A tak bardzo chciałem pójść na kaczeńce... Te zółte, tak radośnie rozpostarte, rozpasione w strumieniu. Mazowieckim stumieniu, który powolnie się toczy. Tak wolno, że można zaczerpnąć powietrza. W stronę Żelazowej Woli, przez moje życie się toczył. Do Frydryka... Utrata złudzeń? Nie. To piękna rzeka...
Tak bardzo chciałem choć raz zanieść mojej dziewczynie te kaczeńce ale... Ale samochód się wywrócił, bo koło się urwało. Kolega stracił palce, inny kawałek nogi a jeszcze inny z domu musiał uciekać, żeby mu żony i psa nie zabili...
A tak bardzo chciałem pójść na kaczeńce... I pójdę, bo... Bo mi tego nie odbiorą. Na to im nie pozwolę...
Co mi zrobiliście z moją Ojczyzną...? Co wam przeszkadzały moje kaczeńce, mój Fryderyk, moja Utrata...?
Coś nie pasuje? To won... Do swoich towarzyszy...
Panie Romanie, urwijmy się na kaczeńce... Bez Donka, Bronka, Lecha i... resztki honoru...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)