0 obserwujących
31 notek
21k odsłon
1318 odsłon

Kwiaciarka Chaplina, a sprawa polska..

Światła wielkiego miasta. Źródło http://www.wildsound.ca/citylights.html.
Światła wielkiego miasta. Źródło http://www.wildsound.ca/citylights.html.
Wykop Skomentuj4

 

Droga Lady Jersey, jako dowódcy 315 dywizjonu, przyszedł mi zaszczyt powitać Panią jako Matkę naszego dywizjonu... Szczęśliwie nie masz za wielu synów, Twoja rodzina jest niewielka. Tylko około dwustu chłopców, ale niegrzecznych, straszliwie niegrzecznych i to jest największa trudność dla Ciebie jeśli chcesz, by byli dobrzy i mili...

                                                                                 S/L Pietraszkiewcz

Ten list trafił na ręce brytyjskiej hrabiny 25 maja 1941 roku przekazany jej przez S/L Cooke’a i dowódcę 315 dyonu S/L Pietraszkiewicza, być może podczas wizyty obu panów w jej londyńskiej posiadłości[1]. Jak ważne było to wydarzenie dla dywizjonu, może świadczyć fakt, że pod tą datą pojawił w Operation Records Book, zapis informujący, że Virginia Child-Villiers, Countess of Jersey, została oficjalnie matką chrzestną jednostki.

           Nie był to odosobniony przypadek takiej matczynej opieki nad jednostką w polskim lotnictwie w Wielkiej Brytanii w latach II Wojny Światowej. Pierwszą kobietą, która została matką chrzestną dywizjonu, była Jean Smith- Bingham, która objęła swym patronatem 303. dywizjon. A że obie panie były przyjaciółkami, to sprawa jakby samoistnie doprowadziła Virginię doDębliniaków. Wszystko odbyło się prozaicznie. Na początku marca 1941 roku Jean zaprosiła Virginię na przyjęcie w hotelu Dorchester. Podczas owego rautu nie omieszkała pochwalić się przyjaciółce swoimidziećmi. Virginia była nimi zauroczona. Po latach powiedziała:Nigdy w życiu nie spotkałem nikogo takiego, jak Ci piloci. Byli wspaniałymi lotnikami, mieli piękne maniery i byli bardzo odważni[2].        

           Polacy ujęli ją jeszcze jedną rzeczą, którą tylko sercem tak szybko i łatwo można było wyczuć. W jej biografii Miranda Seymour napisała:Nie trzeba było jej wiele czasu, aby odkryć, że zachowanie polskich lotników maskuje poczucie wściekłego bólu nad losem kraju i potwornej samotności w obcym kraju. Namiętni i samotni, lotnicy byli szczęśliwi w otoczeniu pełnych dla nich podziwu angielskich dziewcząt; jedno czego pragnęli, to poczucie bezpieczeństwa, złudzenie normalności w ich życiu na wygnaniu.

           Virginia, zaangażowana wcześniej w opieką nad chorymi dziećmi w szpitalu Hanvell, poczuła swoje powołanie czuwając nad tymi odważnymi, ale jakże samotnymi, oderwanymi od domów i rodzin mężczyznami. Lotnicy byli zachwyceni, ale jednocześnie nieufni, czy nie zostaną tylko ekscytującą maskotką arystokratki. Ona jednak potrafiła zdobyć ich serca. Wywalczyła sobie mały pokoik na biuro na stacji Northolt, by być bliżej nich. Poszła jeszcze dalej udostępniając pilotom swój pałac w Richmond, gdzie mogli odpoczywać i spędzać urlopy. Śmiejąc się powtarzała po latach z radością,żejedyną rzeczą, którą zawsze narzekali chłopcy, którzy spali w Starym Pałacu było fakt, że nie mogli zabierać ze sobą swoich przyjaciółek. I nie obchodziło mnie, co robili gdzie indziej, ale sporo z nich miało żony w Polsce. Nie wydawało mi się, że mają prawo używać mego domu jako gniazda miłości.

