Powrót Radia Wolna Europa -Wojciech Reszczyński
Reforma - dla ludzi czy dla OFE? -Prof. Jerzy Żyżyński
Złowieszcze meandry światowych finansów
Jerzy Bielewicz
prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"
Rugowanie religii ze szkoły? -Małgorzata Pabis
Rządowy patent -Małgorzata Goss
Z funduszu rentowego wyparowały miliardy
Z dr. Cezarym Mechem, ekonomistą, wiceministrem finansów w rządzie PiS, rozmawia Małgorzata Goss
Jak odwieść od demonstrowania poglądów -Artur Kowalski
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Powrót Radia Wolna Europa -Wojciech Reszczyński
Gdy już powszechnie znany stał się fakt dyskryminacji Telewizji Trwam przez KRRiT, w obronie pozbawionej prawa do nadawania na multipleksie Telewizji wypowiada się coraz więcej ludzi, także tych, którzy do tej pory nie byli jej odbiorcami, nie słuchali też Radia Maryja. Osoby te chcą jednak, by Fundacja Lux Veritatis była traktowana uczciwie, zgodnie z prawem. Uważają te media za ważne i potrzebne dla ewangelizacji, demokratyzacji i gwarancji wolności słowa w Polsce.
20 lat dyskredytowania i ośmieszania Radia Maryja oraz jego założyciela, ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka, nie przyniosło rezultatów. Do stałych słuchaczy Radia i odbiorców Telewizji Trwam, dawno już przekonanych o wielkiej wartości, jaką stanowią dla Polski i Kościoła media Ojców Redemptorystów, dołączają wciąż nowi, także ci, którzy do tych środków przekazu zachowywali dotąd dystans. Nie tylko mają dziś odwagę publicznie bronić dzieł ojca Tadeusza Rydzyka, lecz także są mu wdzięczni za wierność prawdzie i podtrzymywanie gasnącej w innych mediach (zarówno publicznych, jak i komercyjnych) wolności słowa. Coraz więcej ludzi w Polsce przekonuje się, że warto być słuchaczem i widzem tych mediów, które nie tworzą z władzą samobójczej symbiozy, z których można się dowiedzieć, co naprawdę dzieje się dziś Polsce.
Telewidzowie Trwam i słuchacze Radia Maryja już od dawna wiedzieli, jaki jest faktyczny stan polskich kolei. Na antenie tych mediów mówili o tym związkowcy, pracownicy kolei, podróżni. Poddawano krytyce całkowicie błędny w swym założeniu podział kolei na kilkadziesiąt różnych spółek mających ze sobą konkurować, a nie współpracować. Ostrzegano przed likwidacją szkolnictwa kolejowego, co pozbawiło nas wykwalifikowanych kadr kolejowych. Mówiono o zmarginalizowaniu Urzędu Transportu Kolejowego, partyjnej polityce kadrowej, dzięki której upychano na kolejowych posadach partyjnych kolegów. Alarmowano o spadku bezpieczeństwa, braku procedur, zwiększaniu obowiązków dla dyżurnych ruchu, o maszynistach z trzymiesięcznym doświadczeniem, o totalnym niedoinwestowaniu kolejowej infrastruktury. Wielogodzinne audycje Radia Maryja na temat kolei należały do najczęściej nadawanych i cieszących się dużym zainteresowaniem. Stale ostrzegano w nich, że błędna polityka władz prędzej czy później musi doprowadzić do tragedii.
Nie znamy jeszcze przyczyn katastrofy pod Szczekocinami (ludzki błąd, awaria sprzętu), ale jest oczywiste, że za kolej odpowiada rząd i jego resortowy minister. Jedną z patologii obecnej władzy jest wyznaczanie na ministerialne stanowiska zasłużonych dla partii wiernych działaczy, ale za to kompletnie nieprzygotowanych do pełnienia jakichkolwiek fachowych funkcji, tym bardziej ministerialnych. Jeżeli ministrem transportu może być Sławomir Nowak, to takim ministrem może być niemal każdy spotkany przypadkowo na ulicy człowiek. Publiczne wypowiedzi ministra Nowaka tuż po katastrofie, o wielu dokonanych przez rząd zmianach modernizacyjnych na kolei, są szczytem bezczelności i arogancji władzy. Każdy słuchacz Radia Maryja i Telewizji Trwam wie doskonale, że od lat oszczędzano na kolei kosztem jej utrzymania i rozwoju. Ale to typowe dla tej najgorszej od 1989 roku władzy, pozbawionej najmniejszych kompetencji i kwalifikacji do rządzenia.
