Defetyk Defetyk
22
BLOG

Wybór z karty

Defetyk Defetyk Polityka Obserwuj notkę 6

Głosowanie jest jak wybór potrawy w kiepskiej restauracji. Najczęściej w karcie nie ma dania, na które rzeczywiście miałoby się ochotę. Wybory prezydenckie mają dodatkowo tę specyfikę, że najczęściej realne szanse na objęcie urzędu mają jedynie niektórzy ze stawki kandydatów. Jeżeli zatem ktoś chce wykorzystać swój głos dla zachowania tego niezwykle minimalnego wpływu na przebieg wydarzeń, który przyznaje nam konstytucja, a nie do wyrażenia swojego sprzeciwu, to jego wybór jest jeszcze bardziej ograniczony.

Logika wyboru
 
Logika nakazuje zatem dokonanie wyboru między Komorowskim a Kaczyńskim. Teoretycznie w grę mógłby wchodzić także Napieralski, jako jedyny poza dwoma liderami kandydat, którego poparcie sondażowe przekracza granice błędu statystycznego. Jest mi on jednak we wszystkich możliwych aspektach tak odległy, że nie mógłbym na serio rozważać oddania na niego głosu.
 
Myślę, że każdy w miarę zorientowany obserwator życia publicznego wyboru dokonuje najpóźniej po zamknięciu listy kandydatów. Tak postąpiłem również i ja. Jednak na podjęcie ostatecznej decyzji pozostawiłem sobie czas aż do końca kampanii. Zdarzało się już bowiem, że zmieniałem zdanie pod wpływem wydarzeń bezpośrednio poprzedzających głosowanie (inna sprawa, że czasem tego później żałowałem).
 
Komorowski
 
Jeszcze zanim kampania się rozpoczęła wiedziałem, że w oddaniu głosu na Komorowskiego będą mi przeszkadzać jego niejasne powiązania z WSI i pytania dotyczące udziału w aferze aneksowej. Brak było również przesłanek aby sądzić, że jego polityka czymkolwiek różniłaby się od postępowania PO w ostatnich latach. A było ono przecież zaprzeczeniem prawdziwej polityki, która powinna koncentrować się na wielowymiarowym modernizowaniu państwa w celu dostosowania go do coraz nowszych wyzwań i to bez względu na ewentualne straty sondażowe. W to miejsce otrzymaliśmy nieustanne odczytywanie nastrojów społecznych i dostosowywanie się do nich w celu osiągnięcia jak najwyższych notowań, dla których zresztą nie cofnięto się nawet przed kreowaniem wydarzeń (tzw. afera stoczniowa). Brutalna walka z opozycją i Prezydentem toczona była często z naruszeniem porządku konstytucyjnego (vide: odwołanie Kamińskiego) i ze szkodą dla interesów państwa (np. przyzwolenie na rozgrywanie polskiej wojny na górze przez Putina). A przy tym wszystkim zaniechano jakichkolwiek ambitnych projektów modernizacyjnych. Rządzący nie tylko nie podjęli walki z polskimi patologiami, ale wręcz przyzwolili na ich pogłębienie, czego najlepszym przykładem była afera hazardowa.
 
Wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy wzmocniły moje przekonanie, że prezydentura Komorowskiego nie byłaby korzystna dla Polski. Przede wszystkim rząd PO zaniedbał uzyskania wpływu na badania przyczyn katastrofy smoleńskiej pozostawiając dochodzenie w całości w rękach Rosjan. Tłumaczenie, iż uczyniono to w imię zaufania do nowych przyjaciół jest po prostu niedorzeczne (inna sprawa, że pozostające w zgodzie z postpolityczną praktyką PO). Wydaje się raczej, że doszło do tego albo na skutek bezradności rządzących w obliczu nagłego, głębokiego kryzysu o zasięgu międzynarodowym albo na skutek cynicznej kalkulacji, że ustalenia Rosjan będą wygodne również dla PO. Orzeczenie błędu pilotów pozostających pod presją Prezydenta może przecież odsunąć niewygodne pytania o oszczędności na szkoleniach w 36. Pułku, nieprawidłowości w organizacji wizyty oraz wykorzystywanie rocznicy katyńskiej ramię w ramię z Putinem do kolejnej wojenki z Prezydentem. Zwłaszcza, jeżeli w rękach PiS nie pozostanie już żaden ośrodek władzy, który miałby kompetencje umożliwiające wgląd do akt sprawy (taki jak np. BBN), a „odpolitycznienie” mediów publicznych umożliwi PO osiągnięcie pełnej hegemonii w głównych ośrodkach kształtowania opinii publicznej. Otwarte pozostaje przy tym pytanie o cenę, jaką przyjdzie rządzącym (i nam wszystkim) zapłacić za wygodne dla nich ustalenia MAK oraz fikcję pojednania z Rosją.
 
