Z dr. Wojciechem Muszyńskim, historykiem IPN, rozmawia Jacek Dytkowski
Wczoraj obchodziliśmy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jak Pan odbiera uroczystości z tym związane jako badacz historii najnowszej?
- To święto, które nareszcie zostało ustanowione, po 20 latach Polski niepodległej, żeby uhonorować tych żołnierzy, którzy byli ostatnimi tej niepodległości obrońcami. To oni z bronią w ręku stanęli do nierównej walki z sowieckim okupantem i jego komunistami kolaborantami, w sytuacji gdy Polska została opuszczona przez jej zachodnich aliantów. 1 marca jest więc dniem pamięci o tych niezłomnych i często tragicznych obrońcach honoru Polski.
Powojenne władze komunistyczne bezwzględnie tępiły podziemie niepodległościowe. Jak postrzegał tych żołnierzy ogół społeczeństwa?
- To bardzo ciekawe pytanie. Przede wszystkim należy pamiętać, że po 1944 r. nie było suwerennego państwa polskiego. Tak zwana Polska Lubelska czy Polska Ludowa to eufemizmy, którymi komunistyczna propaganda próbowała zamaskować fakt, że nasz kraj miał status obszaru podbitego przez Sowietów. Blisko połowa Polski z Wilnem i Lwowem została anektowana przez ZSRS, reszta była zarządzana przez sowieckie władze okupacyjne oraz marionetkowy PKWN czy "rząd warszawski". Wpływy sowieckie początkowo były większe, później mniejsze, co nie zmienia faktu, że cały czas mieliśmy do czynienia z okupacją. Społeczeństwo polskie w 1945 r. dokładnie zdawało sobie sprawę, że wypchnięcie okupanta niemieckiego przez Armię Czerwoną to żadne wyzwolenie, ale nowa forma okupacji. Patriotycznie nastawieni Polacy - oczywista rzecz - popierali zarówno oddziały partyzanckie Narodowych Sił Zbrojnych i Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" - a także PSL Stanisława Mikołajczyka. Popierano każdą siłę polityczną, która stanowiła przeciwwagę dla komunistów i PPR. Polacy po pięciu latach wojny marzyli o wolnej, katolickiej Polsce, z Wilnem, Lwowem, Wrocławiem i Szczecinem - a nie quasi-Polsce z atrapą orła, której, jak wówczas mówiono, bolszewicy ukradli koronę.
Świadomość polityczna Polaków była wtedy niezwykle wysoka. Ludzie zdawali sobie sprawę z sytuacji, w jakiej znalazła się Polska - utwierdzała ich w tym wszechobecna militarna obecność Sowietów - prymitywna sowietyzacja kraju i te plakaty z AK jako zaplutym karłem reakcji. Było kilka dywizji NKWD, które pilnowały najważniejszych miast i ośrodków w kraju. Bez tej "pomocy", jak przyznawał w 1946 r. Władysław Gomułka, władza PPR nie utrzymałaby się nawet przez kilka dni.
Sowieci i krajowa ekspozytura traktowali żołnierzy konspiracji antykomunistycznej jako duże zagrożenie?
- Jako siłę bardzo poważną. Pamiętajmy, że przez oddziały podziemia przeszło ponad 150 tys. ludzi. To liczba zbliżona do skali wysiłku zbrojnego w czasie Powstania Styczniowego. A obszar tych walk był nawet większy: na wschodzie polska partyzantka działała na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Walki trwały w całym kraju, choć z różnym nasileniem, także na Ziemiach Odzyskanych, czyli Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku. Dziwię się ludziom, którzy protestują przed nazywaniem powojennych zmagań podziemia antykomunistycznego powstaniem. To właśnie było ostatnie polskie powstanie narodowe. Organizacji i oddziałów było bardzo wiele - wszystkie one miały wspólną cechę: uznawały jako jedyny prawowity Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie w Londynie.
Dla żołnierzy antykomunistycznego podziemia żadne kompromisy z komunistami, marionetkami sowieckimi, nie wchodziły w grę. Nie byli jednak tacy - jak przez lata pokazywała to propaganda PRL - że zabijali każdego komunistę, członka PPR czy funkcjonariusza UB. Partyzanci często karali ich w inny sposób: jako zdrajcy otrzymywali karę chłosty lub byli pouczeni, żeby nie wysługiwać się Sowietom. Ze strony komunistów nie można było oczekiwać litości, ci niepodległościowcy, którzy nie zostali skazani na śmierć i przeżyli długoletnie wyroki więzienia, mogli mówić o dużym szczęściu.
Jaki obraz partyzantki antykomunistycznej narzucali społeczeństwu komuniści i ich sowieccy mocodawcy?
- To było oczywiste, że był to obraz fałszywy. Chciano maksymalnie zohydzić tych ludzi. Nazywano ich bandytami - tak samo zresztą robili wcześniej Niemcy, którzy nazywali AK - Polnische Banditen. W 1944 r. obwieszano ściany plakatami "Pod sąd zdrajców z NSZ i AK - współpracowników Hitlera". Zarzucano działaczom podziemia kolaborację z Niemcami, często podczas transportu więźniów ubierano ich w mundury SS i ogłaszano przechodniom, że to zbrodniarze wojenni. Ludzie reagowali natychmiast, nie wiedząc nawet, że wyzywają i plują na polskich patriotów. Dodatkowym celem takiej "terapii" było złamanie psychiczne więźniów. Wszyscy znamy porównanie AK do "zaplutego karła reakcji" - innym ulubionym leitmotivem było przypisywanie podziemiu antykomunistycznemu mordów na Żydach. Tego rodzaju oskarżenia pojawiają się także obecnie, są bowiem środowiska zainteresowane tym, aby w dalszym ciągu szkalować tych ludzi dla celów politycznych. Polscy historycy także obecnie muszą stawiać czoło takim brudnym oskarżeniom.
Celem było zamazanie pamięci o żołnierzach podziemia antykomunistycznego. Niestety, z powodzeniem.
- Nie tylko zamazanie, ale zohydzenie w oczach społeczeństwa. W 1945 r. nikt w te brednie o "bandach reakcji" nie wierzył. Natomiast propaganda PRL przez 40 lat doprowadziła do tego, że kiedy Polska odzyskała niepodległość, zbitki językowe "bandy NSZ", "bandy WiN" utrwaliły się w świadomości wielu ludzi. Często powtarzają te slogany, bezrefleksyjnie używają języka komunistycznej propagandy - wspomniane "wyzwolenie", czy też stosują formę "radziecki", a nie właściwą - "sowiecki". To wynik tresury szkoły PRL. I to się wcale nie skończyło, bo dalej otaczają nas różnorakie odniesienia do PRL - reprinty kalendarzy z lat 50., płyty z pieśniami komunistycznymi, rzekomo dowcipne reklamy o przygotowywaniu flag na 1 maja czy portrety Che Guevary. Wszystko w atmosferze wesołego pikniku. Z tym trzeba walczyć, w imię pamięci o tych, których ta zbrodnicza ideologia uśmierciła z zimną krwią.
Co z odpowiedzialnością tych, którzy mordowali i zamęczali w więzieniach żołnierzy i działaczy podziemia antykomunistycznego? Po 1989 r. niewiele w tej sprawie zrobiono...
- Bardzo dobrze to się ułożyło dla oprawców. A bardzo źle dla ich ofiar. I Polski. Wyroków na komunistycznych mordercach było niewiele i były śmiesznie niskie. W większości wypadków po prostu takie sprawy umorzono "z powodu niewykrycia sprawców". Na przykład otrzymałem niedawno postanowienie z 30 grudnia 2011 r. o umorzeniu śledztwa prokuratorskiego w sprawie o znęcanie się przez UB w czasie śledztwa nad mjr. Stanisławem Miodońskim (komendantem okręgu podlaskiego NSZ) i czternastoma innymi żołnierzami Narodowych Sił Zbrojnych. We wszystkich przypadkach prokurator nie była w stanie ustalić, kto znęcał się nad tymi ludźmi, i umorzyła śledztwo z powodu niewykrycia sprawców przestępstwa. Taka formuła jest obecnie stosowana w ponad 90 proc. tego typu spraw. Można przypuszczać, że wynika to nie tylko z tego, że sprawców nie dało się wykryć. Oczywiście w pewnym procencie rzeczywiście jest to niemożliwe. Natomiast w większości jest to opieszałość czy brak zainteresowania aparatu ścigania zajmowaniem się tego rodzaju sprawami. Bo przecież są one trudne i skomplikowane. Tymczasem, kiedy spojrzymy na kwestię rozliczenia przestępców niemieckich w innych krajach - widzimy, że tamtejszy aparat sprawiedliwości jakoś radzi sobie z karaniem ludobójców z okresu II wojny światowej. Takie osoby można wykryć i wskazać.
Jeśli przypomnimy sobie procesy, które toczyły się w ciągu ostatnich 20 lat wobec katów Żołnierzy Wyklętych, to nasuwa się głównie sprawa Adama Humera, funkcjonariusza służb bezpieczeństwa...
- Akurat Humera skazano, choć nie za główne zarzucane przestępstwo, czyli zamordowanie Tadeusza Łabędzkiego, ostatniego prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, którego zakatowano w siedzibie MBP na Koszykowej w Warszawie. Winnego tej śmierci oczywiście nie ustalono. Humera skazano natomiast za inne pobicia i stosowanie tortur. I oczywiście otrzymał śmiesznie niski wymiar kary.
Można wymienić wielu sędziów, prokuratorów i innych pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, którzy nie zostali skazani: Stefan Michnik, który mieszka w Szwecji, Anatol Fejgin, spokojnie zmarł w kraju w 2002 roku. Pamiętamy problem z ekstradycją prokurator Heleny Wolińskiej-Brus. Ale też na rodzimym podwórku wciąż żyją tacy ludzie, jak np. Stanisław Raginia, zwany "pyrzyckim Humerem" ze szczecińskiej bezpieki.
- O, takich osób było bardzo wiele. Myślę, że to, iż one mogły sobie spokojnie żyć, mając wysokie emerytury resortowe czy wojskowe, miało związek z polityką "grubej kreski". Przy Okrągłym Stole czy w Magdalence zawarto kontrakt z komunistami: jedno z przyjętych wówczas zobowiązań dotyczyło zapewne specjalnej ochrony winnych zbrodni na Polakach. Faktem jest, że potem były - nieliczne i z reguły nieudane - próby pociągania do odpowiedzialności niektórych z tych oprawców. Ale to przypadki jednostkowe. III RP pozostała prawną kontynuacją PRL - kontynuatorami PRL byli też jej architekci. To, że dwadzieścia lat musieliśmy czekać na święto antykomunistycznego powstania, jest tego najlepszym dowodem.
Dziękuję za rozmowę.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Kultura