Jedną z linii ataku dziennikarzy głównego nurtu na film „Towarzysz generał” jest osoba Lecha Kowalskiego, który jako biograf i historyk Jaruzelskiego w filmie się wypowiadał. Salonowi krytycy zarzucają Kowalskiemu komunistyczną przeszłość. Był on bowiem oficerem politycznym, członkiem PZPR, ukończył szkołę oficerską i Wojskową Akademię Polityczną.
Zastanawiające jest, że to co dyskwalifikuje Kowalskiego, w przypadku innych osób nie ma wielkiego znaczenia. Jakoś jednak nie widać niechęci tych samych dziennikarzy na przykład do Barroso, Fishera, Cohn-Bendita, czy Catherine Ashton, którzy przecież wyznawali najbardziej ekstremalne nurty komunizmu (trockizm, maoizm i polpotyzm) i miewali związki z lewackimi terrorystami. Trudno też dojrzeć w ich tekstach niechęć do Kuronia i Modzelewskiego. Mało tego, ich krytyka gomułkowskiej partii za prawicowe odchylenia bywa często uważana za pierwszy zryw opozycji demokratycznej w Polsce. Nie przypominam sobie, żeby dziennikarze potępiający Kowalskiego dyskredytowali dzieła Miłosza, czy Szymborskiej, z powodu ich komunistycznej przeszłości. Nie pamiętam również ich antykomunistycznego sprzeciwu, gdy rządy w Polsce obejmowali Kwaśniewski, Miller, Oleksy, czy Cimoszewicz.
Kowalskiego od wymienionych powyżej osób różni wyłącznie to, że z pozycji komunistycznych przeszedł na antykomunistyczne. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że zdaniem publicystów głównego nurtu to nie komunistyczna przeszłość dyskredytuje, lecz zdrada komunizmu. Komunistyczna przeszłość sama w sobie nie jest dla tuzów naszego dziennikarstwa czymś złym. Staje się ona jednak maczugą na kogoś, kto zbyt ostro potępia komunizm.
Komentarze
Pokaż komentarze