Mój głęboki niesmak wzbudziło ponadto bezwzględne wykorzystanie przez Komorowskiego katastrofy smoleńskiej do kreowania wizerunku męża stanu i przez to zwiększania szans wyborczych. Gdyby nie katastrofa, kandydat PO nie mógłby przecież zwołać RBN, wizytować z Tuskiem wałów przeciwpowodziowych i przewodniczyć Radzie Gabinetowej. Nie byłby możliwy również wybór Belki na szefa NBP w celu pozyskania zdezorientowanych wyborców lewicowych i być może zapoczątkowania współpracy z częścią lewicy skupioną wokół Kwaśniewskiego, niewątpliwie bardzo zadowolonej z poskromienia IPN i nowego otwarcia w stosunkach z Rosją. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że polityka jest dziedziną, w której najistotniejsza jest skuteczność w zdobywaniu władzy i realizowania swoich celów. Wiem również, że historia ma tendencję do usprawiedliwiania władców, którzy osiągali i utrzymywali władzę za pomocą niecnych postępków, o ile używali jej z korzyścią dla państwa. Nie ma jednak powodów, aby sądzić, że tak może być w przypadku PO i Komorowskiego. W szczególności między bajki można włożyć opowieści, że Platforma odkładała trud reformowania państwa do wyboru przyjaznego jej prezydenta. Nawet gdyby przyjąć, że Tusk rzeczywiście ma reformatorskie ambicje (choć nie ujawnił ich do tej pory), to swym dotychczasowym postępowaniem udowodnił, że ponad reformy przedkłada dbanie o dobre wyniki w wyborach. A przecież zawsze nadchodzą jakieś wybory.
 
Kaczyński
 
Urząd prezydencki nie jest skrojony na miarę politycznego temperamentu Kaczyńskiego. Polityk ten wydaje się być stworzony do bojów partyjnych i parlamentarnych oraz do pełnienia funkcji szefa rządu. Niepokój budzi ponadto dalszy los PiS w przypadku wygrania wyborów przez Kaczyńskiego. Nie dostrzegam na razie w tej partii polityka dojrzałego do przejęcia kierowania partią, a nie byłoby w interesie naszego kraju ewentualne osłabienie największej partii opozycyjnej. Zwłaszcza, że jest ona jedyną liczącą się siłą polityczną, w której postrzeganiu świata realne kryteria polityczne wyraźnie dominują nad postpolitycznymi. Z tych względów po katastrofie smoleńskiej miałem nadzieję, że PiS zdecyduje się poprzeć Marka Jurka, a Kaczyński skupi się na nadchodzących wyborach parlamentarnych. Widocznie jednak zabrakło czasu, osobiste urazy okazały się zbyt silne albo z badań sondażowych wyszło, że projekt taki nie ma szans powodzenia.
 
Niezależnie od przyczyn doszło do sytuacji, w której prezes PiS pozostaje jedynym liczącym się kandydatem uświadamiającym sobie ryzyka związane z aktualnym kursem polityki PO. Po objęciu urzędu prezydenta Kaczyński miałby może niewielkie, ale jednak realne możliwości wpływania na tę politykę, kontrolowania jej i w razie potrzeby podnoszenia alarmu, jeżeli PO zabrnie zbyt daleko. Dlatego w tym momencie sądzę, że otrzyma mój głos, nawet jeżeli wcale nie jestem pewien, czy wygrana w wyborach prezydenckich jest jego rzeczywistym celem.
 
I co dalej?
 
Tendencje w sondażach przypominają sytuację z 2005 r. Dlatego nie można wykluczyć ponownego wygranej kandydata PiS. Tym bardziej, że PO wyraźnie się pogubiła. Wściekłe ataki jej członków i popleczników na Kaczyńskiego zdają się przynosić skutki odwrotne do zamierzonych. Polityka kreowania Komorowskiego na opatrznościowego męża stanu razi sztucznością i wykorzystywaniem tragedii smoleńskiej. PO nie radzi sobie najlepiej i bez szybkiej odsieczy ze strony MAK może się zdarzyć, że nie wygra tych wyborów.
 
Nie sądzę, żeby ewentualna wygrana Kaczyńskiego przyniosła zakończenie „wojny polsko – polskiej”. Bez względu na to, czy jego rzeczywiste intencje są zgodne z deklaracjami, do porozumienia potrzebna jest wolu obu stron. Dla PO priorytetem stałaby się wygrana w wyborach parlamentarnych, należałoby się więc spodziewać kontynuacji podjazdowej wojny z prezydentem i obarczania go winą za wszystko co złe w naszym kraju. Zwłaszcza, że porozumienie i próby reformy państwa nie byłyby w interesie wpływowych ośrodków biznesowych, korporacji, służb i mediów popierających obecnie PO.
 
Również przegrana Kaczyńskiego raczej nie przyniesienie końca wojny pomiędzy PiS a PO. PiS pozostanie najsilniejszą partią opozycyjną i zachowa szanse na wygranie wyborów parlamentarnych, przy czym ewentualny dobry wynik Kaczyńskiego wzmocni pozycję tej partii. W konsekwencji interesie obu największych partii będzie dalsze pogłębianie różnic pomiędzy nimi i koncentrowanie na tym konflikcie uwagi Polaków. Zmiana w razie wygranej Komorowskiego polegać będzie na tym, że ucichnie wyniszczającej wojna między dwoma ośrodkami władzy wykonawczej. Jednak cena, jaką przyjdzie nam zapłacić za ten uwielbiany przez wyborców spokój, może być zbyt wysoka.
 
***
 
Mam obecnie bardzo ograniczony dostęp do Internetu. Dlatego na ewentualne komentarze odpowiem z dużym opóźnieniem.
Defetyk
O mnie Defetyk

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka