docent docent
458
BLOG

Jakiej narracji nie wymyśliły Szczury - Rosemannowi w darze

docent docent Rozmaitości Obserwuj notkę 3

 

 

- Czy możemy już zaczynać? Dziennikarze już są.

- Zależni czy niezależni?

- Jedni i drudzy, a nawet ci, których zależność bądź niezależność uzależniona jest od okoliczności.

- O, to znakomicie, bo na tych zależy nam najbardziej. A zatem… khe, khe… Szanowni Państwo…

- …jeszcze noga, uwaga na nogę…

-…a tak, już… a więc...

Szanowni Państwo, gdy podejmowaliśmy decyzję o dołączeniu do naszego rejsu, mieliśmy na uwadze tylko i wyłącznie dobro Korony. Cel naszej misji, wyartykułowany przez kapitana, dawał nadzieję na szybkie osiągnięcie finiszu, z korzyścią dla wszystkich; dobór załogi pozwalał liczyć na sprawną realizację wytyczonych zadań i komfort pełnego i wzajemnego zaufania; mandat ludu wreszcie – tego ludu, który posłał nas na wyprawę – dodawał sił i energii, a podczas sztormu także, co tu kryć, otuchy.  

Świat jednak się zmienia i nasz statek nie jest tu żadnym wyjątkiem – to z dedykacją dla redaktora Zenona z L. A.. Cel – jakże paradoksalnie – oddala się wraz z wysiłkami aby go osiągnąć. Ludzie – odchodzą. A mandat? Mandat, proszę państwa, to można dostać za rozmawianie przez telefon podczas jazdy.

Ledwie więc dogoliliśmy wąsiki po portowym rauszu w przeddzień wyprawy, ledwie się, powiadam, obejrzeliśmy, a już statek przestał być miejscem dla nas odpowiednim. Stwierdzamy z cało stanowczości, że sposób pilotowania nim nie daje nam szansy na dopłynięcie do celu misji. I dlatego właśnie, nadszedł czas aby uczciwie i twardo powiedzieć za J. Jankowską NO, KURCZĘ! i opuścić okręt.

Ktoś mógłby oczywiście awanturować się tu przed nami, że od czasu gdy pożegnaliśmy brzeg minęło wiele lat, a tymczasem to, że nasz okręt zmierza w kierunku przeciwnym do deklarowanego, a co więcej: w kierunku, który musi prowadzić do naszej wspólnej szkody – było widać niemalże od samego początku. Mógłby się też ktoś czepiać, że nie przeszkadzały nam odstępstwa, gdy zostawaliśmy tu na tej łajbie bosmanem i stawialiśmy faję pod pijackie brednie kapitana.

Cóż. Nie sztuką jest uprawiać niewczesne krytykanctwo. W duchu lojalności i zobowiązań wobec tych, którzy nas na ten okręt oddelegowali, a nade wszystko ze względu na wierność własnym przekonaniom, trwalim i pracowalim – mimo przeciwności, niedogodności i atmosfery powszechnego niezrozumienia.

Każda misja ma jednak swoje warunki brzegowe, po zaistnieniu których rozum mówi: stop, serce przekuwa jego podszept w gniewne: NO PASARAN, a emocje nie pozwalają dłużej działać w skrytości kamuflażu. Emocje więc…

- …noga…

-…tak, tak, już. Emocje więc jak powiedziałem, sprawiają, że musimy przyjąć na siebie niewdzięczną rolę Whistler blowers. Tak dalej być nie może. Niczym na festiwalu pizzy, ustawiamy śmigło w pozycji BASTA i nie bawimy się dalej. Opuszczamy okręt, z podniesionym czołem, klękając przed dobrem misji i dla dobra Korony.

Koniec stawiania faji. Klękamy, pozycjonujemy śmigło i w rytmie hymnu: Can you blow my whistle babe podejmujemy na nowo walkę o szybki finisz. Opuszczamy okręt w proteście przeciwko jego tonięciu, zdegustowani sytuacją, która do tego doprowadziła.

Powyższy tekst stanowi wierny stenogram z konferencji prasowej szczurów – oszczerczo, kłamliwie i ze szkodą dla wizerunku oraz dóbr osobistych oskarżonych przez kulturę tradycyjną o uciekanie z tonącego okrętu.

docent
O mnie docent

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości