiem Ci, co masz na tej barykadzie robić. Myślenie kategoriami partyjnymi jest, w moim pojęciu, kiepskim pomysłem, tonasnie rozwija, jest nudziarstwem i intelektualną porażką. My, mamy myśleć samodzielnie, gdyby było inaczej Bóg stworzyłby nas jako polipy albo organizmy wielogłowe.

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka