Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo
280
BLOG

Ludzie przeklinają władzę, ale na nią głosują

Emanuel Czyzo Emanuel Czyzo Polityka Obserwuj notkę 3

Z Siergiejem Kowaliowem, rosyjskim dysydentem i obrońcą praw człowieka, rozmawia Piotr Falkowski

\Pana doświadczenie przeciwstawiania się totalitaryzmowi sięga lat 60. i 70. O jakiej Rosji wtedy myślał Pan albo Andriej Sacharow?

- Jeśli chodzi o tamte lata, to większość dysydentów takich jak ja, z rzadkimi wyjątkami, uważała, że nie zajmuje się polityką. Tym na przykład różniliśmy się głównie od polskiej i czeskiej opozycji. Nasi polscy bracia próbowali zmusić władzę do dialogu, żeby przeprowadzić reformy, co dokonało się najpierw w 1980 r. w Gdańsku, a potem w 1989 r. w Warszawie. My nie oczekiwaliśmy szybkich zmian. Mieliśmy nadzieję, że nasz wysiłek nie pójdzie na marne. Mój ówczesny przełożony, wybitny matematyk Izrael Gelfand (1913-2009), mówił, że przecież w Cesarstwie Bizantyjskim już dawno mówiono i pisano, iż to państwo jest zgniłe i już dawno powinno upaść. A ono gniło jeszcze 300 lat. Na to inny mój kolega, też matematyk, odpowiedział po chwili zastanowienia: "300 lat - to mi całkowicie odpowiada". Sam Sacharow na pytanie zachodniego dziennikarza, myślącego oczywiście realnie i bardzo pragmatycznie, czy liczy na zmiany, odpowiedział, że w dającym się przewidzieć czasie nie. "Myślę, że w Związku Sowieckim szybko zmian nie będzie. Historii lepiej nie popędzać" - powiedział. Dziennikarz bardzo się zdziwił i zapytał, po co w takim razie opozycjoniści robią to, co robią, to znaczy narażają się dla beznadziejnej sprawy. Sacharow długo myślał. I powiedział: "Każdy powinien robić to, co umie. A co umie robić inteligencja? Tworzyć idee. Więc to robimy".

Jakie to były idee?

- Tamte idee - mówię o moich osobistych ówczesnych poglądach - nie pretendowały do żadnych politycznych rezultatów. Naszym głównym motywem był wstyd. Nasza władza w naszym imieniu dokonywała samych podłości. Mówiła na przykład: "Cały naród sowiecki niesie pomoc Czechosłowacji". O, przepraszam. Nie cały. Ja też należę do tego narodu. Proszę mnie nie wliczać do "wszystkich". Wtedy hasłem dobrze wyrażającym nasze myślenie było "jak dobrze i przyjemnie jest mówić prawdę". Więc mówiliśmy. Potem okazywało się, że za to trzeba było płacić. Za gotowość do mówienia prawdy był określony wymiar kary więzienia. Wydawaliśmy podziemne czasopisma. Wprawdzie w podziemiu, ale staraliśmy się robić to tak otwarcie, jak tylko się da. Ja wtedy w tym ruchu bardzo aktywnie się udzielałem. Staraliśmy się zachowywać jak wolni ludzie w wolnym kraju, chociaż było to dalekie od rzeczywistości. Mówiliśmy też o więźniach politycznych, o prześladowaniach. Po jednym ze spotkań z zagranicznymi dziennikarzami w mieszkaniu Sacharowa zostałem aresztowany.

Na tym spotkaniu rozpoczęły się nielegalne "obchody" Dnia Więźnia Politycznego, obecnie Dnia Ofiar Represji Politycznych...

- Dzień 30 października ustanowili sami więźniowie z inicjatywy Kronida Lubarskiego. To, że stał się on dniem uznawanym przez państwo, dokonało się w interesujący i bardzo charakterystyczny sposób, o czym chciałbym przypomnieć, gdyż dobrze oddaje to klimat naszego obecnego życia politycznego. Otóż w pierwszym rosyjskim parlamencie, jeszcze wtedy nie Dumie, tylko Radzie Najwyższej Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, byłem przewodniczącym Komisji ds. Praw Człowieka - kiedyś była taka komisja, teraz już jej nie ma. Komisja przygotowała kilka projektów ustaw. Mowa w nich była m.in. o porządku w więzieniach i obronie praw więźniów, o rehabilitacji ofiar represji politycznych i także o tym dniu pamięci. A nasze pierwsze wybory, jeszcze w żadnym razie nie wolne, ale - można powiedzieć - alternatywne, były w marcu 1990 roku. Otóż w 1990 r. ten nasz pakiet ustaw przepadł. Rok później został przez ten sam skład izby przyjęty bez poprawek. Co się wydarzyło? Otóż był pucz!

Pucz Janajewa w sierpniu 1990 roku. I to puczyści - choć tego nie chcieli - okazali się współautorami tych ustaw. Wcześniej parlament składał się głównie z komunistów (większość, 87 proc. jednej z izb, stanowili członkowie KPZS). Różnych: takich komunistów reformatorów jak Jelcyn i betonowych ludzi aparatu. A byli i komuniści tylko formalni. Po prostu ktoś był dyrektorem instytutu czy fabryki. Tak jak w Polsce każdy człowiek na stanowisku musiał być członkiem partii. W drugiej izbie komunistów było około 60 proc., ale tam przeważała partyjna nomenklatura i ideolodzy. Przy takich ludziach nasze projekty nie miały szansy przejść. Ale kiedy puczyści przegrali, ci sami komuniści stali się takimi demokratami, jakich rzadko można spotkać. Po prostu przestraszyli się, że zwycięzcy, którzy pokonali pucz, postąpią z nimi tak, jak oni postąpiliby ze swoimi oponentami, gdyby pucz wygrał. Więc zaczęli na "hurra" bronić praw represjonowanych! Odtąd mamy i rehabilitację, i 30 października jako dzień państwowych obchodów.

Powróćmy jeszcze do idei Sacharowa i innych dysydentów. Współczesna Rosja chyba ich nie wciela?

- To, że my tak unikaliśmy polityki, było błędem, idealistycznym zaślepieniem. Przez to nie powstał w Rosji żaden silny ruch masowego oporu przeciw totalitaryzmowi na wzór polskiej "Solidarności". Ruch, w którym tak jak u was postulatom typowo związkowym towarzyszyłyby także traktowane równie priorytetowo oczekiwania polityczne - wolnościowe. W Polsce grupy inteligencji miały komu doradzać, w Rosji nie. I tego nie ma do tej pory. Nawet wtedy, kiedy byłem już w Radzie Najwyższej, czyli parlamencie, i wchodziłem do prezydium, nie uważałem się za polityka. Mówiłem, że nie zajmuję się polityką, tylko prawem. Tamto zaślepienie wynikało z tego, że nie traktowaliśmy samego myślenia o demokratycznym ideale jako działalności politycznej. Politykę uważaliśmy za coś ściśle związanego z władzą, propagandą, kłamstwem i tak dalej. A więc polityka była nie dla nas. Przecież nie mogliśmy stanąć do wyborów. Wtedy na liście był jeden kandydat tzw. bloku komunistów i bezpartyjnych.

Ale jednak warto było wtedy żyć ideałami. Historia pokazała, że mieliście rację...

- Niedostatki naszej postawy są jasne. Od Polski odróżniało nas jeszcze to, że Polska była okupowana, więc wasza walka miała też charakter narodowowyzwoleńczy. A Rosji nikt obcy nie okupował. Występowaliśmy przeciw własnej władzy, która twierdziła, że jest popierana przez cały naród. I rzeczywiście, ludzie milionami szli do wyborów i głosowali na ten "blok komunistów i bezpartyjnych". Ale z drugiej strony nasza postawa, nieukierunkowana na bezpośredni rezultat, miała taką zaletę, że nasze myślenie było globalne, ogólnoludzkie i niezwiązane z realną polityką, która za nic ma deklarowane wartości. A taka polityka to kłamstwo, imitacja. Obecny polityk myśli przede wszystkim o najbliższych wyborach, a nie o losie swojego narodu i dobru ludzkości. Trzeba wygrać wybory i tyle.

Na przykład druga wojna światowa przebiegała pod znakiem uniwersalnych wartości. Oficjalnie alianci walczyli z Niemcami w obronie praw i wolności, które hitleryzm brutalnie łamał. Wprawdzie wtedy nie było jeszcze spisanych katalogów praw człowieka, ale one były. Prawo do życia, do własnych poglądów, sumienia i religii, wolności słowa, prawo uczestniczenia we władzy itd. Uczestnicy koalicji antyhitlerowskiej szli z tymi hasłami. Więc była to wojna ideologiczna, w której spór był wyraźnie sformułowany. A jaka była praktyka? Czy bombardowanie Drezna albo Hiroszimy jest zgodne z uniwersalnymi wartościami? Albo konferencja jałtańska? Roosvelt i Churchill oddali pół Europy - pewnie setkę milionów ludzi - na pożarcie Stalinowi. Oddali, żeby uratować zachodnią część, bo wiedzieli, jaka była siła Armii Czerwonej i że ona mogła w kilka dni dojść do Atlantyku. Dobrze wiedzieli, co robią. To było jasne, że oni dobrze wiedzieli, czym jest Związek Sowiecki i co się stanie z zajętą przezeń częścią Europy. Churchill mówił o tym w Fulton pół roku później - tylko wtedy nie był już premierem. On uratował Wielką Brytanię, a poświęcił na przykład Polskę. Czy to jest zgodne z uniwersalnymi wartościami? Nie, ale to realna polityka, której zasady dawno temu sformułował Machiavelli. Każdy przeciw wszystkim i nie ma żadnych zasad. Rób to, co chcesz i co możesz zrobić. To tak naprawdę darwinizm. Ja jestem biologiem i znam teorię doboru naturalnego. Realna polityka to zderzenie interesów, a nie dialog. Nasza wyższość w stosunku do zachodnich braci była taka, że my, dalecy od politycznych gier, byliśmy po prostu uczciwi.

Wtedy w ZSRS Chruszczowa i Breżniewa myśleliście o globalnym systemie obrony praw człowieka?

- Kiedy dzisiaj czytam te dawne prace Sacharowa, to widzę, jakie są naiwne. Ta teoria konwergencji, czyli stopniowego schodzenia się wschodniego i zachodniego bloku...

To nie taka naiwność. Na tym zbudowana jest Unia Europejska...

- No tak. Niestety. Ale Sacharow tak nie myślał. To było nieprzemyślane, naiwne. On wielu rzeczy bardzo ważnych nie rozumiał. Na przykład idei socjalizmu. Jeśli potraktować socjalizm jako po prostu sprawiedliwość społeczną, to one grały o wiele większą rolę na zachodzie niż w tzw. świecie socjalistycznym. Więcej, to ZSRS potrzeba było więcej "socjalizmu", a nie kapitalistycznemu Zachodowi. U nas protesty robotnicze rozpędzano, a liderzy szli do łagrów albo byli po cichu rozstrzeliwani. Ale już wtedy Sacharow rozumiał rzecz bardzo ważną, o której nikt nie pamięta. A idee Sacharowa dotyczyły światowego porządku. Światowego! Nie tylko państwowego i krajowego. Tak jak Niels Bohr i Albert Einstein, i inni (sami nobliści z fizyki), a potem po swojemu Gorbaczow myśleli na poziomie światowym. Sacharow oczywiście stał obiema nogami na ziemi. Wiedział, że trzeba troszczyć się o los przyjaciół w więzieniu, ale był też wybitnym politycznym idealistą. Istota jego idei została zapomniana. Kiedy teraz o tym mówię, też się ze mnie śmieją.

Bo na przykład mówię, że w polityce trzeba być uczciwym. Sacharow żył w warunkach tej załganej realnej polityki, ale chciał się od niej oderwać. On uważał, że uniwersalne wartości nie mogą przetrwać w warunkach realnej polityki. Powróćmy jeszcze na chwilę do Jałty. Wstyd się przyznać, ale jeden z moich przyjaciół zapytał mnie, jak ja postąpiłbym na miejscu Churchilla, i uświadomiłem sobie po pewnym czasie, że tak samo jak Churchill. To mnie uderzyło w serce. Zrozumiałem, że wstyd i groza żyć w świecie, w którym trzeba podejmować decyzje tak jak Churchill. To znaczy, że ten schemat światowej polityki prowadzi donikąd, do samobójstwa. Ludzkość tak nie rozwiąże żadnych problemów. Ani socjalnych, ani ekologicznych, ani energetycznych itd. Sacharow, żeby urzeczywistnić powszechną obronę praw swobód, miał wizję świata bez granic. Myślał nawet o rządzie światowym, ale to nie jest najlepsza droga. Sądzę, że wystarczy, iż będzie istniał światowy organ sądowy broniący praw człowieka i takie same prawa dla wszystkich ludzi. Prawa przyjmowane przez wszystkie kultury z wyjątkiem agresywnych ekstremistów. W tym oczywiście prawa mówiące o ochronie słabszych i mniejszości, nienaruszające praw innych. To idea jednocześnie prosta i najtrudniejsza. Bo nie ma polityków, którzy myśleliby nie na 4-5 lat wprzód, tylko chociaż 25. To jak w takich warunkach uczynić podstawą polityki uniwersalne wartości? Tego nie uczynią politycy, a tylko wspólnoty ludzi posiadających obywatelską odpowiedzialność.