Dobrze poinformowani telewidzowie i słuchacze mają dziś więcej wiedzy - w tym świadomości zagrożenia, jakie niosą błędnie forsowana przez rząd energetyka jądrowa, polityka w sprawie GMO czy stan gospodarki wodnej - niż premier i jego ministrowie. Obraz Polski przedstawiany przez rząd a ten ujawniany w niezależnych od władzy mediach to dwa kompletnie różne światy. Ta dysharmonia pogłębia się tym bardziej, im bardziej władza stara się przeszkodzić w rozwoju mediów niezależnych i im bardziej media publiczne i komercyjne starają się podtrzymać słabnącą władzę.
Telewizja Trwam i Radio Maryja oraz wszystkie inne niezależne od władzy media odgrywają dziś w III RP taką samą rolę, jaką za komuny odgrywało Radio Wolna Europa.
Reforma - dla ludzi czy dla OFE? -Prof. Jerzy Żyżyński
Premier z determinacją dąży do realizacji swego zamierzenia wydłużenia wieku emerytalnego, wszelkie konsultacje mają charakter formalny, bo wiadomo, jaki będzie ich finał: rząd i tak zrobi swoje.
Warto zatem wyjaśnić sobie szersze tło ekonomiczne, bo jak dotąd mówi się wyłącznie o kwestiach finansowych. I to prawda, że wydłużenie wieku emerytalnego da większą kapitałową część emerytury, bo pieniądze będą dłużej odkładane, a krócej pobierane.
Ale to, o ile emerytura (mówimy tu o dodatku do emerytury z II filara) się zwiększy, zależy wyłącznie od stopy zysku z inwestycji kapitałowych. Przypuśćmy, że przez cały czas wynosiłaby ona 5 procent. Wtedy zakładając, że ktoś zaczyna pracować w wieku 20 lat, a przejdzie na emeryturę w wieku 67, będzie miał emeryturę wyższą średnio o 18 proc. w porównaniu z tym, co miałby, gdyby przechodził w wieku 65 lat. Laikom może wydawać się to niewiarygodne, ale to wynika z tego, że 65-latkowie mogą oczekiwać, iż będą żyli jeszcze nieco ponad 15 lat (tak zwane przeciętne dalsze trwanie życia dla 60-latków wynosi obecnie 15,06 lat), a 67-latkowie - dokładnie 13,86 lat.
W przypadku kobiet, jeśli wiek emerytalny wydłuży się z 60 do 67, mogą się one spodziewać emerytury sporo wyższej, bo o 74 procent. Byłoby tak, ponieważ kobiety 60-letnie mogą żyć średnio jeszcze 23,47 lat, a 67-letnie - 17,81 lat.
Ale dla emeryta istotne jest to, jaka będzie jego emerytura w porównaniu z płacą, jaką otrzymywał przed zakończeniem swej aktywności zawodowej. Mówi o tym tzw. stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do płacy. Okazuje się, że zależy ona zarówno od stopy procentowej z inwestycji, jak i od wielkości składki, jaka idzie do funduszu emerytalnego. Jeśli ta składka wynosiłaby 3,5 proc. płacy, to przy stopie z inwestycji, jak założyliśmy, na poziomie 5 proc. stopa zastąpienia zwiększyłaby się dla mężczyzn z 56 proc. do 66 proc., a dla kobiet z 32 proc. do 56 procent. Przy obecnej stawce 2,3 proc. byłaby rzeczywiście dramatyczna, bo dla mężczyzn zwiększyłaby się z 37 proc. do 43 proc., a dla kobiet z 21 proc. do 37 procent.
Warto jednak pamiętać, że znaczenie stopy zastąpienia zależy od poziomu płacy. Jeśli ktoś zarabia trzykrotność średniej, to przy stopie zastąpienia ok. 1/3 otrzyma emeryturę na poziomie mniej więcej średniej płacy, i choć jest to zasadniczo w skali europejskiej niewiele, pozwoli jednak jakoś żyć. Gdy ktoś zarabia na poziomie średnim (obecnie ok. 4 tys. zł), to te stopy zastąpienia dadzą emeryturę zależną oczywiście od składki i od stopy zysku z inwestycji. Przy składce 3,5 proc. i stopie inwestycji, jak założyliśmy 5 proc., da emeryturę pozwalającą na bardzo skromne życie: dla panów wzrośnie z 2,2 tys. do 2,6 tys. zł, a dla pań z niecałych 1,3 tys. do 2,2 tys. Przy składce 2,3 proc. emerytura kapitałowa byłaby już bardzo skromna: dla panów wzrosłaby z 1,4 tys. do 1,7 tys., dla pań z 850 zł do 1,4 tys. Ludzie będą zaczepiali przyszłego szefa rządu, by zadać mu nieśmiertelne pytanie: "Panie premierze, jak żyć?".