Z rozrzewnieniem wspomina ten okres jeden z pilotów 315 dywizjonów, Edward Jaworski, opisując tak pobyt u Lady Jersey:. No i ona rzeczywiście była, zresztą miała majątek w Osterley w samym Londynie, tam takie jeziorko było i taki park, a oprócz tego duża posiadłość koło Oxfordu, byłem tam też. I ona postawiła do dyspozycji pałacyk nad Tamizą w Richmond i ten był wyłącznie dla nas. Były tam trzy gospodynie, które miały obowiązek wymieniać pościel, przygotowywać jedzenie. I każdy oficer 315 był tam mile widziany. Można był tam stać ile się chciało, no, ale oczywiście urlop był ograniczony. Czasem były przyjęcia w Richmond w pałacyku i na Stronghe Square, gdzie miała swoje londyńskie mieszkanie. Pewnego razu narozrabialiśmy, a tam obok był ambasador ruski i naturalnie była draka nie z tej ziemi, że Polacy specjalnie robili na złość ruskim[3].

           Niezapomniane były wspólne,Matkii dywizjonu, pierwsze Święta Bożego Narodzenia w 1941 roku. Jakaś nieznana dziś z nazwiska ręka zapisała ten dzień w kronice dywizjonu tymi słowy:Koło czwartej po południu zjeżdża do obozu nasza Mama z koszami, pełnymi podarków dla swych synów. Każdy z szeregowych otrzymał od Niej własnoręcznie dedykowaną i zaadresowaną imieniem i nazwiskiem paczkę słodyczy i papierosów. Oficerowie i piloci otrzymali „utility presents” w postaci pięknych szalików, swetrów i pończoch wełnianych. Do każdej paczki był dołączony wykwintny kalendarzyk kieszonkowy z dedykacją Mamy. Wszyscy byliśmy mocno wzruszeni ogromem pracy, włożonym przez naszą Mamę w przygotowanie paczek dla dwustu z górą chłopa i własnoręcznie poadresowanie jej nazwiskami o „spellingu”, od którego wzdragać się musiało angielskie pióro. Po rozdaniu upominków, które odbyło się w świetlicy obozowej, koło g. 6-tej po pół. Przeszliśmy wszyscy do tzw. Aleksander Palace na tradycyjną polską wigilię, przygotowaną przez sprowadzonego ad hoc z Londynu polskiego kucharza, który – przyznać trzeba, robił co mógł, aby z oddanych mu do dyspozycji angielskich specjałów, wykroić coś, co smakowałoby po polsku i nadawało się na stół wigilijny. Był więc barszcz czerwony /palce lizać/ śledzie marynowane, sałata z czerwonej kapusty, ryba smażona, bakalie i piwa ad libitum. Gwoździem programu było jednak wręczenie naszej Mamie, pięknych upominków gwiazdkowych, które wzbudziły szczery zachwyt zarówno Mamy, jak i zaproszonych gości angielskich. Oficerowie złożyli Mamie w darze wykwintny album ze zdjęciami.[4]Flight B zdobył się na precyzyjny model Spitfire’a, wykonanego po mistrzowsku przez LAC B. Pieprzycę, Flight A zaś złożył w ofierze oryginalnie pomyślany i ozdobiony cyzelowanym w brązie i duralu orłem lotniczym projektu Cp. W. Stępkowskiego, a wykonanym przez nadwornego grawera naszego Skrzydła LAC Dworakowskiego i LAC Pałkę. Mimo dobrego i serdecznego nastroju, licznych kolęd odśpiewanych pod rzęsiście oświetloną choinką i „nie wąskiego” obżarstwa, wilia skończyła się dość wcześniej, gdyż większość uczestników wymknęła się „po angielsku” na poprawiny w cieple tubylczych kominków[5].

Zobacz galerię zdjęć:

Matka 315 Dywizjonu.
Matka 315 Dywizjonu. Lady Jersey w 315 Dywizjonie. Cary Grant, drugi mąż Virginii Cherill. Źródło http://www.doctormacro.com/movie%20star%20pages/Grant,%20Cary.htm. Edward Jaworski. Florian Martini, ostatni mąż bohaterki artykułu. +1 zdjęcie
Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura