Nadal nie rozumiem ostrzeżenia, które otrzymałem na pocztę wewnętrzną. Że mianowicie Coryllus to Dennis Rodman salonu24, co to nie umie pisać i łata swoje braki przeszacowanymi co do ceny obrazkami.
Nie rozumiem oczywiście głównie tego, skąd misja konspiracyjnego ratowania jednych dorosłych blogerów przed innymi oraz skąd potrzeba aby za pomocą intymnych narzędzi poczty wewnętrznej odpowiadać na pytania, których nikt nie zadał.
Zrozumiałe czy nie, tego rodzaju drobiazgi ujawniają jednak kluczową cechę tego wszystkiego co się na salonie24 dzieje, a właściwie: co się dziać powinno. Ujawniają ją równie dobrze, jak rzeczy grubsze i bardziej przystępne, dlatego też najpierw powiemy sobie o nich.
Kiedy Jarosław Gowin wklepuje tutaj swoją notkę o przedsiębiorcach, zerkając na nas nieustannie tymi swoimi mądrymi oczętami, widzimy niemal, jak przetaczają się przez nią (i przez komentarze) kule jemioły rodem z wymarłego Westernowego miasteczka. Gdy natomiast Coryllus daje Esce bana, a ta jemu w zamian banana, natychmiast pojawia się ruch. I już po chwili widać, że rozwój tego ruchu wcale nie jest zbyt mocno związany z sytuacją, która go zainicjowała - i zaznaczmy, że to nie jest ocena negatywna, tylko pozytywna.
Nie odkrywamy tu żadnego nowego kontynentu, zwracając uwagę, że właśnie ten ruch jest istotą Internetu. Najpierw musi być ruch, a potem pojawia się treść, a nie odwrotnie. Ruch zaś generują ludzie i napięcia między nimi, a nie notki. Oczywiście powstaje pytanie, czy „E.”, „Bingo” i inne monosylaby są już tego rodzaju ruchem, czy jeszcze nie. Ja myślę szczerze, że dzięki nabytemu statusowi klasyka i lokalnej legendy – są. Nie drążmy jednak palcem tam, gdzie już dawno dobrym wiertłem nawiercono.
Ten fakt, że najważniejszy jest ruch, ma charakter – jeśli wolno tak powiedzieć – niemal aksjologiczny: ruch jest w Sieci wartością. Dlatego właśnie najbardziej bezczelna rzecz jaką wyprawiają tu rozmaici „zawodowcy” to generowanie bezruchu – poprzez milczące wklejanie na blogach przedruków swoich tekstów z gazet i innych miejsc, wieszanie partyjnych agitek, a bywało nawet, że i publikowanie naukowych dysertacji – o ile magisterka z filozofii może za taką uchodzić. Z tego samego powodu najbardziej odrażającą rzeczą, jaką wyczynia administracja salonu24, jest promowanie bezruchu, poprzez windowanie wyżej scharakteryzowanych notek na jakieś poronione miejsca i trzymanie ich tam, aż sam Autor spali się ze wstydu i poprosi o schowanie go do piwnic.
Chodzi więc o ruch, o komunikację, o życie, o ludzi, o charaktery, o kontakt. Oczywiście, nikt nie zabroni Tomaszowi Sakiewiczowi wklejać w salonie wstępniaków ze swojego pisma, ale to jest coś, co nie ma nic wspólnego z Internetem, tak samo jak emisja filmu z moich poprawin w TVN o 20.30 nie uczyni z nich wydarzenia, które można rozpatrywać jako zjawisko telewizyjne. Na siłę można rzecz jasna zrobić wszystko, lub prawie wszystko, oszukując się następnie co do faktów. Istotą telewizyjności nie jest jednak to, że coś jest wyświetlane na ekranach, a istotną internetowości – że można to znaleźć w necie. Istotę tę tworzy co innego, a kule jemioły lub pojawiające się niekiedy reakcje obronne w postaci masakry ze strony komentatorów, czego zresztą słusznie doświadczył Jarosław Gowin pod swoim pierwszym wpisem, są tego świadectwem.
Ten czy ów bystrzak zadał sobie już być może pytanie: dokąd to wszystko co tu napisano zmierza. Otóż zmierza do jednej oceny, jednej obserwacji i jednego zwierzenia.
Ocena jest taka, że Coryllus wklepując tutaj z górą półtora tysiąca i jeszcze dwieście notek tworzy ruch. Tworzy zatem swoją pracą naczelną wartość Internetu, której nawet trzy dorodne pęczki porównań do koszykarzy, choćby i wysłane naperfumowanym listem poleconym do rąk własnych nie zmienią.
Obserwacja zawiera się z kolei w trywialnym spostrzeżeniu, że draki w naszej osadzie to norma i to w pewnym sensie norma wymagana. Niewiele jest jeszcze miejsc, gdzie człowiek otwierając gębę cokolwiek ryzykuje, choćby nawet coś tak chimerycznego jak „E.” od doktora filozofii pod opinią na temat Kanta. Bez ryzyka jednak nie ma nic, i dodajmy od razu, że to źle, jak nic nie ma. Więc zaobserwujmy: draka także jest pewnego rodzaju wartością. I jest nią również to, że się ludzie nawzajem podczytują, i że odpowiadają w odstępach minutowych i nawet to, że ich ponosi i że szydzą oraz to, że – jak znam życie – spać czasem nie mogą, bo ich w trzewiach ciśnie z powodu tego, co napisano. To wszystko jest wartość, o której sztab stażystek pracujących na naszych salonowych „zawodowców” może tylko poważyć i nie wykluczam na tym tle zmazów nocnych u co bardziej ambitnych PR-owców, którzy za nimi stoją.
Powyższa ocena i towarzysząca jej, tonizująca obserwacja, którą mam nadzieję wszyscy uczestniczy wczorajszego ambarasu zrozumieją prawidłowo ma jedno źródło. Jest nim z piekła rodem e-mail o Dennisie Rodmanie. Zawarty w nim podstęp i stylizacja na konfidencjalną rozmowę przy papierosku wyprowadziła mnie normalnie z równowagi. I to jest właśnie obiecane zwierzenie, które zwieńczmy bonusowym wnioskiem, że ów e-mail potwierdza oczywiście wszystko co zostało tu napisane, ponieważ jego treść i forma jest błaganiem o włączenie w ruch i nawiązanie intensywnej komunikacji.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)