Ale trzeba pamiętać, że spora większość - ponad 3/4 ludzi zarabia mniej niż wynosi średnia. Jest to efekt tego, co statystycy nazywają skośnością rozkładu. Wynika z tego, że średnią "ciągną" wysokie płace niewielkiej grupy najbogatszych. Dominuje płaca na poziomie 60-65 proc. średniej, czyli obecnie ok. 2,5 tys. złotych. Dla tych ludzi perspektywa emerytury z niewielkim dodatkiem do paruset złotych z I filara na poziomie nieco ponad 900 zł czy 1 tys. zł to perspektywa skrajnej nędzy. W przypadku składki 2,3 proc. to nawet 1,4 tys. czy 1,6 tys. przy składce 3,5 proc. to i tak szczególnie daleko od obiecanego życia pod palmami.
Warto zauważyć, że gdyby składka na OFE wynosiła 7,3 proc., to - pozostając przy bardzo optymistycznym założeniu 5 proc. zysku z lokat inwestycyjnych, zarówno poziom, jak i zmiany stopy zastąpienia byłyby imponujące: dla mężczyzn z 117 proc. do 138 proc., a dla kobiet z 67 proc. do 117 procent.
Ale wszystko to było przy założeniu, że składki emerytalne są odkładane na koncie, który przynosi zysk 5 proc. rocznie. Jak wiadomo, praktycznie średnia rentowność funduszy nie przekroczyła inflacji, jeśli zatem zysk wyniósłby nie 5 proc., lecz 1 proc., to efekt staje się naprawdę dramatyczny. Co prawda będzie pewien zysk z wydłużenia wieku emerytalnego: dla mężczyzn 14 proc., dla kobiet 56 procent. Ale stopa zastąpienia w przypadku składki 3,5 proc. dla mężczyzn zmieni się z 14 proc. do 16 proc., a dla kobiet z 8 proc. do 13 procent. Gdyby składka wynosiła nawet 7,3 proc., to stopa zastąpienia wzrosłaby dla mężczyzn z 30 proc. do 34 proc., a dla pań z 17 proc. do 27 procent. Byłaby zatem, nawet przy tej wyższej składce, bardzo niska, bo stopa zysku z inwestycji ma kluczowe znaczenie.
A nie ma co mieć złudzeń, że zysk z inwestycji będzie na przyzwoitym poziomie, bo rynki kapitałowe przez wiele lat mogą być w stagnacji, a nawet dawać bardzo wymierne straty. Te wyniki prowadzą do wniosku, że brak gwarancji minimalnych zysków z inwestycji na jakimś akceptowalnym poziomie, powiedzmy 5 proc. (po odjęciu kosztów zarządzania, które przecież i tak są znacznie zawyżone), dyskredytuje system emerytalny oparty na funduszach kapitałowych. Jest to wystawienie ludzi na ryzyko życia na emeryturze w nędzy i marnowanie naszych pieniędzy.
Ale trzeba też pamiętać, że o emeryturze można mówić tylko przy założeniu, że ktoś wieku emerytalnego w ogóle dożyje. Spośród tych mężczyzn, którzy zaczęli pracę w wieku 20 lat, do 65 dożywa obecnie 73 proc., a do 67 tylko 69 procent. W przypadku kobiet do 60 lat dożywa 93 proc., a do 67 tylko 87 procent.
Warto zauważyć, że jeśli ci, którzy nie dożyją wieku emerytalnego, mają małżonków lub dzieci, to kapitał zgromadzony przez nich w OFE może być dziedziczony. Będzie jednak część takich, którzy nie dożyją do emerytury, pozostając ludźmi samotnymi. Ich środki będą stanowić czysty zysk funduszy.
