Dzisiejsza „Rzeczpospolita” publikuje gorzką refleksję Andrzeja Celińskiego na temat stanu państwa i partii politycznych pt. „Rok straconego czasu”. Tekst ten wydaje mi się na tyle ważny, że chcę potraktować go jako kanwę dla własnej opowieści.
„Piszę ze złością [diagnozuje swe emocje Celiński], bo tak nie miało być. W 1989 roku. Państwo, nasze wspólne i nam służące, to najpilniejsze zadanie. Nie na 2013 rok. To wymaga czasu. Ale trzeba kiedyś w końcu zacząć! Tak po prawdzie jeszcze nie zaczęliśmy. Państwo wciąż jest jak w PRL. Obce. Niesprawne.”
Istotnie. Ale czy mogło być inne? Pomińmy narrację o Magdalence i „grubej kresce”, by komponent współodpowiedzialności za pozostawienie realnej władzy w rękach środowisk sprawujących ją, z obcego nadania, przez poprzednie 50 lat i traktujących rodaków jak bydło, nie zakłócił wymiany myśli. Nie, nie mogę się jednak oprzeć pokusie by nie wyrazić zdumienia, że ktoś mógł wówczas przypuszczać, że działacze ci chcieliby i potrafili zmienić się nagle w demokratów i dostrzec ludzi w swych poddanych. A to oni przecież włączali do władzy elity Solidarności, nie odwrotnie. To oni posiadali narzędzia nagradzania i wykluczania. Dzielili majątek i wpływy, decydowali więc o kształcie polskiej „demokracji”. Dobrze…, już koniec wyrzutów.
Wyobraźmy sobie zatem, że fortuna, w tych latach 1989-1990, jest dla nas jeszcze łaskawsza. Jakimś cudownym trafem lub przy pomocy politycznego geniuszu antykomunistyczna opozycja zdobywa pełnię prawdziwej władzy. Zagranica patrzy na Polskę z nadzieją i szacunkiem, sypią się kredyty a wszelkie potrzebne know how dostajemy za darmo. Czy nasza zbiorowa mentalność, ukształtowana w systemie feudalnym, praktycznie nie znająca innego, udźwignęła by taką szansę? Feudalizm w naszych umysłach tkwi niczym „matrioszka” i to się odbija w ustroju społecznym. Definiują nas przywileje, pożądamy ich bardziej niż bułki z szynką, równość wobec prawa jest zatem niemożliwa. A czy możliwa była zmiana tego zbiorowego sposobu pojmowania świata przez grupę chłopców i dziewcząt, biednych niczym kościelne lub stoczniowe myszy i narażonych na maksymalne pokusy?
Trzeba by wówczas zdać sobie sprawę z naszych deficytów. Nie znaliśmy ich, nie wiedzieliśmy, że entuzjazm to za mało. Debata społeczna nie była nastawiona na analizę pojęcia wolności indywidualnej i jego granic. My tej wolności do dziś nie znamy, nie wiemy do czego służy. Jeśli nie wreszcie zrozumiemy że mentalność typu pan/niewolnik nie jest narzucona przez dziką Tatarię, lecz stanowi nasze dziedzictwo, i że ten dualizm jest awersem i rewersem jednej monety, nigdy nie staniemy się społeczeństwem współtworzącym państwo. Kolejne pokolenia „elit” będą fundować rodakom państwo obce, opresyjne, a co za tym idzie niesprawne.
„…Ale przecież nikt nikomu nie przeszkadza. Może jedynie system finansowania partii politycznych. I komercjalizacja, prawie już kompletna, mediów. I uwiąd mediów publicznych. I zwycięstwo prywaty w życiu publicznym. I atrofia patriotyzmu rozumianego jako coś, co ma łączyć wszystkich co tworzy wspólnotę narodową.
W codziennych drobnych działaniach. Państwo, jak nie miało, tak i w 2013 roku mieć nie będzie pomysłu ani na naród, ani na społeczeństwo ani na jakąkolwiek wspólnotę. Partyjność zabija w zarodku cokolwiek, co tworzyłoby wspólnotę. Taka partyjność, jaka jest” -Pisze Celiński w kontekście uśpienia lewicy, ale przecież tych kilka myśli ma ma bardziej ogólny wymiar.
Jeśli chodzi o media, widzę je jeszcze bardziej pesymistycznie. Stały się one zwornikiem władzy, jej ośrodkiem pracującym na zlecenie innych ośrodków. Są bardziej narzędziem tresury społecznej niż przekaźnikiem informacji. Nie wiem gdzie się podział etos dziennikarza patrzącego władzy na ręce. Być może w całości zmieścił się w podpisie pod umową kredytową? Media społeczne, w tym internetowe, nie generując pieniędzy, nie staną się alternatywą dla ambitnych dziennikarzy. Ot, taki zaułek frustratów i dziwaków.
„Atrofią patriotyzmu” – nazywa Andrzej Celiński, zjawisko braku zrozumienia dla wspólnego dobra. Jeśli nigdy nie mieliśmy dostępu do czegoś w rodzaju „instrukcji obsługi osobistej wolności”, to poczucie wspólnego dobra i pracy dla niego jak najbardziej. Zarówno w wieku XIX, jak w dwudziestoleciu międzywojennym, ta umiejętność była rozumiana i kultywowana. Tu mieliśmy więc szansę, którą zmarnowaliśmy. Przeanalizujmy ten wątek od strony pojęciowej. Patriotyzm, także w tym, bardzo zresztą pięknym, rozumieniu, które podsuwa nam lider Partii Demokratycznej, występuje w środowiskach spójnych. Ich swoiste, cechy wspólne mają większą siłę oddziaływania społecznego niż, te które środowisko czy grupę różnicują. W dodatku zespół tych cech musi być rozpoznany i akceptowany. Ich „średnia arytmetyczna” w połączeniu ze wspólną historią, tradycją i językiem ich opisu powinien mieć odpowiedni potencjał by jednostki mogły odnaleźć w nich siebie. Innymi słowy idea, która jest wytworem tych zjawisk, musi być na tyle nośna i pozytywna by wywołać poczucie dumy z przynależności do grupy. Natomiast „atrofia” – jest to stopniowy zanik cechy, organu itp., który może być samoistny, wystąpić z braku czynności, albo deficytu jakiegoś czynnika odżywczego. Zauważmy, że istotnym elementem tresury społecznej, którą jesteśmy objęci jest podważenie pozytywnego obrazu naszych cech swoistych, na rzecz uniwersalnych elementów europejskich. Nawet jeśli w tym programie da się dostrzec jakieś rozumne założenie, jako że krytyka jest nieodzowna dla rozwoju, to stosowany jest on przez medialne tuby ideologiczne z przesadną gorliwością i sporym nadmiarem. Jak mamy kształtować cechy wspólnotowe, jeśli wciąż dowiadujemy się, że we wspólnocie tej nie ma praktycznie nic wartościowego?
Jeszcze ważniejszy od postawy mediów jest podział społeczny. Nie chodzi mi wcale o partie polityczne i nieszczęsny duopol; PO-PIS, lecz o podział na „trzymających władzę” i resztę. Państwa, zgodnie z definicją, powstają dla ochrony ludności na jakimś terenie. Są jednak takie, które zostały skonstruowane dla innych dla celów, nazwijmy je „biznesowymi”. To dość istotna różnica cywilizacyjna. Wydaje się, że twórcy III RP ulokowali swoje dzieło bliżej kategorii biznesu, niż dobra wspólnego. Uwłaszczenie się komunistycznych przestępców przy jednoczesnym braku zwrotu mienia prywatnego (przykładem wciąż obowiązujący warszawski „Dekret Bieruta”), prywatyzacja wspólnego dorobku bez zasilania uzyskanymi środkami funduszy emerytalnych, brak skutecznej pomocy dla Polaków pozostałych na Wschodzie, swawola urzędników traktujących nowo powstającą klasę drobnych przedsiębiorców jako żerowisko, to wystarczające dowody dla tej tezy. Skoro zbudowało się chlewik, nie można oczekiwać, że nagle zmieni się on w drapacz chmur. Jeśli jednak przebudowa naszej mentalności wymaga długotrwałej pracy, być może pokoleń, to przebudowa państwa może nastąpić wyłącznie na skutek zmian legislacyjnych. Bez nich Państwo, społeczeństwo i naród nie odnajdą pomysłu na siebie.
I wreszcie ostatnia, poruszona tu kwestia – partyjności „takiej, jaka jest” W tej materii zgadzam się z Autorem. Muszę przyznać, że nie mi znana jest konstrukcja, ani model funkcjonowania Partii Demokratycznej. Wszystkie szerzej znane organizacje tego typu mają charakter wodzowski. Ich grzechem założycielskim było tworzenie się „od góry”, najpierw konstytuowała się „grupa inicjatywna”, która na zasadach marketingu sieciowego „pozyskiwała” działaczy terenowych. W efekcie, obecnie to szef ma swoich ludzi, a nie ludzie swego szefa. Gdyby te „grupy inicjatywne” pełniły rolę skrzynek kontaktowych, pozwalając ludziom zorganizować się po swojemu, to miesiącach pewnego zamętu, mielibyśmy dziś naturalnych „przywódców idei” i demokratyczne partie. Te, obecnie istniejące pracują głównie dla poprawienia miejsca swoich działaczy w hierarchii feudalnej. Dlatego, faktycznie wymóg społecznego ich finansowania jest zwykłym nadużyciem. Jeszcze jedna sprawa; żaden suwerenny poseł nie mógłby się, moim zdaniem, godzić na głosowanie na zasadach dyscypliny partyjnej. Skoro się na to godzą, to cała ta zabawa traci sens. Istotą parlamentaryzmu jest możliwość spotkania się wyborców z wybranym posłem i przekonania go by głosował po ich myśli. I co on im odpowie? „Chciałbym, ale mam innego szefa iż wy”?
„Są racjonalni. Zabiegają o siebie. Polskę mają w d... Jak zresztą ponad połowa polskiego Sejmu” – Pisze Andrzej Celiński o posłach lewicy. A mnie się zdaje, że problemem nie jest nawet jakość ludzi, tak na lewicy jak prawicy. To jest wadliwy model demokracji i parlamentaryzmu. Na pewno nie jest dobrze, gdy sejmem rządzi kilku psychotycznych watażków. Może jednomandatowe okręgi wyborcze poprawiłyby nieco sytuację, kto wie? Z pewnością, choćby na wszelki wypadek, by znów nas historia nie zaskoczyła, warto zastanawiać się, jak powinna wyglądać optymalna konstrukcja naszego państwa oraz jego władz i dyskutować o tym, choćby w Internecie (do tego celu nasz zaułek frustratów jest jak znalazł). Jak jednak wymusić porządne zmiany, nie mam pojęcia. Są tacy, którzy powiadają, że kryzys pomoże. Pesymiści to czy Optymiści?


Komentarze
Pokaż komentarze