Kiedy byłem małym chłopcem, takim dorastającym, nastoletnim, zbliżającym się do pełnoletniości, nie grzeszyłem rozumem ani roztropnością. To eufemizm, bo gdy myślę o dawnym sobie zastanawiając się, co powiedziałbym temu komuś z minionych czasów teraz, przychodzą mi na myśl same wulgarne epitety. Najłagodniejszy z nich to: ogarnij się, idioto.
Żyjąc w jakimś wyimaginowanym świecie nie tylko wierzyłem w różne bzdury, ale jeszcze stręczyłem je innym ze swadą. Tak, wiem, ktoś równie jak ja złośliwy może stwierdzić, że przecież nic się w tym względzie nie zmieniło, ale nie będę w to wchodził ani próbował udowadniać, że jednak do pewnych korekt dorosłem. I chociaż pewności nie mam, sądzę, że był to wzrost znaczący, gdyż naprawdę byłem czystym, oderwanym od rzeczywistości, mającym mordę pełną banałów i frazesów przygłupem. Gdyby przełożyć tego mnie z młodości na lata współczesne, nie tylko głosowałbym na PO i ostentacyjnie odmówił wzięcia karty referendalnej (z czym obnosiłbym się publicznie wierząc, że to akt jakiejś głębokiej mądrości i odwagi), ale też uważałbym, że polska racja stanu wymaga szczekania na prezydenta Trumpa, szczerzenia ryja z radości, że olewa się powstającą z jego inicjatywy Radę Pokoju, wysyłania listów gończych za Ziobrą, zamykania porodówek, zadłużania się na dekady, by zrobić dobrze Niemcom i tworzenia jakiś rad do spraw przyszłości. Widać zatem jak na dłoni, że byłem glonem intelektualnym z tym specyficznym, przydennym polotem.
Na szczęście życie trochę mnie przeczołgało i z wszystkowiedzącego, zadowolonego z siebie półidioty przepoczwarzyłem się w osobnika odrobinę bardziej refleksyjnego.
Niestety, niejako równolegle, w przypadku wielu moich bliższych i dalszych znajomych doszło do procesu wręcz odwrotnego. Ludzie ci w czasach, gdy z młodzieńczą swadą kompromitowałem się radośnie, byli już na tyle mądrzy, by wiedzieć, że nie tykamy urbanowego „Nie”, bo to po prostu obrzydliwe, w dupie mamy gładkie gadki Kwacha i innych towarzyszy z tego samego chowu, bo to dalej ta sama śmierdząca siermiężną nędzą komuna, że powinniśmy być ostatni do tego, by kogokolwiek przepraszać i tak dalej.
Teraz, po latach, ci sami ludzie, choć ostatnio już jakby mniej ujadający ***** PiS! i afiszujący się z piorunami na profilowych, nadal z kamiennymi minami łykają „opiłowywanie katolików z przywilejów”, rozwałkę polskiej wsi i górnictwa, dewastowanie projektów rozwojowych, wygrażanie piąsteczkami prezydentowi USA, opluwanie czczących pamięć ofiar strasznej tragedii z kwietnia 2010, kpiny z prawa, przygotowania do hodowli w szkołach nijakich, zmanierowanych i spolegliwych ciołków bez charakteru i – najświeższy crème de la crème – starego pezetpeerowca bez dostępu do informacji niejawnych zajmującego drugie stanowisko w państwie i ostentacyjnie pokazującego, że wszyscy mogą mu skoczyć.
Jak do tego doszło? Czy coś się u nich zmieniło? Czy przeszli odbierającą im rozum i godność metamorfozę i stali się tego rodzaju pożal się Boże postępowcami?
No nie.
Przecież nadal deklaratywnie gardzą komuną, uległością, służalczością, polityczną poprawnością, zaprzaństwem, prymitywnym chamstwem i prostackim cwaniactwem; wciąż najważniejsze dla nich są Bóg, Honor i Ojczyzna. I wcale nie jest do końca tak, że teraz to są już tylko nic nie znaczące gadki-szmatki. Podstawowy problem w tym, że ich zdrowy rozsądek, intuicja i instynkt samozachowawczy zostały zbrukane brutalną, bezlitosną propagandą, która zrobiła im w głowie kuku skutkujące kompletnym odlotem.
Mechanizm jest niezwykle prosty.
Ponieważ od początku wiadomo było, że w życiu nie łykną tego, że komuchy są spoko, Kościół Katolicki to zło, Niemcy chcą dla nas jak najlepiej, a USA to może jeszcze nie wróg, ale przynajmniej jakiś rywal, więc wmówiono im – posłużę się tu pewnym uproszczeniem, ale przecież wiadomo o co chodzi – że Prezydent Nawrocki to alfons i kibol, Trump z Kaczyńskim są prorosyjscy natomiast po drugiej stronie stoi Mąż Stanu Rafał „Uśmiechnijcie się brygada, planeta płonie!” Trzaskowski, a podróżujący osobnym wagonem Wielki Nieogrywalny tworzy wraz ze swoim marszałkiem duet nieprzejednanych wrogów Moskwy.
I nieważne, że to się kupy nie trzyma tak, że aż szczypie.
Jak zauważył Stanisław Lem w "Śledztwie", "pomału można doprowadzić nawet konklawe do kanibalizmu. Byle postępować stopniowo, krok za krokiem”. Stosując tę właśnie – zasianą dodatkowo na żyznym gruncie kompleksów – metodę, zrobiono z przyzwoitych ludzi kukły z suflerem zamiast sumienia w środku. A że "człowiek jest istotą rozumną. To znaczy: potrafi uzasadnić wszystko." (Lem again), to i stanie murem za Czarzastym przychodzi gwałconemu codziennie medialnie antykomuniście łatwiej niż mi napisanie takiego tekstu.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)