Oczywiście, jeśli już ktoś dożyje do emerytury i wejdzie do systemu, to jego nagromadzony kapitał nie może być przekazywany spadkobiercom. Jest to konieczne z prostego powodu: bo nie wiadomo, jak długo będzie żył. Środki emerytów muszą tworzyć wspólny fundusz, z którego wypłacane są emerytury zarówno tym, którzy po przejściu na emeryturę żyli rok, jak i tym, którzy poważnie potraktowali śpiewane im życzenia "sto lat" i dożyli tego wieku. Jako ciekawostkę można podać, że oczekiwany czas życia tych, którzy dożyli setki, wynosi nieco ponad 102 lata - oznacza to, że stulatkowie przeciętnie żyli jeszcze dwa lata.
Dziedziczenie po tych, którzy zmarli przed dojściem do emerytury, oczywiście powoduje ubytek pieniędzy z systemu. Cały motywacyjny aspekt reformy polegał na tym, by zachęcić ludzi do oszczędzania dla własnego dobra i dobra rodziny - miało to zmniejszyć skłonność ludzi do unikania płacenia składek emerytalnych. Może się wydawać, że to ma sens, ale przez to zostaje złamana solidarystyczna podstawa systemu emerytalnego. A warto zdawać sobie sprawę z tego, że taki w pełni solidarystyczny system byłby z punktu widzenia płacących składki oszczędniejszy. Spróbuję to wyjaśnić.
Normalne ubezpieczenie ma zawsze charakter solidarnościowy. Na przykład w przypadku ubezpieczenia samochodu możemy przez wiele lat płacić ubezpieczenie, by nigdy z niego nie skorzystać. Nasze pieniądze służą temu, by gromadzić fundusz, z którego wypłacane są odszkodowania na bieżąco tym, którzy mieli pecha i zdarzył im się losowy przypadek szkody wymagającej rekompensaty ze strony ubezpieczyciela. I nikomu nie przyjdzie do głowy, by żądać zwrotu składek ubezpieczeniowych, bo się z nich nie skorzystało. A gdyby taki zwrot miał być wprowadzony, to poziom składki musiałby być oczywiście wyższy, by skompensować ubytek środków z funduszu w wyniku wybierania z niego pieniędzy tych, którzy nie mieli szkód i zabierają "swoje pieniądze".
Podobnie jest z ubezpieczeniem emerytalnym - w tym przypadku losowym zdarzeniem jest dojście do wieku emerytalnego. Składki emerytalne pracujących tworzą wtedy fundusz, z którego na bieżąco wypłacane są emerytury. Ale jeśli część środków zgromadzona przez tych, którzy zmarli przed dojściem do emerytury, jest zabierana przez spadkobierców, to w rezultacie niższe są emerytury, bo zmniejsza się fundusz. Gdybyśmy natomiast chcieli zachować poziom emerytur (zwiększyć stopę zastąpienia), to wyższa musiałaby być składka emerytalna.
Warto więc sobie zdawać sprawę z tego, że takim klasycznym systemem ubezpieczeniowym jest właśnie system ZUS-owski, bliski temu, co jeszcze w XIX wieku wprowadził w Niemczech kanclerz Bismarck. To żadna, jak twierdzi wicepremier Pawlak, "emerytura państwowa". To po prostu specyficzne ubezpieczenie, które leży tylko w gestii państwowego ZUS, ale nie musi być - mogłoby być zarządzane przez niezależną od państwa instytucję, tak jak to było przed II wojną światową - ZUS był wtedy samorządową instytucją prawa publicznego niezależną od państwa. I takie ubezpieczenie emerytalne to nie - jak twierdzą niektórzy - "jakiś socjalizm, który trzeba zastąpić prawdziwym rynkiem". Z Bismarcka robić socjalistę to przejaw skrajnej ignorancji.
Ale problem ma szerszy kontekst ekonomiczny. Bo tak naprawdę realny poziom naszych emerytur i poziom naszych dochodów zależy od tego, ile wytworzymy dóbr i usług i jak je między siebie podzielimy. Ogólna wartość dóbr i usług tworzy to, co ekonomiści nazywają produktem krajowym brutto (PKB). Po to, by wyjaśnić, jaki sens ma system podziału i jaki ma to związek z wielkością emerytur, posłużę się bardzo uproszczonym przykładem.
Przypuśćmy, że w gospodarce wytwarzane są dobra i usługi o ogólnej wartości 100 i całkowicie wystarczają one, by zaspokoić potrzeby 100 proc. mieszkańców. Wytwarzają je oczywiście pracujący (...miast i wsi, jak to się kiedyś mówiło; teraz dodamy jeszcze przedsiębiorców - oni też pracują). Jeśli pracujący stanowią 80 proc. ludności, a pozostali to emeryci, wtedy przeciętna składka emerytalna pracujących musi wynosić 20 proc., bo na czterech pracujących przypada jeden emeryt i przy tej składce wszystkie wytworzone dobra są harmonijnie rozdzielone między pracujących i emerytów. Składka jest mechanizmem ekonomicznym podziału dochodu pieniężnego tak, aby wszystkie wytworzone dobra zostały rozdzielone między członków społeczności.
Przypuśćmy teraz, że ta sama ilość dóbr jest wytwarzana przez 50 proc. ludności - oznacza to, że szczęśliwie nastąpił wzrost wydajności pracy; reszta ludności to emeryci, zatem teraz na jednego pracującego przypada jeden emeryt. Gdyby pozostano przy składce 20 proc., to pozyskiwane składki nie wystarczyłyby na sfinansowanie emerytur, pracujący mieliby nadmiar środków w stosunku do potrzeb i tworzyliby oszczędności, z których system emerytalny musiałby pożyczać, by sfinansować emerytów. W efekcie rosłoby zadłużenie i system emerytalny by zbankrutował, a 50 proc. pracujących miałoby papiery dłużne systemu emerytalnego będące tylko świadectwem ułomności tego systemu. W takiej sytuacji jedynym wyjściem byłoby podwyższenie składki do 50 procent.
Oczywiście jest to przykład przejaskrawiony, ale chodzi o pokazanie, że istotą problemu jest wydajność pracy i logiczny, spójny system podziału wypracowanego dochodu. Czy się komuś podoba, czy nie, narzędziem takiego podziału musi być składka czy podatek, i jest to dla społeczeństwa lepsze niż oparcie systemu na długu.
Ale kluczową sprawą jest wydajność pracy, bo to ona decyduje, ile wytwarzamy i jakim kosztem - przy czym trzeba też pamiętać, że koszt pracy własnych obywateli jest dla gospodarki kosztem specyficznym, w gruncie rzeczy kosztem pozytywnym w tym sensie, że to, co pracownicy zarobią (brutto, czyli razem z podatkami i składkami), wraca do gospodarki w formie wydatków konsumpcyjnych lub inwestycyjnych.
Ale jeśli dostrzeżemy, jak ważna jest wydajność pracy, to stanie się dla nas jasne, że ta propozycja wydłużenia wieku emerytalnego w sytuacji istniejącego dość wysokiego bezrobocia jest dla gospodarki mało korzystna, jeśli nie wręcz szkodliwa. Jest tak dlatego, że wydajność pracy z wiekiem wyraźnie się zmniejsza - ekonomiści nazywają to "malejącą krańcową wydajnością pracy". A tu wymusza się pozostawienie w pracy ludzi starych o najniższej wydajności i często dla pracodawców najdroższych - chyba że ich płaca jest bezpośrednio powiązana z wydajnością pracy, ale tak dzieje się tylko w niektórych zawodach, na ogół ci najstarsi są jednocześnie na szczycie drabiny płacowej. Pracodawcom bardziej opłaca się zatrudnienie młodego człowieka, który szybko się uczy, jest wydajny i znajduje się na dole drabiny płacowej.
Wydłużanie wieku emerytalnego ma sens tylko w sytuacji pełnego zatrudnienia, a do takiego stanu jest dość daleko zarówno nam, jak i innym krajom europejskim, gdzie to wątpliwe zalecenie jest kolportowane wśród polityków. Jest więc jasne, że w gruncie rzeczy chodzi tylko o działanie w interesie systemu finansowego, który nie jest w stanie zapewnić emerytur na godziwym poziomie.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden aspekt tej kampanii. Gdy tylko premier Tusk ogłosił swą koncepcję reformy emerytalnej, zaraz podniosły się głosy nadwornych ekonomistów i publicystów, że "przecież trzeba podnieść wiek emerytalny, bo patrzcie, ilu młodych emerytów chodzi po ulicach...". Ale niska średnia w małym stopniu wynika z tego, że wiek emerytalny to 65 lat - głównie z tego, że dużo jest uprzywilejowanych, którzy mogą skorzystać z bardzo wczesnej emerytury, co jest wynikiem swoistego targu: za niskie płace dajemy w niektórych zawodach przywilej wczesnej emerytury (przy czym trzeba zdawać sobie sprawę, że w niektórych zawodach ten przywilej jest uzasadniony, bo praca w późnym wieku nie tylko oznacza niską wydajność, ale jest praktycznie niemożliwa). Jest oczywiste, że te przywileje trzeba ograniczyć. Jednocześnie trzeba zwiększyć wynagrodzenia, co stanowiłoby element uzdrowienia zarówno systemu emerytalnego, jak i płacowego.
