Defetyk Defetyk
1143
BLOG

Zamach?

Defetyk Defetyk Polityka Obserwuj notkę 30

Bezpośrednio po 10 kwietnia 2010 r. dopuszczałem wszystkie rozsądne hipotezy dotyczące przyczyn katastrofy smoleńskiej, jednakże przypisywałem im różny stopień prawdopodobieństwa. Za najmniej prawdopodobny uznałem zamach zorganizowany bądź to wyłącznie przez Rosję, bądź też ze świadomym lub nieświadomym udziałem czynników polskich, a to ze względu na ryzyko związane z takim przedsięwzięciem. Nieco bardziej możliwa wydawała się teoria zakładająca ryzykowne lądowanie wykonane pod naciskiem pasażerów. Wszelako, ponieważ już od ładnych kilkudziesięciu lat żyję w kraju zorganizowanym w wielu sferach, z różnym nasileniem, na wzór sowiecki, za najbardziej prawdopodobne uznałem zderzenie się polskiej i rosyjskiej niekompetencji i/lub przyczyny techniczne. Moja ocena sytuacja była zatem zbliżona do poglądu red. Lisickiego.

Wydarzenia następnych miesięcy zweryfikowały jednak nieco moje poglądy dotyczące prawdopodobieństwa różnych możliwych przyczyn katastrofy.
 
Badanie przyczyn
 
Racja stanu wymagała bądź to umiędzynarodowienia badania przyczyn katastrofy, bądź też zapewnienia Polsce jak największego wpływu na ten proces. Teza ta jest tak oczywista, że nie zamierzam tracić czasu na jej uzasadnianie. Co więcej, wydaje się, że nasz rząd dysponował wszelkimi środkami do osiągnięcia tego celu. Przede wszystkim wolę współpracy zadeklarował prezydent Rosji. Istniały również dogodne instrumenty prawne, które zresztą można było w razie potrzeby zmodyfikować biorąc pod uwagę precedensowy charakter sytuacji. Wreszcie zainteresowanie katastrofą przez światową opinię publiczną mogło zostać wykorzystane do wywarcia nacisku w razie oporu Rosji, podobnie zresztą jak instrumenty polityczne wynikające z przynależności Polski do NATO i UE.
 
Nasz rząd nie podjął jednak żadnych działań w tym kierunku. Przyznał to premier na spotkaniu z rodzinami ofiar. I, o ile w pierwszych godzinach po katastrofie można tę bierność tłumaczyć (choć nie usprawiedliwiać) brakiem kompetencji i pogubieniem się w sytuacji kryzysowej, o tyle musimy przyjąć, iż co najmniej od 12 kwietnia mieliśmy do czynienia z celowym zaniechaniem. Otwarte pozostaje pytanie, jakie były przyczyny zignorowania przez rząd ważnego interesu państwa.
 
Przeczytałem gdzieś tezę, że zarówno Putin, jak i Tusk znają prawdziwe przyczyny katastrofy, ale nie chcą ich upubliczniać, bowiem obciążają one L. Kaczyńskiego oraz załogę samolotu i generalnie świadczą o żałosnym poziomie tych ludzi. Dlatego obaj panowie mieliby pozostawić bieg spraw swojej dynamice nie chcąc zajmować się śmierdzącym jajem. Teza ta nie jest prawdopodobna. Przeczy temu przede wszystkim fakt, iż teoria o winie załogi i (z nieco mniejszym nasileniem) prezydenta jest lansowana niemal od pierwszych minut po katastrofie zarówno przez sterowane przez Kreml media rosyjskie, jak i przez zaprzyjaźnione z PO media polskie, a także polityków, którzy byli lub są związani z obozem rządzącym (np. Sikorski, Palikot, Wajda, Kutz). Logiczne jest zatem, że gdyby istniały twarde dowody potwierdzające tą teorię, to zostałyby one natychmiast upublicznione, zwłaszcza że niewątpliwie ułatwiłoby to Komorowskiemu walkę o prezydenturę.
 
Warto w tym miejscu wspomnieć o szczególnie odrażającym festiwalu oskarżeń pod adresem gen. Błasika. Teza, iż bez uprawnień pilotował on Tu-154, oparta była na niezwykle wątłych przesłankach i została ostatecznie zdementowana przez prokuraturę. Nie mam niestety złudzeń, że zakończy to publiczne znęcanie się nad rodziną generała.
 
Nieco bardziej prawdopodobne wydaje się, że zaniechanie rządu wynikało z przyczyn czysto koniunkturalnych. Zgodne z racją stanu traktowanie tragedii smoleńskiej oznaczałoby działanie według postulatów PiS i legitymizowanie teorii określanych jako spiskowe, a to mogłoby wzmocnić nastroje korzystne dla tej partii i osłabić i tak już nadrwężone szanse Komorowskiego w walce o prezydenturę. Natomiast bagatelizowanie katastrofy pozwala stygmatyzować PiS jako szkodliwych oszołomów i w ten sposób zwiększać poparcie dla monopolizowania władzy przez rozsądną PO. Koniunkturalizm polityczny tłumaczyłby również wyraźne dążenie rządzących do upamiętniania ofiar katastrofy w możliwie jak najmniejszym stopniu (jeżeli pomnik, to na cmentarzu, jeżeli krzyż, to w kościele itp.).
 
Kolejne możliwe wytłumaczenie zaniechań rządu to zwykły strach. Może on mieć różne oblicza. Może być to strach przed Kremlem na zasadzie „zobaczcie do czego jesteśmy zdolni i siedźcie cicho”. Ale może to być również strach przed konsekwencjami własnych poczynań, czy to związanych z wymierzoną w L. Kaczyńskiego medialną gierką z Putinem, czy też z przygotowaniem feralnego lotu do Smoleńska. Zauważmy, że założenie takiej motywacji rządu, zakłada pełną świadomość rządu w zakresie odpowiedzialności Rosji lub własnej za katastrofę.
 
Zupełnie nieprzekonująca jest natomiast oficjalne wytłumaczenie poczynań rządzących, zgodnie z którym żądanie umiędzynarodowienia badania przyczyn katastrofy lub większego udziału Polski stanowiłoby przejaw braku zaufania wobec Rosji i zagroziłoby kruchemu procesowi pojednania. Po pierwsze ów „proces pojednania” pozostaje na razie wyłącznie w sferze gestów i nie przekłada się na żadne realne działania rosyjskie. Stanowi więc zbyt małą wartość, aby poświęcać dlań rację stanu. Po drugie wspólne badanie przyczyn katastrofy i otwartość obu stron w tej sprawie niewątpliwie sprzyjałaby pojednaniu. Natomiast badanie przyczyn wyłącznie przez MAK ma skutek wręcz przeciwny. Przecież nawet rząd zaczął już zauważać liczne poważne nieprawidłowości w tym procesie. Zauważmy jednak, że nie spowodowało to (ciągle jeszcze możliwej) zmiany polityki rządu w sprawie wyjaśnia przyczyn katastrofy.
 
Świadoma decyzja rządu o sprzecznym z racją stanu działaniu w sprawie wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej ma doniosłe skutki. Postępowanie takie – samo w sobie i niezależnie od przyczyn katastrofy – powinno być bowiem oceniane w kategoriach odpowiedzialności politycznej i – przede wszystkim – karnej. Dla uniknięcia tej odpowiedzialności konieczna jest monopolizacja władzy politycznej i medialnej (mogliśmy to na mniejszą skalę prześledzić w odniesieniu do dwóch afer roku 2009: hazardowej i stoczniowej) oraz marginalizacja tej części opozycji, która podnosi tę sprawę. Obecnie możemy obserwować wyraźne poczynania rządu zmierzające we wszystkich tych kierunkach.
 
