Telewizje, radia i gazety pełne są facetów (głównie) obsadzanych w roli autorytetów ekonomicznych. Na pewno nie raz na nich trafiliście. Główni ekonomiści banków, główni doradcy funduszów inwestycyjnych, byli ministrowie lub wiceministrowie, prezesi i wiceprezesi firm doradczych, byli prezesi i wiceprezesi giełdy itd. Ci niezwykle zapracowani ludzie zgarniają co miesiąc kilkuset- lub kilkudziesięciotysięczne pensje, jednak znajdują czas żeby w licznych mediach zupełnie za darmo podzielić z maluczkimi swoją głęboką wiedzą ekonomiczną. No może przy okazji podbudowują sobie trochę pozycję zawodową. Taki publicznie rozpoznawany ekonomista wart jest zapewne co najmniej kilkanaście tysięcy miesięcznie więcej od nieznanego. Ale to przecież nic złego.
Ludzie ci są prawdziwymi bożyszczami lemingów. Lemingi podziwiają i naśladują ich kariery, a przede wszystkim podzielają ich poglądy. To ostatnie nie jest szczególnie trudne, bowiem poglądy ekonomicznych autorytetów składają się z jednakowych zestawów dogmatów. Dobra jest (między innymi) globalizacja, deregulacja, liberalizacja, niskie podatki (zwłaszcza dla najbogatszych), jak najgłębsza integracja w ramach Unii Europejskiej, niskie cła, inwestowanie w infrastrukturę, swobodny przepływ kapitału, prywatyzacja bez ograniczeń, wstąpienie do strefy euro oraz rządy Platformy Obywatelskiej. Złe są przeciwieństwa tych dogmatów, a ponadto transfery społeczne wszelkiego rodzaju. Dogmaty nie podlegają jakiejkolwiek dyskusji i nie muszą być uzasadniane. Dyskusje autorytetów nie są w konsekwencji szczególnie ciekawe. Wychodząc od jednakowych aksjomatów, pewnymi swych racji głosami, oceniają przeróżne zjawiska społeczne i gospodarcze. Wspólnie je chwalą lub potępiają, różniąc się co najwyżej rozłożeniem drugorzędnych akcentów. Z przeciwnikami dogmatów w spory nie wchodzą. Co najwyżej zaszczycają ich łagodną drwiną (ekonomiczne autorytety są bowiem ludźmi niezwykle wręcz, jak na nasze standardy, kulturalnymi).
I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego. Jako człowiek, który z ekonomią nie ma wiele wspólnego i z natury dość ufny, byłbym pewnie w stanie uwierzyć, iż istnieje zespół prawd udowodnionych, znanych wykształconym, utalentowanym i sprawdzonym w bojach ekonomistom, które stanowią receptę na sukces. Ostatni kryzys nadszarpnął jednak bardzo moje zaufanie.
Pamiętam bowiem, że latem 2008 r., kiedy euro kosztowało niewiele więcej niż 3 zł, a frank szwajcarski zbliżał się do 2 zł, te pewne siebie głosy perorowały, że złoty jest w długotrwałym trendzie wzrostowym. A w tym samym czasie zatrudniające ich instytucje hurtowo sprzedawały przedsiębiorcom opcje walutowe, na których mogły zarobić wyłącznie przy spadku wartości złotego.
Pamiętam też, że gdy po upadku Lehman Brothers, pojawiły się głosy, że czeka nas najgłębszy po II wojnie światowej kryzys, ekonomiczne autorytety zgodnie przekonywały, że to olbrzymia przesada i nic takiego się nie dzieje. Ot takie tam drobne zawirowania, więc nie ma sensu sprzedawać akcji i jednostek uczestnictwa w zatrudniających ich bankach i funduszach.
Pamiętam też, że kiedy jesienią zeszłego roku Tusk ogłosił, iż jesteśmy wyspą na morzu, a naszą receptą na kryzys jest przyjęcie euro, ekonomiczne autorytety aż się zachłysnęły z zachwytu. A wtedy przecież już nawet ja wiedziałem, że kryzys musi nas dotknąć i, że euro szybko nie przyjmiemy, bo nam kryzys zwiększy deficyt. I czułem, że w kryzysie lepiej mieć słabszy złoty niż walutę powiązaną z euro. Skoro więc ja – absolutny dyletant - miałem takie przeczucia (słuszne jak się okazało), to dlaczego ekonomiczne autorytety nawet się o tym nie zająknęły? Czy tylko dlatego, że to byłoby sprzeczne z ich dogmatami? A może nie chciały zaszkodzić władzy, z którą mają zbieżne interesy?
Można by jeszcze długo wymieniać. Najciekawsze jest jednak to, że nikt nie zauważył kardynalnych pomyłek
autorytetów. Nikt nie nabrał podejrzeń co do ich rzetelności. Nie musieli porzucić swoich tłustych posad. Nadal są zapraszani i adorowani. Nadal perorują nieznoszącymi sprzeciwu głosami wśród aprobujących spojrzeń dziennikarzy. A lemingi nadal ich podziwiają i podążają za ich wskazówkami.
I tak sobie tylko czasem myślę, że gdybym był pracodawcą takiego autorytetu, to po takich wpadkach na pewno bym go zwolnił. Nie widziałbym sensu w płaceniu kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie doradcy, który nie zauważył wielkiego kryzysu, nawet wtedy gdy kryzys już nadszedł. I myślę sobie, że może jednak nie zwolniłbym autorytetu, gdyby udzielał mi on innych porad niż gawiedzi. Tym bardziej, gdyby porady udzielane przez autorytet gawiedzi byłyby przypadkiem zgodne z moim interesem, lecz niekoniecznie zgodne z interesem gawiedzi. Wówczas pewnie byłbym skłonny bardzo hojnie taki autorytet wynagradzać i na pewno aprobowałbym bez zastrzeżeń, że spędza w mediach tak dużo czasu, za który przecież słono płacę.
Na szczęście nie wszyscy są tak małostkowi jak ja.
Komentarze
Pokaż komentarze (12)