Nie jestem pewien, czy taki światowy ład nie obróci się przeciw ideom uniwersalnych wartości. Historia pokazuje, że globalne pomysły integracyjne były raczej utopią, która kończyła się totalitaryzmem.

- Może tak się zdarzyć. Ale pan myśli pewnie głównie o integracji politycznej i ekonomicznej. A są rzeczy ważniejsze niż ekonomia. Ekonomia obecnie dyktuje zbyt wiele. Dlatego nikt nie zwróci uwagi Rosji na łamanie praw człowieka, bo Rosja to gaz i ropa. Nikt nie powie, że nie kupi gazu, dopóki na przykład nie zostanie zwolniony z więzienia Chodorkowski. Chociaż zachodni odbiorcy gazu mogą tak zawsze zrobić. Niedawno byłem we Francji. Tam wszyscy już wiedzieli, kto będzie prezydentem Rosji. Wiedzieli to od 24 września. I pan też to już wie. Wszyscy wiedzą. To znaczy, że w Rosji nie będzie wyborów, a ten prezydent będzie wybrany bezprawnie zgodnie z rosyjską konstytucją. Wszyscy to wiedzą, ale przecież wszyscy prezydenci pospieszą na drugi dzień z gratulacjami. Ktoś zaraz powiedział, że to przecież wymóg protokołu. Odpowiedziałem mu, że w takim razie dla niego najwyższą wartością jest nie człowiek, ale protokół. Taka jest realna polityka. Ona żeruje na uniwersalnych wartościach, ale nie ma z nimi nic wspólnego. To tylko takie zaklinanie, szamaństwo. Nic dobrego.

Powróćmy do Rosji. Co się z nią stało od czasu, gdy - dzięki puczowi - komuniści stali się demokratami?

- Wokół Jelcyna było wielu dobrych ludzi. Sam byłem wśród jego doradców. Ale byli znacznie bardziej ode mnie energiczni. Uważaliśmy, że Jelcyn powinien zwołać zjazd narodowy, który zacząłby kontrolować politykę, żeby była uczciwa, sprawiedliwa itd. Bardzo namawialiśmy Jelcyna, żeby tak zrobić, dopóki stronnicy puczu jeszcze się boją. On był innego zdania. Uważał, że czas pracuje dla nas. Grał w tenisa, pił wódkę i... tak to się skończyło. Borys Nikołajewicz chciał dobrze, nauczył się bardzo wiele. Ale też miał i swoje lata - jesteśmy rówieśnikami. Był już zbyt stary i słaby, aby przeistoczyć się z przewodniczącego komitetu obwodowego w głowę demokratycznego państwa. Zaczął otaczać się ludźmi podobnymi do siebie, sowieckimi sekretarzami. My, durnie, o Gorbaczowie i Jelcynie oraz ich otoczeniu myśleliśmy jako o ludziach utalentowanych, którzy umieją rządzić, bo mają doświadczenie państwowe. A okazało się, że owi byli partyjni funkcjonariusze to zwykli intryganci, mistrzowie walki buldogów pod dywanem i nic więcej. W Związku Sowieckim innej polityki nie było. Cała bieda Rosji w tym, że nie była okupowana...

Nic się nie dało zrobić, żeby temu zapobiec?