Decyzja o powierzeniu badania przyczyn katastrofy w rękach Rosji wystawia nas na ryzyko także w aspekcie międzynarodowym. Po pierwsze Kreml zyskał poważne narzędzie do ingerowania w wewnętrzne sprawy Polski – ustalenia MAK (niekoniecznie zawarte w raporcie, również publikowane później) mogą przecież wstrząsnąć naszą sceną polityczną. Naiwnym byłoby sądzić, że Putin nie skorzysta z takiej możliwości kształtowania w możliwie najkorzystniejszy dla Rosji sposób naszej sceny politycznej. Po wtóre wszyscy zainteresowani dostali wyraźny sygnał, że Polska nie zawsze wykazuje determinację w realizowaniu swoich podstawowych interesów. I na pewno będą to uwzględniać w swoich politycznych kalkulacjach.
Tak, czy inaczej, podejście polskiego rządu do badania przyczyn katastrofy samo w sobie nie dowodzi, ani nie uprawdopodabnia, iż mieliśmy do czynienia z zamachem. Co będzie jednak, jeżeli zderzymy je z innymi znanymi faktami?
 
Ciemny lud wszystko kupi
 
Niemal natychmiast po katastrofie ukształtował się w zaprzyjaźnionych z PO mediach model politycznej poprawności w ocenie katastrofy. Uznawał on za uprawnione dowolne spekulacje obciążające winą pilotów lub pasażerów TU-154, natomiast wszelkie sugestie o odpowiedzialności Rosjan lub rządu albo kwestionowanie podawanych przez Rosjan informacji traktował jako „teorie spiskowe” – wytwór sfrustrowanych i słabych umysłów poszukujących nadzwyczajnych wyjaśnień zdarzeń, których nie potrafią pojąć. Model ten w swych ogólnych zarysach obowiązuje do dziś, choć obecnie dopuszcza w ograniczonym zakresie rozważania dotyczące nieprawidłowości w naprowadzaniu rządowego Tupolewa i nieprawidłowego szkolenia pilotów (co zresztą podbudowuje teorię ich winie) i nie jest w stanie załamać się nawet pod ciężarem faktów, takich jak wykazanie nieprawdziwości twierdzeń władz rosyjskich dotyczących czterokrotnej próby lądowania, nieznajomości rosyjskiego wśród pilotów, wydania przez kontrolerów polecenia odejścia na lotnisko zapasowe, czy też godziny katastrofy.
 
Warto zauważyć, że wszystkie rozważania dotyczące nieprawidłowego naprowadzania Tupolewa odpierane są jednym argumentem: piloci nie mieli prawa lądować w tych warunkach. W tym celu po studiach radiowych i telewizyjnych oraz redakcjach gazet krąży grupka ekspertów (zresztą czasem bardzo dziwnych) uparcie powtarzających tę tezę. Tymczasem jak dotąd w przestrzeni publicznej brak jest jakichkolwiek przesłanek potwierdzających, że mieliśmy do czynienia z próbą lądowania. Ujawnione stenogramy zapisów czarnych skrzynek świadczą o czymś zupełnie przeciwnym: kapitan podjął decyzję o podejściu do wysokości decyzji i odejściu na drugi krąg w braku warunków do lądowania. Zarówno ta decyzja, jak i dalszy przebieg zdarzeń były zgodne z obowiązującą pilotów procedurą. Samolot zniżył się do 100 m i pozostawał na tym pułapie przez 7 sekund, przy czym kapitan nie wydał komendy „lądujemy” (nie widział więc pasa). Następnie TU-154 zaczął szybko tracić wysokość. Na wysokości 80 m drugi pilot wydał komendę „odchodzimy” i powinien był w tym samym momencie wcisnąć przycisk „uchod” uruchamiający odpowiednie funkcje samolotu. Nie wiemy, czy to zrobił, bo jak dotąd nie podano do publicznej wiadomości interpretacji danych zawartych w rejestratorach parametrów lotu. Co więcej, z niejasnej wypowiedzi E. Klicha przed Komisjami Infrastruktury oraz Sprawiedliwości i Praw Człowieka Sejmu RP (21.10.2010 r.) wynika, iż wystąpiły problemy techniczne w zapisie przynajmniej w odniesieniu do rejestratora szybkiego dostępu. Brak jest jednak podstaw do przyjęcia, że akurat w tym momencie drugi pilot miałby postąpić niezgodnie z procedurą, skoro wcześniej załoga jej przestrzegała. Warto dodać, że z prób przeprowadzonych na symulatorach wynika, iż Tupolew powinien bez problemu odejść na drugi krąg również z wysokości 80 m. „Eksperci” pomijają jednak w swoich rozważaniach te fakty, a czasem nawet wprowadzają opinię publiczną w błąd co do procedur obowiązujących na pokładzie Tu-154.[i]
 
Nie wiem, czy lądowanie bez wydania decyzji „lądujemy”, po komendzie „odchodzimy” i naciśnięciu przycisku „uchod” jest w ogóle technicznie możliwe. Wiem jednak, że jak dotychczas nikt nie przekonał mnie, iż piloci Tupolew w ogóle podjęli próbę przyziemienia. Niestety pod wpływem nieustannie powtarzanych opinii „ekspertów” znaczna część opinii publicznej jest przekonana, że piloci rządowego Tu-154 usiłowali lądować w warunkach poniżej minimalnych.
 
Warto zauważyć, że dezinformowanie opinii publicznej odbywa się z czynnym udziałem Rosjan. Najbardziej dobitnym dowodem tej tezy było pojawianie się w polskich mediach pod różnymi nazwiskami autora tzw. „filmu Koli” nieodmiennie wygłaszającego tezy zgodne z oficjalną wersją zdarzeń.
 
Czy świadome dezinformowanie opinii publicznej o przebiegu zdarzeń udowadnia teorię zamachu? Oczywiście, że nie. To jednak nie koniec dziwnych faktów dotyczących katastrofy.
 
Dochodzenie MAK i śledztwo rosyjskiej prokuratury
 
Zaniedbania popełnione przez MAK w toku dochodzenia są na tyle znane, że nie ma potrzeby ich szczegółowego przytaczania. Nie ulega wątpliwości, że postępowanie MAK rażąco odbiega od standardów wyjaśniania przyczyn katastrof lotniczych. Naiwnością byłoby sądzić, że nie jest to działanie celowe.
Podobne zarzuty można stawiać śledztwu prowadzonemu przez rosyjską prokuraturę. Unieważnienie zeznań kontrolerów i pominięcie wszystkich niewygodnych faktów dla Rosji w zeznaniach powtórzonych jest tego koronnym dowodem.
 
Co ciekawe, ani badanie przyczyn katastrofy ani śledztwo, bez względu na to, czy polskie, czy rosyjskie, jak dotąd nie próbują nawet wyjaśnić dziwnych faktów, które przedostały się do opinii publicznej, takich jak strzały na miejscu katastrofy, zdjęcia szczątków drugiego samolotu, przerwanie linii energetycznej przez samolot znajdujący się na wysokości 400 m, usuwanie zdjęć z pamięci aparatów fotograficznych ofiar katastrofy, czy dziwne wypowiedzi o zakończeniu „zrzutu” lub o czymś, co widzą piloci, zawarte w opublikowanych stenogramach z czarnych skrzynek.  
 
