Wybory, mili Państwo, zdarzały się już w pierwszej Rzeczypospolitej. Bywało nawet podobnie. Publicyści szaleli. Paszkwilanci tworzyli paszkwile. Posądzano się o najgorsze intencje. Nawet zarzuty agenturalności były już wówczas popularne. Kandydaci ogłaszali programy, a autorytety wygłaszały napuszone mowy. Jedni bronili złotej wolności, a inni (zwykle, jak dziś, w mniejszości) roili o usprawnieniu państwa.
Oczywiście są i różnice. Dzisiejszą młockę w mediach zastępowały na przykład bójki w gospodach. Był to zwyczaj o wiele weselszy, a przy tym równie nośny intelektualnie. Procedury były wtedy niezbyt dopracowane, więc często wybory kończyły się wygraną dwóch kandydatów. Ostateczny wynik musiały wtedy ustalić przemarsze wojsk po kraju. Wydaje się to dziś dość dziwne, choć gdy sobie przypomnimy poelekcyjną atmosferę roku 2005, zaczyna być zrozumiałe.
Ówczesne wybory, podobnie jak dzisiaj, nieodmiennie budziły zainteresowanie ościennych mocarstw. To przecież całkiem spore państwo i w dość ważnym miejscu położone. Czasem mocarstwa wysyłały więc swoich kandydatów, a innym razem tylko popierały miejscowych. Zwykle jednak bez trudu znajdowały wśród wyborców swoich stronników, czasem popierających ich dla interesu (często wyrażanego w brzęczącej walucie), najczęściej jednak z kompleksów lub czystej głupoty.
Dziś wysyłanie własnego kandydata nie jest już w dobrym tonie. Nadal można jednak popierać miejscowych. Na przykład dać kandydatowi nagrodę lub pochwalić go w prasie (to sposób bardzo skuteczny, bowiem miejscowi wyborcy wyjątkową estymą darzą słowa drukowane za granicą, zwłaszcza zachodnią). Niezłym sposobem jest też wsparcie fundacji, która przeprowadzi jakąś niezależną kampanię. Można też gdzieś zaprosić jednego kandydata, zupełnie przy tym olewając innego. Albo na przykład pochwalić jakiś program, nawet jeżeli napisany na kolanie.
A miejscowi, nieodmiennie, nic z tego nie rozumieją. Natychmiast wdają się w gorące spory. Chwalą kandydatów przez mocarstwa popartych i ganią tych zignorowanych. Roją przy tym coś o dobrej atmosferze i przyjaźni w stosunkach międzynarodowych.
Brzęcząca waluta nie jest już dziś potrzebna. Nadal jednak, jak przed wiekami, mocarstwa mogą liczyć na miejscowe kompleksy i głupotę.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)