- Żebym ja był tak mądry, jak moja żona wczoraj... Może i dałoby się. Ale wtedy nie wiedzieliśmy tego, co teraz. Na przykład teraz w Rosji nie ma wyborów. A pierwszym krokiem do tego, żeby nie było wyborów, był rok 1996, kiedy to Jelcyn został prezydentem na drugą kadencję. To jeszcze były w dużej części wolne wybory, bo wiele zależało od agitacji. W drugiej turze byli Borys Jelcyn i komunista Giennadij Ziuganow. Propaganda mówiła, żeby głosować na Jelcyna, bo w przeciwnym razie wróci bolszewizm, co wszyscy uważali za wielką tragedię. Więc woleli wybrać umierającego Jelcyna. Ja w tej drugiej turze głosowałem "przeciw wszystkim" - wtedy była taka opcja. Przyjaciele mi potem mówili, że mnie łatwo było tak zrobić, bo przecież wiedziałem, że i tak wygra Jelcyn, ale gdyby od tego głosu zależał wynik, to postąpiłbym inaczej. To był celny zarzut.

Ale teraz myślę, że gdyby wtedy wybory były zupełnie uczciwe, bez przekupstwa i kserowania kart wyborczych, to wygrałby Ziuganow. To oczywiście byłoby bardzo źle. Ale może i lepiej, bo wybór byłby uczciwy. A Ziuganow i tak nie przywróciłby ZSRS. Był na to za słaby. Wkrótce jego władza sama by upadła. Kadencja trwa tylko cztery lata, a może zostałaby skrócona. Miejmy nadzieję, że przez impeachment, a nie bunt. Ale instytucje demokratyczne nie zostałyby zniszczone. A one są ważniejsze niż to, kto będzie prezydentem. W Polsce przez 10 lat prezydentem był postkomunista Aleksander Kwaśniewski i jakoś to przeżyliście. Może niektóre rzeczy mogłyby pójść lepiej, ale państwo nie upadło.

A teraz, w niedzielę, będzie Pan głosował?

- Tak. Ja jestem członkiem założycielem partii Jabłoko. Będę na nią głosować. Z siedmiu uczestniczących w wyborach partii ta jest może trochę lepsza, choć też parszywa. Jestem im to winien. Ale już w marcu nie będę głosować na Grigorija Jawlińskiego. Może skreślę wszystko, oddam głos nieważny, jeszcze nie wiem. Ale warto iść na wybory, tylko dlatego, że to zmniejsza możliwość fałszerstwa. Im niższa frekwencja, tym większa możliwość dla komisji, żeby robić różne machinacje. Więc warto pójść, zagłosować jakkolwiek (nawet nieważnie), byle nie na Jedną Rosję.

Ja poza osobami oficjalnymi jeszcze nie spotkałem w Rosji nikogo, kto byłby za obecną władzą. A okaże się, że dostała 60 proc. głosów. Trudno uwierzyć, że to wszystko fałszerstwo...

- O nie, nie tylko. Musi pan zrozumieć, że taka jest rosyjska tradycja, powstała z wychowania i historii Rosji, w szczególności czasów sowieckich. A do tego Stalin stworzył z Rosjan tak naprawdę nowy naród, z czego nie zdawał sobie sprawy. On przeprowadził selekcję społeczeństwa i powstało zupełnie nowe społeczeństwo. Nowy naród, który Stalin zbudował pod siebie i według siebie. To w biologii nazywa się selekcją w zadanych warunkach. Na przykład, gdy hodowla zostanie celowo zarażona jakąś chorobą. Wtedy przeżyją tylko niektórzy, osłabieni, odporni, w każdym razie w swojej masie wyraźnie inni niż poprzednia populacja. A w ZSRS łagry były taką hodowlą, przez którą przeszły miliony. Tam ci bardziej skłonni, żeby się przeciwstawiać, zginęli. Ci spokojni czasem dożywali długich lat, ale już - rozumie pan - kiedy wyszli, byli w wieku poreprodukcyjnym i nie mieli dzieci. Kto wychodził, a potem mógł mieć dzieci i je wychowywać? Ludzie chytrzy i podli.