Czarne skrzynki
 
Wiemy, że mimo kilkukrotnego kopiowania polscy eksperci nadal nie dysponują pełnym nagraniem z rejestratora rozmów. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że ostatnie sekundy nagrania są zakłócone przez buczenie, co skłoniło wojskową prokuraturę do wszczęcia nieco kabaretowego postępowania w sprawie ustalenia częstotliwości prądu w Moskwie. Z powołanej już wypowiedzi E. Klicha przed Komisjami Infrastruktury oraz Sprawiedliwości i Praw Człowieka Sejmu RP wiemy, że jest jakiś problem z zapisem rejestratora szybkiego dostępu. Takie zbiorowe kłopoty z czarnymi skrzynkami mogą świadczyć bądź to o ingerowaniu w ich zawartość, bądź to o poważnej awarii na pokładzie Tupolewa na kilka sekund przed katastrofą.
 
Co ciekawe, ostatnio dowiedzieliśmy się, że również czarna skrzynka zainstalowana w Casie, która w 2008 r. rozbiła się w Mirosławcu, nie zarejestrowała ostatnich 14 sekund lotu. Warto dodać, że nagrania 18 ostatnich sekund lotu brak jest również w rejestratorze samolotu, który rozbił się w podobnych do smoleńskich okolicznościach w 2004 r. w Bośni z prezydentem Macedonii na pokładzie. Macedończycy nie pogodzili się z wnioskami zawartymi z raporcie sporządzonym przez NATO i USA (obciążono winą załogę) i nadal dążą do wyjaśnienia tej katastrofy.
 
Zamach?
 
Wszystkie te fakty razem wzięte spowodowały, że obecnie uważam zamach za nieco bardziej prawdopodobną przyczynę katastrofy smoleńskiej niż bezpośrednio po 10 kwietnia 2010 r. Jednocześnie nie do końca przekonują mnie argumenty przeciwników tej teorii.
 
Wskazują oni na przykład na fatalne warunki atmosferyczne jako przyczynę katastrofy. Mało kto zauważa jednak, że mgła mogła nie mieć żadnego znaczenia. Być może do katastrofy doszłoby również przy doskonałej widoczności.
 
Inny argument przeciwników teorii zamachu to przypomnienie, iż L. Kaczyński nie miał szansy na reelekcję, w związku z czym wyeliminowanie go byłby zbędnym ryzkiem. Jednak nie koniecznie musiało chodzić o L. Kaczyńskiego. Cel takiego działania mógł być inny, na przykład wyeliminowanie obu liderów polskiej prawicy (nazwisko J. Kaczyńskiego było na liście pasażerów, która krążyła między redakcjami w okresie poprzedzającym katastrofę), zastraszenie polskich elit politycznych, odblokowanie swoim ludziom drogi do awansu w strukturach NATO lub coś zupełnie innego, z czego nie zdajemy sobie obecnie sprawy.

 

Moim zdaniem przecenia się również  ryzyko jakie miałaby ponosić Rosja w przypadku wyjścia na jaw ewentualnego zamachu. Nie byłby to casus belli, bo Polska jest na to zbyt słaba, a sojusznicy nie byliby zobowiązani do żadnych działań, ponieważ ewentualny atak nastąpił poza terytorium kraju NATO.  Nie zgadzam się również z tezą red. Lisickiego zawartą w linkowanym na wstępie felietonie, iż „gdyby ów rzekomy zamach wyszedł na światło dzienne (…) oznaczałoby to całkowite zerwanie stosunków Rosji z Zachodem.” Rosji już sporo wybaczano, np. masakrę w Czeczeni, czy zabójstwo dokonane na terytorium Anglii. Warto też przypomnieć niezmiernie delikatną reakcję Zachodu na poczynania Rosji w 2008 r. w Gruzji. Być może obecnie Putin przesunął po prostu granice swoich akceptowanych przez świat zachowań. Pamiętajmy, że Hitler do 1939 r. robił coś takiego kilkukrotnie.



[i] Większość informacji zawartych w tym akapicie zaczerpnąłem z doskonałegoopracowania Marka Dąbrowskiego „Smoleńsk: Medialna dżungla luster”, wersja z 15.11.2010 r.
Defetyk
O mnie Defetyk

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (30)

Inne tematy w dziale Polityka