Ponieważ na ogół boimy się śmierci, tytułowe pytanie może wywołać pewien opór, wyjaśniam więc, że nie ma w nim komponentu woluntarystycznego. Ludzie planują swoje pochówki, a państwa planują pogrzeby osób ważnych dla ich historii. Czasem buduje się im piramidy, czasem uroczystość pożegnania ma być skromna i przejść możliwie niezauważona, to zależy od czynników politycznych. Pytanie o sposób i zakres włączenia się państwa do organizacji ostatniej drogi Jaruzelskiego czy Kiszczaka, gdy nadejdzie ich czas, nie są zatem przekroczeniem dobrego smaku, lecz zwyczajną kwestią z obszaru zainteresowań polityki. Obecnie staje się ono aktualne w związku z asystą honorową, którą uczczono osobę gen. Floriana Siwickiego. Minister Obrony Narodowej p. Siemoniak, „zatwitował”, że jego ocena osoby, tego bliskiego współpracownika Jaruzelskiego a zarazem poprzednika ministra jest „zdecydowanie negatywna”. Wyraził też żal, iż uniknął on wyroku sądu, po czym… asystę honorową przyznał. Jest to sytuacja schizofreniczna, tym poważniejsza, że ministrowie z reguły nie wypowiadają się w portalach społecznościowych całkiem prywatnie.
Wydaje się, że III RP powinna posiadać jakąś zdefiniowaną „politykę sepulkralną” i, że powinna być ona skorelowana z oceną osoby zmarłego, a szerzej mówiąc z ogólną polityką historyczną. Państwo, jeśli chce zachować spójność, nie może być całkiem aideologiczne, uchylać się od ocen ważnych dla siebie wydarzeń. Tymczasem obecna Polska wzdraga się przed jednoznaczną oceną okresu PRL. Z jednej strony zdefiniowano kodeksowo kategorię zbrodni komunistycznej, z drugiej zaś obserwujemy usilne starania by pozostała ona jedynie na papierze. Oficjalnie czcimy Polskie Państwo Podziemne i późniejszą opozycję antykomunistyczną, po czym równie oficjalnie oddajemy honory Siwickiemu oraz całej rzeszy b. pracowników UB. Nierozliczanie zbrodni komunistycznych przy jednoczesnym czczeniu pamięci „żołnierzy wyklętych” powoduje zamieszanie pojęciowe i aksjologiczne.
Oczywiście narracje historyczne w demokratycznym społeczeństwie zawsze są różnorodne i niespójne. Poszczególne grupy społeczne mają prawo do różnych ocen zjawisk, pluralizm jest wręcz pożądany. Jednak władzom państwowym nie wolno już tych narracji mieszać. Władze mają bowiem obowiązek definiować swoje państwo, integrować świadomość historyczną i kulturową obywateli, a nie rozpraszać ją. Polityka historyczna, to nie miejsce na hamletowskie pytania i relatywizm. Jeśli ze strony władz wychodzą sygnały niejasne i zaburzone, pochodzące z różnych paradygmatów i skal ocen, to ma to wpływ nie tylko na poczucie wspólnoty, lecz, pośrednio, także na bezpieczeństwo kraju. Społeczeństwo okresu przejściowego zawieszone między dwoma odmiennymi systemami politycznymi, mało że musi sprostać radykalnym zmianom cywilizacyjnym, to jeszcze zostaje w ten sposób pozbawione ośrodka krystalizacji wspólnych wartości, bez których jego samoorganizacja i działania wspólnotowe na szerszą skalę nie są możliwe. Wyobraźmy sobie dzieciaka, którego matka uczy dekalogu, a ojciec namawia do hedonizmu i twierdzi, że uczciwość oraz szacunek dla bliźnich, to głupota i przeżytek. W obecnej chwili – jako społeczeństwo – jesteśmy takim dzieciakiem i na tyle co on jesteśmy przewidywalni i godni zaufania.
Jest nawet gorzej, nie tylko nie mamy możliwości by odwołać się do wspólnej aksjologii, ale nawet nie do końca wiemy, jakim zjawiskom przyznajemy oceny. Wynika to z nadawania przez różne osoby i grupy różnych znaczeń najbardziej nawet podstawowym określeniom. W okresie komunizmu język był świadomie falsyfikowany. Takim pojęciom jak „wolność” „suwerenność”, „demokracja”, „socjalizm”, „kapitalizm” itd. nadawano nowe znaczenia, często zupełnie przeciwstawne wobec ich wcześniejszego rozumienia. Te „nowatorskie” definicje wciąż pozostają w użyciu, a pozostawienie wpływowym grupom czasów socjalizmu kluczy do naszych głów, przede wszystkim w postaci monopolu na emisję sygnału TV, powoduje ich utrwalanie w świadomości społecznej. Jednocześnie zaczęto używać także ich klasycznych, oraz współczesnych definicji powstałych w celu odkłamywania języka komunizmu. Galimatias wzmaga się jeszcze, jako że proces falsyfikacji ideologicznej naszej mowy trwa w najlepsze, zarówno w obrębie nauk społecznych, jak w literaturze popularnej. Jest to temat szerszy i zamierzam przejrzeć mu się w jednej z następnych notek, w efekcie tego zjawiska, mylą się bowiem ludziom najprostsze pojęcia, sądy zwiedzone egzotycznymi definicjami wydają absurdalne wyroki, a niemal każda debata publiczna zmienia się w bełkot.
Dziś tylko jeden przykład, który mnie ostatnio poruszył; tylko na gruncie pomieszania pojęć „patriotyzmu” i „nacjonalizmu” oraz „antykomunizmu” i „faszyzmu” mogło dojść do czynu pozostającego tak dalece poza obrzeżami cywilizacji a nawet wyobraźni, jak zbeszczeszczenie pomnika osiemnastoletniej sanitariuszki AK, ofiary mordu sądowego w okresie tuż powojennym. Peerelowska narracja historyczna, jest na tyle bliska dużej części społeczeństwa, że znajduje odbiorców także w osobach o skłonnościach fanatycznych i ekstremistycznych. Takie osoby zawsze się znajdą, w każdej dużej grupie, i choć nic ich nie tłumaczy, pamiętajmy iż główną przyczyną formy obłędu, którą ujawnili, jest falsyfikacja języka i przebywanie w wieży Babel.
Różnice światopoglądowe, nie są naszą wyłączną specjalnością. Wojny domowe na tle ideologicznym, zbrodnie, zdrady i różnorodne makabry fundowane sobie przez rodaków, miały miejsce w wielu krajach. Charakterystyczny jest przykład Hiszpanii. Kraje z takim obciążeniem historycznym , jeśli chcą przetrwać, muszą poddać się swoistej terapii, „przepracować” swoje dzieje, by stworzyć podstawy dla życia razem. W Hiszpanii miejsce i sposób pochówku gen. Franco wzbudziły wielkie kontrowersje, choć stanowiły gest pojednania. Tam jednak kolejne rządy wespół z królem Juanem Carlosem pracowały nad scaleniem rozdartego społeczeństwa. Polska, mimo, że zarówno jej obecny premier jak prezydent są absolwentami wydziałów historycznych, nie chce myśleć o swojej historii, nie ma na jej temat oficjalnego zdania, odwraca się trwożliwie od problemu i woli pozostawić przestrzeń dla rozstrzygnięć ulicznych i cmentarnych. Jeśli to się nie zmieni nie wyjdziemy z tego etapu historii jako całość, i to nie może martwić naszych wrogów.
Jak więc widać tytułowe pytanie ma pewne znaczenie. Osobiście mam na nie jasną odpowiedź, którą teraz zdradzę. Uważam, że generałowie Jaruzelski i Kiszczak powinni otrzymać od państwa minimum tego, co wyznacza człowieczeństwo. Sprawy przyszłego pochówku powinny zasadniczej części zostać pozostawione ich rodzinom , państwo zaś powinno jedynie dopilnować, aby były one w stanie bez komplikacji zrealizować swoją misję i by nie doszło w jej trakcie do scen gorszących. To moja prywatna opinia, i choć nie twierdzę że jest ona letnia, to nie rwałbym szat, jeśli nie zostałaby podzielona przez moich współplemieńców. Uznałbym to za wyraz stanu świadomości społecznej, który jest jedną ze zmiennych procesu historycznego. Dużo ważniejszy byłby dla mnie klarowny przekaz, jak państwo zachowuje się w tego typu sytuacjach i że jest to zgodne z wyznawanym oficjalnie systemem wartości i polityką historyczną.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)