Oto model wyjściowy człowieka sowieckiego. Potem dochodzi propaganda, która była bardzo agresywna. Ciągle wzywano, żeby kogoś ubit´. Trockistów, bucharonowców itd., którzy byli "psami". Wychodziły tysięczne demonstracje, żeby te "psy unicestwić". Nawet biolodzy tak musieli demonstrować... żeby "skazać psy na śmierć". To wbijało się w głowę, bo występowało wszędzie: w domu, szkole, pracy, mediach. Gazety tamtych lat dawały przepis na selekcję człowieka. Miał on być cierpliwy, bezmyślny, wypełniać wolę partii, zmieniać własne myśli wraz z linią partii. I być fizycznie śmiałym, zuchwałym, żeby być gotowym za partię umrzeć. Agresja, fizyczna zuchwałość połączona z psychicznym złamaniem wrastają w człowieka. Do tego dochodzą gorliwość i podejrzliwość: wszędzie szukać szpiega i na niego donosić. Stąd bierze się stosunek do obcych jako, po pierwsze, wrogów, a po drugie tych, których należy oszukać, bo oni chcą oszukać nas. Chociaż - nawiasem mówiąc - pewna ksenofobia cechuje każde społeczeństwo i jest to naturalny instynkt obronny. Naród poza krótkim okresem na początku lat 90. nigdy nie miał możliwości wyrazić swojego sprzeciwu, niezależnego myślenia.

W każdym razie w efekcie ludzie teraz przeklinają władzę, ale na nią głosują. Tyle psychologia. A poza tym każdy gubernator i każdy członek komisji wyborczej jest oceniany i rozliczany. Tam pracują dobrze znani, sprawdzeni ludzie sowieccy, którzy i za Stalina mogli być w komisjach wyborczych. To nie znaczy, że we wszystkich obwodach odbywa się zupełna falsyfikacja wyników. Ale oni je poprawiają. W końcu doczekamy się wyborów z frekwencją 99,5 proc, w tym za Jedną Rosją 99,4 procent!

I nie ma nadziei?

- Jest. Ale w działaniu oddolnym. W powstaniu ruchu takiego jak "Solidarność", może doprowadzeniu do "okrągłego stołu"...

To nie jest tak, że w Polsce przy Okrągłym Stole był dialog wolnego społeczeństwa z władzą. Komuniści w obliczu załamania gospodarczego zmuszeni byli oddać władzę i sami zdecydowali, komu ją przekażą. To było raczej to, co Pan opisuje jako wydarzenia po puczu Janajewa...

- Niemniej Polska poszła w zupełnie innym kierunku niż Rosja. Zresztą lepiej już podzielić się władzą z komunistami niż komunistów rozstrzelać. Wierzę w prawa jednostki, które są ponad prawami kolektywnymi. U nas panuje kolektywizm. Nie mówi się o ludziach, tylko o milionach. A z praw jednostek da się wywieść prawa kolektywne. Zaś z praw kolektywnych tylko faszyzm. Ja wracam do myślenia w kategoriach globalnych, ogólnoludzkich, światowych...

A Władimir Putin jaki ma pogląd w planie globalnym, jaki jest jego perspektywiczny cel dla Rosji i świata?

- Bardzo prymitywny. On nie wywodzi się z partii komunistycznej, tylko z KGB. A tam byli ludzie, którzy w przeciwieństwie do komunistów nie wierzyli w nic, nawet w komunizm. Natomiast byli - także w przeciwieństwie do komunistów - bardzo inteligentni, praktyczni i chytrzy. Niedawno spotkałem się w Strasburgu z francuską historyk Hélřne Carrřre d´Encausse, członkiem Akademii Francuskiej. Ona mówiła, że popiera Putina, że on nie jest wcale taki zły, bo przecież nie chce przywrócić ZSRS. Odpowiedziałem, że rzeczywiście nie chce, ponieważ już dawno to zrobił. Oczywiście nie w sensie terytorium (chociaż chętnie i terytorium by przywrócił) i nie łagrów (bo on rozumie, że jeszcze nie pora na to). Ale Związek Sowiecki to brak wolnych wyborów (pozory demokracji), brak niezawisłego sądownictwa (pozory praworządności), brak wolnych mediów (zakłamanie) i kontrola nad ekonomią. To wszystko już jest.

Związek Sowiecki okazał się nieśmiertelny, tak jak wy, członkowie Akademii - powiedziałem jej. A cała obecna władza to albo jawni (jak wicepremier Iwanow), albo bardziej utajnieni ludzie KGB. Łącznie z tzw. opozycją, czyli np. Żyrinowskim, już nie mówiąc o komunistach. A w zewnętrznej polityce Rosja co robi? Samych światowych bandytów popiera? Taki Putin. Czort z nim. Może nie pójdę siedzieć za te słowa. Już swoje odsiedziałem...

Też mam taką nadzieję. Dziękuję za rozmowę.

Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka