Jestem przekonany, że od dwóch tygodni Polska jest w centrum zainteresowania jawnych i tajnych służb wszystkich państw, które mają ambicję liczyć się w globalnej polityce. Zdrowy rozsądek nakazuje im stawiać pytanie, czy mamy obecnie do czynienia z rosyjską próbą zmiany układu sił w naszej części Europy. Próbują więc dyskretnie dowiedzieć się jak najwięcej szczegółów ze śledztwa, analizują powszechnie dostępne dane ustalając przyczyny katastrofy, obserwują sytuację w Polsce i w Rosji, przyswajają sobie zarówno uwarunkowania historyczne, jak i specyfikę polskiej sceny politycznej ostatnich lat. Zlecają obszerne analizy nielicznym specjalistom od naszych spraw, a tłumacze języka polskiego mają teraz chyba nawet więcej roboty, niż tłumacze arabskiego.
Instytucje te niejedno już zanotowały w swoich przepastnych archiwach, a ich funkcjonariusze sporo widzieli i zapewne niełatwo ich zdziwić. Jednak to co obserwują w Polsce musiało co najmniej wywołać uniesienie ich brwi. Zobaczyli kraj, w którym natychmiast po katastrofie oskarżono ofiary o jej spowodowanie. Jednocześnie przez dwa tygodnie każda wzmianka o badaniu hipotezy zamachu (hipotezy naturalnej w tych okolicznościach) traktowana była jako oszołomski wybryk rozpatrywany w kategoriach psychiatrycznych. Kraj, którego znaczna część władzy ginie w katastrofie na terenie obcego mocarstwa, a jednak jeszcze tego samego dnia niemal wszyscy pozostali przy życiu przedstawiciele najwyższej władzy udają się do tegoż mocarstwa żeby pooglądać miejsce katastrofy na własne oczy. Kraj, który nie podejmuje żadnych kroków w celu zapewnienia sobie realnego wpływu na śledztwo, natomiast zachłystuje się retoryką pojednania z państwem, którego czynny udział w katastrofie nie został jeszcze wykluczony. Kraj, który nie podejmuje żadnych decyzji personalnych w stosunku do osób, które mogą ponosić polityczną lub służbową odpowiedzialność za katastrofę. A przecież dbające o swoje interesy państwo co najmniej wysłałoby te osoby na urlopy do czasu wyjaśnienia sprawy. Chociażby po to, żeby zminimalizować ryzyko dalszych tragedii.
Państwa, które uważamy za sojuszników, obserwując to wszystko, umacniają się w przekonaniu, że jesteśmy krajem absolutnie niegodnym zaufania. Cieszą się więc, że nie ulokowali naszym terytorium twardych instalacji wojskowych i nie pokazali nam operacyjnych planów działań militarnych (powiedzieli, że nie zostały sporządzone, ale nie wierzmy im; po prostu wiedzą, że pokazanie ich nam oznacza automatycznie przekazanie ich Rosjanom).
Natomiast pozostali właśnie odkrywają, że daleko idące zwichrowanie rozsądku miejscowej ludności, czyni z naszego regionu wspaniałe pole do różnych działań. Nawet więc, jeżeli okaże się, że nie mamy obecnie do czynienia z rosyjską próbą zmiany układu sił w naszej części Europy, to musimy być przygotowani na to, że próba taka może zostać niedługo podjęta przez Rosjan albo kogoś zupełnie innego. Grzechem byłoby niekorzystanie z takiej okazji.
Czy z tego zainteresowania Polską wyniknie dla nas coś dobrego? Może, ale wyłącznie wtedy, gdy będzie to w interesie obserwatorów. A tak nie musi się zdarzyć. Musimy więc liczyć na siebie.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)