Słuchałem dziś sobie w drodze do pracy porannej dyskusji publicystów w Tok FM. Zwykle w piątki dostarczają mi oni wiele zdrowej radości. Wtedy, ku zdziwieniu okolicznych kierowców, którym przecież w korku wcale nie jest wesoło, ryczę ze śmiechu w pustym samochodzie, a później wkraczam do biura w radosnym nastroju. Czasem program ten daje mi dawkę adrenaliny, której nie zapewni najlepszy hardrockowy kawałek. Wówczas wkraczam do biura gotowy do podjęcia najtrudniejszych wyzwań. Dziś było jednak inaczej. Miałem bowiem rzadką okazję dokonać bezcennej obserwacji.
Otóż znowu powstała w Polsce biografia jednego z moralnych, powszechnie uznanych autorytetów. I znowu, mimo że jeszcze nie została wydana, wzbudza wiele kontrowersji. Orzekają o niej sądy i wypowiadają się najświatlejsi rodacy. Takoż i temat podjęli piątkowo-poranni, publicystyczni mędrcy z Tok FM.
Normalnie rzecz byłaby prosta: „szambo”, „grzebanie w fekaliach”, „szarganie autorytetów”, „gówniarze, którzy nie zdążyli załapać się na rewolucję”, „porządni ludzie tego czytać nie będą” itp. Słyszeliśmy to wszyscy wiele razy. Tym razem było jednak inaczej. Zwykle tak pewni swych racji panowie mówili jakoś niemrawo i byli pełni wyważonych ocen. „Autor balansuje na granicy, a być może ją nawet przekroczył”. „ Bez porównania do takiego Zyzaka”. „Ryszard może rzeczywiście nie był idealny, ale to przecież genialny reportażysta”. „Może zbyt wiele o sprawach intymnych”. „Stosunek Ryszarda do władz PRL wymaga opisania”.
Moje zdziwienie z każdą chwilą rosło, ale na szczęście wkrótce wszystko się wydało. Rzecz jasna książkę napisał kolega. Do tej pory porządny człowiek, taki którego nie wstyd ugościć w salonie. A ja trafiłem po prostu na tę rzadką chwilę, kiedy sfora nie wie jeszcze, czy ruszy do ataku. Nie wie, czy padnie sygnał do rozszarpania, czy może tylko do przemilczenia albo wręcz będzie się łasić i dawać nagrody. Ta niepewność musi być niezwykle frustrująca, więc nie dziwi, że zacni publicyści po kilku minutach wyraźnie męczącej ich rozmowy, postanowili wrócić do sprawy za pół roku. I słusznie. Wtedy już wszystko będzie wiadomo.
Był jeszcze jeden ciekawy moment. Żakowski mianowicie zdobył się na refleksję, że człowiek tak sobie żyje i robi różne rzeczy, a potem ktoś to wszystko opisze, a inni będą czytać. Dreszcz musiał przejść obecnym po plecach, bo Lis zaczął zaraz pocieszać, że Kapuściński to był na poziomie Himalajów, a reszta najwyżej Karkonoszy, więc może o tej reszcie pisać nie będą.
Z tymi Karkonoszami to ja się zgadzam. Ale mimo wszystko, na miejscu panów redaktorów, nie liczyłbym na to, że nie będą pisać. Lepiej więc już teraz unikać sytuacji, których potem trzeba będzie się wstydzić. Wiem, że to cholernie trudne poświęcić popularność, uznanie i nagrody. Ale jest parę przykładów, że da się zrobić.
Komentarze
Pokaż komentarze (28)