Co odsłoni powódź, tego jeszcze nie wiem. To znaczy domyślam się oczywiście, ale rzetelność wymaga poobserwowania jeszcze przez kilka dni lub tygodni przed dokonaniem oceny.
Wiem natomiast co odsłoniła katastrofa smoleńska. Otóż w wersji najbardziej życzliwej dla obecnie rządzących i zakładając maksimum ich dobrej woli, stwierdzić muszę, że na jaw wyszła ich totalna niekompetencja. I to tak wyraźnie, jak nigdy przedtem.
W 2007 roku daliśmy tym ludziom możliwość decydowania o naszych losach, rzesze urzędników, życzliwe media, wizerunek mężów stanu, uwielbienie młodych ludzi obojga płci, możliwość brylowania na salonach, trawę pomalowaną na zielono, przecinanie wstęg, saloniki i bramki dla VIP-ów, pocałunki Dody i całkiem sporo, jak na nasz niebogaty kraj, pieniędzy. W zamian oczekiwaliśmy (lub przynajmniej powinniśmy byli oczekiwać) profesjonalizmu w działaniu.
Nawet stosując najbardziej życzliwą dla rządzących interpretację zdarzeń z 10 kwietnia 2010 r., muszę dojść do wniosku, że ci ludzie totalnie się pogubili. Ja rozumiem, że szok był duży. Większość z nas (poza może Palikotem) również go odczuła. Jednak na nich spoczywał wówczas obowiązek zadbania o podstawowe interesy i bezpieczeństwo państwa. Należało przy tym działać szybko, aby wykorzystać efekt zaskoczenia, który – jak można było roboczo przyjąć – istniał również po stronie rosyjskiej.
Przede wszystkim Tusk nie powinien był lecieć do Smoleńska. Jako najwyższy pozostały przy życiu przedstawiciel władzy powinien był przebywać w dobrze strzeżonym, ukrytym miejscu aż do wyjaśnienia, czy to nie początek czegoś jeszcze groźniejszego. Stamtąd należało wygłosić uspokajające orędzie do narodu i zająć się zarządzaniem kryzysowym oraz telefonicznymi uzgodnieniami z Putinem. O czym? Ano o ekspresowych wizach dla polskich specjalistów i potrzebie przeanalizowania stanu prawnego.
Obecni w Smoleńsku BOR-owcy powinni zostać poinstruowani, że mają żądać zabezpieczenia miejsca katastrofy i – bez użycia siły – sprzeciwiać się usuwaniu stamtąd czegokolwiek. Ich poczynania powinny były zostać wsparte przez polskiego ambasadora.
Oczywiście natychmiast należało wysłać wsparcie w postaci dalszych BOR-owców, a także ekspertów od katastrof lotniczych i kryminalistyki. Ich zadanie: uzyskania metodą faktów dokonanych, a także przy wsparciu ambasadora jak największego udziału w badaniu miejsca katastrofy, a gdyby to się nie udało – obserwowanie i dokumentowanie poczynań Rosjan. Natomiast prokuratorzy mogli zostać w kraju. Nie byli tam do niczego potrzebni.
Pracownicy i prawnicy MSZ powinni byli dostać zadanie zbadania dostępnych możliwości prawnych. Zapewne po kilku godzinach poinformowaliby premiera o porozumieniu z 1993 roku, a także o tym, że prawo międzynarodowe w dużej mierze rządzi się precedensami, a ta sytuacja była w najwyższym stopniu precedensowa. Myślę, że do poniedziałku – posługując się konwencją chicagowską i dostępnymi materiałami o badaniu katastrof innych samolotów – byliby w stanie opracować wstępny projekt porozumienia międzyrządowego w sprawie badania przyczyn katastrofy i najdalej we wtorek mógłby on wylądować na biurku Putina. Oczywiście porozumienie powinno zakładać wspólną komisję i pełny, aktywny udział polskich specjalistów we wszystkich czynnościach z możliwością ich inicjowania, a także wspólny nadzór nad miejscem zdarzenia i wszystkimi szczątkami oraz zasadę pełnego informowania opinii publicznej o ustalonych faktach (chyba że komisja wspólnie zadecydowałaby inaczej). Ewentualna odmowa zawarcia porozumienia przez Rosjan zostałaby natychmiast podana do wiadomości publicznej i zapewne odbiłaby się szerokim echem w światowych mediach.
Tego wszystkiego zaniedbano. W zamian otrzymaliśmy deklaracje pojednania i ekscentrycznego (mówiąc eufemistycznie) p. Klicha jako naszego najwyższego przedstawiciela, który otrzymuje wyłącznie informacje udostępnione mu p. Anodinę. Zyskaliśmy również pewność, że ustalenia MAK, jakie by nie były, będą przez następne dziesięciolecia kwestionowane.
Powiedzcie mi teraz, czy ci panowie na pewno sobie poradzą, jeżeli damy im jeszcze więcej władzy?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)