Przypomniałem sobie o tym słuchając w drodze na zakupy debaty w radiowej trójce. Był tam niezastąpiony Mariusz Ziomecki, który pewnikiem mądry być musi, bo nosi okulary. Pana tego znam z publikacji "ABC Dziennikarstwa" oraz niedawnego występu w TOK FM, gdzie ze słuchaczami dzielił się swoimi urojeniami na temat zagrożonej polskiej demokracji; co jak zawsze z wdziękiem i dowcipem Joanna Lichocka w tym samym studio wyśmiewała. Dzisiaj rolę Pani Joanny przejął Bronisław Wildstein. Z tą różnicą, że nie był tak miły i znacznie dosadniej byłego rednacza "Komputer Świata" wyszydzał. Bo oczywiście nie obyło się bez koronnego argumentu serwowanego nam przez wyborczą inteligencję od kilku dni. Tego, że mamy Białoruś, bo przesłuchują wolontariuszy PO. Nie przytoczę dokładnie słów Wildsteina, ale były mocne i chyba dość wyraźnie Mariuszowi Ziomeckiemu przypomniały, że bredzić to owszem jak najbardziej wy, ale już nie nam. A przynajmniej nie w taki dziecinny sposób.
Było mi miło to słyszeć, bo fajnie jest się zgadzać z kimś mądrzejszym od siebie. Nie dawniej jak wczoraj sam pisałem o żenującym temacie młodych kombatantów z PO. Wprawdzie wtedy też pisałem o tym, że z Donalda jest taki konserwatywny-liberał, jak z koziej dupy instrument dęty blaszany i o Rysiu Lubiczu nic nie wspominałem, to jednak dzisiejsza audycja właśnie to serialowe porównanie mi przypomniała. I muszę zmienić zdanie. Z taką retoryką i takimi klakierami Donald nie jest żadnym Rysiem, a raczej Alem Bundym polskiej sceny politycznej. Temu też nic w życiu nie wychodziło.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)