E-Sarmatia E-Sarmatia
330
BLOG

Pokój przesłuchań

E-Sarmatia E-Sarmatia Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

Grupka więźniów stłoczonych w kącie spacerniaka wpatrywała się w siedzącego na ławce po przeciwległej stronie placu mężczyznę w średnim wieku.

-        Dobrze że skurwiela wypuszczają, to jedyny gość, przy którym czuję się spietrany jak diabli – rzekł, lekko sepleniąc, młody i chudy zakapior, wypuszczając z ust dym papierosa zwiniętego z najpodlejszego tytoniu.

-        No, nie da się mu patrzeć w oczy, wygląda jak leszcz, ale, kurwa, po tych historiach co się o nim nasłuchało… – przytaknął łysy facet o zakazanej facjacie.

-        A ja wam powiem, że można go było bodnąć po nerach, jak klawisze nie patrzyli – dołączył do intelektualnej dyskusji starszawy, krępy więzień o siwych włosach i zachrypniętym głosie.

-        To czemuś nie bodnął, dziadek, przecież siedział parę cel od twojej? – ironicznie zapytał chudy.

-        Kurwa, zatkaj japę szczylu, przecież czerwoni go tu na pokaz posadzili i teraz go wypuszczają, tak tylko gadam, zaraz by zapałowali na amen, jak by chujowi włos z głowy spadł, jest nie do ruszenia, sowiecki kat, żeby Bóg dał, spotkać takiego kiedyś na wolności w ciemnej uliczce…

Dźwięk gwizdka dał sygnał  powrotu do cel. Tłum powoli zaczął tłoczyć się przy dwuskrzydłowych, metalowych drzwiach.

 

***

 

Szary prochowiec, koszula, marynarka, spodnie, bielizna, legitymacja partyjna, paczka papierosów, zapałki, scyzoryk – skończył czytać z listy pracownik więzienia przesuwając po ladzie kupkę rzeczy umieszczonych w depozycie 8 lat temu, a należących do obywatela, Wiktora Różyckiego.

 

***

 

Brama więzienna z głuchym trzaskiem zamknęła się za plecami byłego dyrektora Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.

Wolność powitała go ponurym, późnym popołudniem. Strugi deszczu lejące się z zachmurzonego nieba poczęły szybko przemakać przez płaszcz, który miał na sobie. Było zimno jak na sierpień.

Po drugiej stronie ulicy stał czarny samochód. Rozległ się dźwięk klaksonu.

Różycki zajął miejsce na tylnym siedzeniu samochodu, w którym poza młodym kierowcą z przodu siedział starszy człowiek w kapeluszu o twarzy przeoranej zmarszczkami, z równo przystrzyżonym wąsem.

-        Witam, panie Różycki – mężczyzna nie przejawiał zbytniego zainteresowania osobą Wiktora, nie zaszczycił go nawet spojrzeniem.

-        Witam, z kim mam przyjemność ? – Różycki postarał się, by ostatnie słowo zabrzmiało co najmniej ironicznie.

Postać nie odpowiadając na pytanie dała znak kierowcy by ruszył, następnie sięgnęła po skórzaną, brązową torbę leżącą na kolanach i wyjęła teczkę podając ją byłemu dyrektorowi.

-        Powie mi pan co jest w teczce ?

-        Sam  sprawdź, podrzucimy cię do budynku twojego dawnego biura. – padła beznamiętna odpowiedź.

Różycki postanowił, że zawartość teczki zweryfikuje później, zaciekawiła go informacja o celu podróży i w głębi serca cieszył się, że przysłali mu samochód i nie musiał moknąć i marznąć w tak podłą pogodę. Nieźle jak na pierwszy dzień wolności.

 

***

 

Parszywe życie, parszywe czasy, po śmierci Berii wszystko się zmieniło, usunęli mnie ze stanowiska, zabrali uprawnienia i wręcz mieli czelność sądzić za to, co należało do moich obowiązków! – rozmyślał Różycki wchodząc do gmachu należącego niegdyś do Urzędu Bezpieczeństwa, obecnie Służby Bezpieczeństwa.

Człowiek w dyżurce wskazał mu drogę do pokoju numer 307, choć mógł sobie tego oszczędzić, były dyrektor trafiłby tam z zawiązanymi oczami, przez niemal 10 lat był to JEGO gabinet, jego ostoja, jego miejsce. Poczucie niesprawiedliwości niemal wyciskało łzy i sprawiało, że zaciskał pięści. Jak szybko z  przykładnego męża stanu można stać się niewygodnym zawalidrogą…

 

Po pierwszym stuknięciu w solidne, drewniane drzwi Wiktor Różycki pozwolił sobie wejść do pokoju nie czekając na pozwolenie.

-        Czego ? – warknęła postać siedząca za jego dawnym biurkiem w jego dawnym gabinecie, jak zwykł nazywać to pomieszczenie za swojej kadencji.

-        Wiktor Różycki, polecono mi zjawić się tutaj – odparł oschle, zdejmując płaszcz i bez ceregieli siadając na jednym z dwóch krzeseł stojących przed biurkiem.

Cały pokój zadymiony był dymem papierosowym, sądząc po ilości niedopałków w porcelanowej, zdobionej popielniczce, proces zastępowania powietrza dymem trwał od dobrych kilku godzin bez przerwy i sumiennie był kontynuowany, nie wchodziła w grę możliwość, by niedopałki te pochodziły z dni poprzednich, bowiem aura sprzyjała zawieszaniu w powietrzu ciężkich narzędzi wszelakiej maści.

-        Achchch, Różycki, jakże miło mi spotkać osobę o takiej sławie – szyderczy uśmiech dało się dojrzeć nawet mimo niskiej klarowności powietrza.

Postać uniosła się z krzesła i otworzyła okno za swoimi plecami.

Dopiero po chwili Różycki był w stanie przyjrzeć się swemu rozmówcy.

Wielka, gruba sylwetka o nalanej, czerwonej od wódy twarzy i łysiejącej głowie.

Znał go, to Jarema Szczujski, karierowicz w jego wieku. Pochodził z okolic Lwowa i jeszcze przed wojną działał w jakiejś organizacyjce socjalistycznej, musiał nieźle wchodzić w dupsko i wiedzieć komu, bo ze zwykłego zapatrzonego w system głupka stał się, jak domyślał się Różycki, szychą w SB.

-        Mi również, ale skończmy te gierki, o co chodzi?

-        Teczkę sprawdziłeś ?

Wiktor dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nadal nie wie, co jest w otrzymanej wcześniej teczce. Potrząsnął  głową, po czym zabrał się za otwieranie.

W teczce były jakieś pisma, jednak nie miał chwilowo głowy, by dokładnie je czytać.

-        Oszczędzę ci kłopotu – rzekł Szczujski odpalając kolejnego papierosa i wyjmując z szuflady butelkę wódki.

-        Zamieniam się w słuch.

-        Ktoś mądry, wyżej, korzystając z sytuacji, że kończył ci się wyrok, postanowił wykorzystać twoje  u m i e j ę t n o ś c i  nabyte w czasie zbrodniczej praktyki w MBP, cóż, choć w gruncie rzeczy, mimo że nie jest mi to miłe, myślę, że z dwojga złego lepiej żebyś to ty brudził sobie ręce niż ja.

-        Co insynuujesz, śmiesz komentować moją służbę ?

Grubas parsknął, po czym zarechotał nieprzyjemnym dla ucha śmiechem, podczas którego ohydny kałdun częściowo ukryty za biurkiem począł miarowo podskakiwać.

Rozlał wódkę do dwóch, przygotowanych wcześniej szklanek, napełniając je prawie do połowy.

-        Posłuchaj mnie, parchu, czasy się zmieniają, a ty tego nie widziałeś, zrobiłeś sobie w tym budynku katownię, fakt, torturowałeś wrogów ustroju, ale do ciężkiej cholery, nawet ciebie obowiązywały chyba jakieś regulaminy! Powiedz, podobało ci się to wszystko, co ?

Wspomnienia powróciły w tej jednej chwili, przez lata odsiadki część z nich zdążył już zapomnieć, imion ofiar w ogóle już nie pamiętał, lecz nadal pozostawał smak władzy, jaką miał nad przesłuchiwanymi. Były dyrektor śledczy w MBP uśmiechnął się do swoich wspomnień, podniecenie w jakie wprawiały go przesłuchiwania i przyjemność jaką odczuwał, gdy zawsze na początku padały wielkie słowa o wolności, ojczyźnie… Wtedy zaczynała się gra, w której celem było sprawienie, by te psy skamlały o śmierć, lecz zanim do tego dochodziło, puszczał wodze fantazji i nie przebierał w środkach, właściwie to nie chodziło już nawet o jakiekolwiek informacje czy przyznanie się do winy, chodziło tylko o to, by zadać kłam słowom „niczego się ode mnie nie dowiecie”.

-        Lubiłeś to, co Różycki ? – przez zaciśnięte zęby wycedził Szczujski.

-        Nie twoja rzecz, mów co dla mnie mają.

-        To, w czym jesteś najlepszy, oprawco, przesłuchania. Kilka tygodni temu w jakiejś wiosce złapali niedobitków z partyzantki, mamy ich pod kluczem, wyciągniesz z nich jak najwięcej, ale pamiętaj, żadnych trupów, bo osobiście dopilnuję, żebyś się paką nie wykpił. – zagroził palcem gruby i wychylił zawartość szklanki.

 

***

 

Młody chłopak leżąc na ziemi wypluł krew i kawałki zębów.

Jego wargi były popękane, a twarz pokryta  powoli krzepnącą krwią. Rozdzierająco jęknął z bólu, gdy wyprowadzali go z pomieszczenia. Miał zmiażdżone palce u rąk, a stawianie kroków było niemal niemożliwe za sprawą potwornie zmaltretowanych  przy użyciu gumowej pały pięt.

Różycki wypuścił dym spoglądając w okno. Papieros dawno już mu tak nie smakował.

Znów poczuł, że żyje, i robi to, do czego jest stworzony. Do diabła z systemem, posadą czy powinnościami służbowymi, znów stał się panem życia i śmierci.

Zgasił w popielniczce papierosa i w zadumie potarł poranione od uderzeń dłonie.

Do pomieszczenia przesłuchań wszedł Szczujski.

-        Papiery wypełnione ? Zaprotokołowałeś coś?

Wiktor wygodnie rozsiadł się na krześle i omiótł wzrokiem kilka otwartych urzędowych teczek.

-        Nie.

-        Jak to nie!? – ryknął esbek.

-        Po prostu, nic nie powiedzieli – aktorsko westchnął Różycki, po czym niespiesznie ułożył teczki na stos i przesunął na bok.

-        Słuchaj, po pierwsze, zrobiłeś z tych Polaczków kaleki, po drugie, zmarnowałeś tu kilka dni, po trzecie, ja to wszystko zgłoszę! Zobaczysz, nie wywiniesz się! – wydarł się wściekle Szczujski i opuścił pokój trzaskając metalowymi drzwiami.

Różycki wzruszył ramionami, spojrzał za okno. Zapadał już zmrok, deszcz lał nieustannie, rytmicznie uderzając w parapet.

Pokój przesłuchań wyglądał niemal tak, jakim go zapamiętał: 15 metrów kwadratowych, portret Lenina na ścianie, obok godło z orłem bez korony, lampka przy biurku, i wielka, metalowa szafa z szufladami, w których były tymczasowe kartoteki z protokołami przesłuchań.

Wyjął litrową butelkę wódki ze swojej torby i zapalił kolejnego papierosa.

Zaświecił lampkę i pociągnął solidny łyk z butelki.

Poczuł zmęczenie, był już po pięćdziesiątce, starość dawała mu się we znaki.

Z butelką w ręce przeszedł się po pokoju przesłuchań, pomiędzy kolejnymi łykami alkoholu jego wzrok padł na metalową szafę.

Uśmiechnął się, po czym podszedł do niej. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu znalazł tam protokoły przesłuchań z czasów, gdy to on pociągał tutaj za sznurki. Wyjął kilkanaście teczek, usiadł za biurkiem i z nostalgią otworzył pierwszą z nich.

 

9 sierpnia 1949 r.

Jadwiga Holeska, łączniczka AK, udział w powstaniu, podejrzana o współpracę z antykomunistycznym ruchem oporu.

Po pierwszych 3 dniach przesłuchań 15 dniowy pobyt w placówce medycznej – w czasie zeznawania poroniła.

Przesłuchania wznowiono po diagnozie lekarskiej stwierdzającej gotowość do dalszych czynności śledczych na podejrzanej.

Podejrzana przyznaje się do utrzymywania kontaktów z podziemiem, oczerniania wodza Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz pomoc i aktywny udział w zamachach na obywateli ludowego państwa polskiego.

Nazwisk i dokładniejszych danych nie podała.

Zgon z powodu słabego stanu zdrowia w trakcie przesłuchania.

 

Grymas uśmiechu wykrzywił twarz Różyckiego, pamiętał ją, sam ją przesłuchiwał, twarda była.

Pociągnął kolejny łyk wódki.

Za oknem deszcz się nasilił, w oddali słychać było grzmoty przetaczające się po wieczornym niebie.

Lampka na biurku zamigotała, gdy Wiktor sięgał po kolejną teczkę.

-        Fuszerka a nie elektryfikacja – mruknął pod nosem. Wydobył kolejnego papierosa i napił się.

W stojącej na biurku butelce zostało już ledwie kilka głębszych łyków.

Różycki czytał kolejne protokoły z rosnącym podnieceniem.

Obrazy wspomnień przelatywały przez jego pijacki umysł.

-        NASTĘPNY ! NASTĘPNEGO WPROWADZIĆ! – ryknął z całych sił, po czym zaśmiał się w głos. –  Wprowadzić, wprowadzić – bełkotał przez śmiech, waląc pięścią w blat.

Przewrócił się na krześle, uderzając łbem w podłogę.

Wstał, podszedł powłócząc nogami do okna i otworzył je na oścież.

Strugi deszczu wdarły się do pomieszczenia, Różycki wychylając się przez okno i moknąc darł się ze wszystkich sił – WPROWADZIĆ! NASTĘPNY! KURWA  WASZA POLSKA MAĆ! NASTĘPNY!

Błyskawica uderzyła blisko, na chwile oświetlając dziedziniec budynku.

-        Towarzyszu komisarzu, czy można wprowadzić już kolejnego? – pytanie, które często słyszał, gdy był tu władcą machiny śledczej, dobiegło go od strony drzwi.

Różycki, nadal stojąc w oknie i wystawiając się na pastwę  nieustępliwie lejącego deszczu. uderzył pięścią w parapet.

– Tak! Dawać go tutaj, zaraz się nim zajmę.

Zamknął okno, po czym chwiejnym krokiem zajął miejsce za biurkiem. Był potwornie zmęczony, przymknął na chwilę oczy.

 

Ze snu obudził go rozdzierająco głośny grzmot.

Wiktor Różycki poderwał się przerażony. Gdy trochę ochłonął, spojrzał na zegarek, który wskazywał drugą w nocy.

Był zziębnięty i przemoczony, na zewnątrz szalała ulewa, a wyjący wiatr dudnił w okna będące w dobrym stanie może jakieś 30 lat temu.

Lampka przy biurku przygasła, gdy niedaleko uderzyła kolejna błyskawica, na chwilę rozświetlając pokój.

Wtem Różycki znieruchomiał.

Gdy blask wdarł się do pomieszczenia, a lampka chwilowo odmówiła posłuszeństwa, na drugim końcu pokoju zobaczył jakąś postać.

Zerwał się na nogi i stał tak w mroku; światło ulicznych latarń nie docierało do okien pokoju wychodzących na dziedziniec.

Przeszedł go dreszcz, gdy nagle lampka na biurku zapaliła się na powrót.

Był sam.

-        Zwidy, mam zwidy – spojrzał na butelkę wódki i pokiwał głową ze zrozumieniem.

Wyłuskał kolejnego papierosa i siadając za biurkiem spróbował odpalić go od zapałki.

Złamała się, udało mu się dopiero za drugim razem.

Niedbale zebrał kartoteki i wstał, by wsadzić je do szafy.

Kolejny grzmot nie przeraził go już tak bardzo, jednak w pokoju, jak i na ulicy, świat spowiły egipskie ciemności.

Po omacku odszukał schowaną w biurku świeczkę i zapalił ją, w myślach drwiąc z siebie – w końcu i tak wychodził do domu.

-        Dobry wieczór. – niespodziewany głos sprawił, że niemal znów spadł z krzesła.

Różycki spostrzegł przed sobą  mężczyznę ubranego w szary, długi płaszcz; miał na dłoniach czarne, skórzane rękawiczki. Nie widział twarzy, nieznajomy stał w mroku, który nikle rozświetlała świeczka na biurku.

-        Kim ty… Jak tu wszedłeś?! – podniesionym głosem wydukał.

-        Przyszedłem do pana.

Różycki jak przez mgłę przypomniał sobie, że strażnik miał wprowadzić kolejnego przesłuchiwanego, otrząsnął się z zaskoczenia nie zważając na fakt jak późna była pora, w końcu kiedyś sam prowadził przesłuchania w rozmaitych godzinach, chodziło o to, by złamać człowieka, nie dać mu poczucia, że mimo tortur zawsze będzie miał tych kilka godzin odpoczynku.

-        Imię i nazwisko – szybko rzucił ruszając w kierunku szafy.

-        Bogdan Wielecki.

Znalazł kartotekę, powrócił za biurko i raz jeszcze przyjrzał się postaci.

-        Pan wie zapewne, dlaczego się tu znalazł, prawda? Wie pan również, jak sądzę, że w obecnej pana sytuacji opór jest bezcelowy ?

Pokój rozświetliła kolejna błyskawica. W tej krótkiej chwili Wiktor Różycki dostrzegł uśmiech na twarzy mężczyzny.

-        Posłuchaj, jesteś przesłuchiwany… – zaczął, lecz urwał widząc uśmiech na twarzy nieznajomego.

Ten podszedł do biurka i opierając się na dłoniach przechylił się w stronę Różyckiego

– Ale ja już byłem przesłuchiwany.

Teraz, gdy mężczyzna stał na wyciągnięcie ręki oświetlony blaskiem świecy, Różycki dostrzegł to, czego nie widział wcześniej. Z trupio bladej twarzy czterdziestoletniego chudego mężczyzny ział pusty oczodół, niegdyś mieszczący lewe oko, twarz oszpecona była głęboką blizną ciągnącą się od prawego ucha do ust.

Postać uśmiechnęła się drapieżnie, po czym sięgnęła po teczkę podpisaną swoim imieniem.

-        Czytaj.

Różycki rozdygotanymi rękoma otworzył teczkę.

 

26 grudnia 1947 r.

Bogdan Wielecki, pułkownik NSZ, akcje dywersyjne, zaczepne i sabotażowe organizowane przeciwko Armii Czerwonej oraz Armii Ludowej, organizowanie i czynny udział w zamachach na życie urzędników państwowych i wojskowych.

Podczas przesłuchania przyznaje się do wszystkiego, jednak nie wykazuje chęci współpracy.

Ginie podczas próby ucieczki.

-        Pamiętam cię – rzekł z przerażeniem Wiktor.

-        Miło mi to słyszeć.

Postać rozpięła płaszcz i pozwoliła, by opadł na ziemię. Teraz przed byłym śledczym Urzędu Bezpieczeństwa dumnie stał mężczyzna w polskim mundurze wojskowym.

Kolejny grom rozjaśnił pokój, ukazując szereg postaci, które nie wiedzieć kiedy pojawiły się w pomieszczeniu.

-        A ich, pamiętasz ? – spytał Wielecki, gdy postacie poczęły z wolna kroczyć w stronę blasku świecy.

Nie wszystkich poznał, w gruncie rzeczy nie było to łatwe, ludzie ci mieli potwornie okaleczone oblicza, niektórzy z dziurami od strzałów z pistoletu w twarz, inni z sinymi pręgami na szyjach lub poderżniętymi gardłami, wśród nich dojrzał kobietę w ciąży, zmiażdżonymi palcami obejmującą brzuch i chłopaka, którego jeszcze dzisiejszego dnia skatował niemal do nieprzytomności.

-        Czekaliśmy na ciebie, Różycki, wiedzieliśmy, że prędzej czy później znów znajdziesz się w tym pokoju i oto jesteś! – z makabrycznym uśmiechem na okaleczonym obliczu rzekł Wielecki, po czym pewnym ruchem złapał Wiktora za koszulę i przeciągając wyjącego potępieńczo po biurku rzucił w stronę tłoczących się upiorów.

Jeśli ktoś tej nocy znajdowałby się w budynku należącym do Służby Bezpieczeństwa, być może pośród wrzasków Wiktora Różyckiego, którego nigdy więcej nie widziano, usłyszałby echem niosącą się po korytarzach smutną pieśń: Jeszcze Polska nie zginęła…

 

Kamil Wiśniewski

 

E-Sarmatia
O mnie E-Sarmatia

Serwis ,,E-Sarmatia” powstał jako reakcja na otaczającą nas rzeczywistość. Postanowiliśmy przedstawiać bieżące wydarzenia z innego punktu widzenia, niż te prezentowane nam przez środki masowego przekazu, które są związane oficjalnie lub nie oficjalnie, z różnymi partiami politycznymi. Za pomocą satyry lub krótkiego komentarza chcemy zwrócić uwagę użytkowników na niedoskonałości ,,oficjalnej wersji zdarzeń”. Nie jesteśmy sympatykami żadnej partii politycznej zasiadającej w Sejmie, dlatego u nas każdy obrywa według swoich ,,zasług” niezależnie od przynależności lub poglądów.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura