Kiedy idę chodnikami mojego miasta, co chwila pędzi auto ustrojone w biało-czerwoną flagę i inne symbole okazujące patriotyzm. Na początku odczuwałem dumę, że my, Polacy, tak kochamy swój kraj, że narodowe barwy eksponujemy na dachach samochodów, w sumie przy okazji Euro 2012. Jednak kiedy nad tym pomyśleć, to tylko z okazji tej imprezy sportowej.
11 listopada, czy innym dniu narodowych świat co raz ciężej dostrzec flagę wywieszoną na balkonie, nie mówiąc już o dachach samochodów. Każdego roku zmniejsza się liczba osób, które deklarują miłość i przywiązanie do swojego kraju. Jednak na czas ogromnej medialnej szopki, jaką jest bez wątpienia Euro, musimy wszyscy się pokazać, wystroić w biało-czerwone gadżety i trąbić niczym wuwuzele na Mistrzostwach Świata w RPA, jak bardzo wspieramy naszą drużynę.
Smutne to, że na europejski cyrk objazdowy, zachowujemy się jak na ten cyrk przystało - kupujemy debilne perułki i inne kibicowskie gadżety, zaś w dzień narodowego święta, nie wywieszamy nawet flagi naszej Ojczyzny. Trochę pojęcie patriotyzmu i miłości do kraju uległo ewolucji. Nie jest modne bycie patriotą w dni narodowej pamięci, jednak gdy organizowana jest impreza dla estabilshmentu (bo ilu przeciętnych Kowalskich wylosowało bilety?), nagle wszyscy potrafimy oznajmiać, ile w nas Polskości. Bynajmniej na zewnątrz.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)