W całej aferze hazardowej interesują mnie tak naprawdę dwa pytania: dlaczego politycy byli posłuszni Sobiesiakowi i jak doszło do przecieku o akcji CBA?
Nie mam pojęcia, jaka może być odpowiedź na pierwsze pytanie. Opowieści o braku asertywności i obowiązkach władzy wobec obywateli wkładam oczywiście miedzy bajki. Zbyt dużo panowie ryzykowali. Nie są też dostatecznym wyjaśnieniem przypadki finansowania kampanii wyborczych PO przez Sobiesiaka i Koska. Ujawnione kwoty były śmieszne małe. Sprawy nie wyjaśnia też podsłuchana przez CBA fraza Koska „jak już my nie będziemy na nich głosować, to nikt nie będzie głosować na nich”. Daje ona owszem asumpt do ciekawych rozważań o kondycji PO, jednak nie wyjaśnia zbyt wiele. Śledząc pytania posłów z komisji mam wrażenie, że mają oni jakiś trop w tej sprawie i że ma to związek z lokalem w Warszawie, w którym firma Sobiesiaka miała otworzyć kasyno. To jednak czysta spekulacja.
Zeznania przesłuchanych w tym tygodniu świadków umocniły natomiast moje przekonanie, że do przecieku doszło 24 sierpnia 2009 r. w „Pędzącym króliku”. Bardzo zręczna była próba wyjaśnienia przecieku pismami Przybyłowicza. Rosół miał się przejąć donosami o nepotyzmie w Totalizatorze Sportowym i na tej podstawie doradzić Sobiesiakównie wycofanie się z konkursu. To wyjaśniałoby słowa Sobiesiaka o donosach użyte w późniejszych rozmowach telefonicznych. Nie można byłoby również wykluczyć, że po dowiedzeniu się o donosach Sobiesiak mógłby zacząć bać się podsłuchów. Jednak ta zręczna teoria legła w gruzach za sprawą Rosoła, który przeszarżował stwierdzając, że w rozmowie z Sobiesiakówną określił Przybyłowicza jako „KGB/CBA” (co mogłoby wyjaśniać późniejsze użycie tych skrótów w rozmowach telefonicznych przez Sobiesiaka). Sobiesiakówna twardo stwierdziła bowiem przed komisją, że w rozmowie z Rosołem skrót „CBA” nie padł. Również Sobiesiak zaprzeczył jakoby od córki dowiedział się czegokolwiek o CBA. Zeznania świadków nie są więc spójne, a to oznacza że co najmniej jedno z nich kłamie. Rosół pogrążył ponadto swoją wiarygodność mętnie tłumacząc się z wysłanego maila rekomendującego Sobiesiakówne na stanowisko członka zarządu Totalizatora.
Teoria przecieku w „Pędzącym króliku” zyskała też nowe potwierdzenia:
- Rosół ściągnął Sobiesiakównę do Warszawy specjalnie po to, żeby przekazać jej informację. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby dziewczyna jechała prawie 500 km tylko po to, żeby dowiedzieć się o pismach Przybyłowicza. Równie dobrze mógł jej o tym powiedzieć przez telefon. Żałosne są opowieści, że chciał się z nią spotkać, bo dżentelmen nie przekazuje takich informacji przez telefon. Oczywiście! Dżentelmen prosi damę, żeby przejechała się kilkaset kilometrów wspaniałą drogą między Wrocławiem a Warszawą, bo on przecież chce z nią porozmawiać.
- Sobiesiakówna obiecała ojcu, że zadzwoni do niego po spotkaniu. Nie zadzwoniła jednak, lecz pojechała po niego do „Hiltona” i zabrała do restauracji na zupę pomidorową, nad którą przegadali kilka godzin. Natychmiast po spotkaniu z Rosołem ograniczyła kontakty telefoniczne z ojcem do technicznych komunikatów typu „Jadę do Ciebie, zjemy razem śniadanie”. Wydaje się więc, że wiedziała już o podsłuchach CBA.
- Rosół nie wyjaśnił przekonująco, skąd dowiedział się o decyzji Sobiesiakówny o niekandydowaniu do zarządu. Oboje stwierdzili przecież, że nie zapadła ona w „Pędzącym króliku”. Przyznam, że nie bardzo im wierzę.
Wszystko to pokazuje, że praca tej komisji ma jednak sens. Oczywiście prokuratura mogłaby szybciej i sprawniej wyjaśnić sprawę korzystając miedzy innymi z faktu, że poszczególni świadkowie nie znaliby treści swoich zeznań. Jakoś jednak nie wierzę w sprawność prokuratury w tej sprawie.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)