Tak naprawdę powinniśmy tworzyć warunki dla wzrostu wydajności pracy i miejsca pracy dla młodych, to wydłużanie wieku emerytalnego jest swego rodzaju strzałem obok bramki, w której tkwią realne problemy gospodarcze. Zatem jedno, co tak naprawdę powinien zrobić premier Tusk, to - wzorem Węgier - przeciwstawić się lobby funduszów emerytalnych i dać ludziom swobodę wyboru, czy chcą oddawać swe pieniądze na zmarnowanie w trybach instytucji finansowych, czy zawierzyć swą emerytalną przyszłość staremu, sprawdzonemu w wielu krajach tradycyjnemu systemowi repartycyjnemu. Nie trzeba będzie nic więcej robić, chory system umrze śmiercią naturalną.
Autor jest posłem PiS, profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Złowieszcze meandry światowych finansów
Jerzy Bielewicz
prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek"
Międzynarodowy Fundusz Walutowy upublicznił przed kilkoma dniami chyba najbardziej pesymistyczny w całej swej historii raport. Przestrzega przed globalnym spowolnieniem. Wskazuje na liczne sprzężenia zwrotne, które hamują rozwój. Przykładowo, oddłużanie ("delewarowanie") sektora bankowego i zwiększone zaangażowanie banków w finansowanie długów państw (przede wszystkim w krajach strefy euro) doprowadzi do ograniczenia akcji kredytowej dla firm, mniejszych inwestycji oraz zahamowania wzrostu. Ot, takie finansowe abc. Wrażenie robią dopiero dane zbiorcze z ostatnich lat dotyczące zamówień w przemyśle i światowego eksportu - indeks zamówień w przemyśle przebił linię rozdzielającą obszar recesji od obszaru koniunktury, a światowy eksport maleje. Obie te wielkości po raz pierwszy od kryzysu w 2008 r. wskazują na zbliżającą się globalną recesję.
Tymczasem w Europie Bank Centralny (EBC) zasilił banki drugi raz w ciągu dwóch miesięcy zastrzykiem gotówki, tym razem na kwotę 530 mld euro, po 489 mld euro w grudniu 2011 roku. W sumie ponad bilion euro! Finansowa transfuzja zbiega się z dwoma wydarzeniami. Międzynarodowy Instytut Finansów (IIF) ogłosił ostateczne warunki redukcji zadłużenia Grecji wobec prywatnych instytucji finansowych o... 74 procent (szacunkowo w bieżących euro) i zachęcił je do... "dobrowolnej" partycypacji. Jednocześnie Międzynarodowe Stowarzyszenie Swapów i Derywat (EMEA) orzekło, że w przypadku Grecji restrukturyzacja długu jest zaiste dobrowolna i nabywcy tzw. CDS-ów - ubezpieczenia na wypadek niewypłacalności Grecji, nie otrzymają odszkodowań. Zatem tłumacząc na ludzki język, Grecy są wypłacalni, bo zapłacą tylko nieco więcej niż 20 eurocentów za każde pożyczone euro. Gdzie tu logika i zdrowy rozsądek? Cóż, świat finansów i polityki przebił właśnie dno w swej straceńczej dialektyce.
Nie dziwmy się zatem, że w Polsce deficyt budżetowy waha się z roku na rok między 25 do 45 mld zł, a dług publiczny przyrasta w tempie ponad 100 mld zł rocznie. 60 do 70 miliardów ginie po drodze zamiecione pod dywan, bo przecież w Unii deficyt i dług są liczone inaczej. Minister Jacek Rostowski prowadzi zatem podwójne księgi - na użytek wewnętrzny i na potrzeby Unii. A może i potrójne, by niejako przy okazji kontrolować prawdziwy stan finansów państwa? Premier Donald Tusk podpisał w zeszłym tygodniu tzw. pakt fiskalny wraz z przedstawicielami 25 z 27 krajów Unii Europejskiej. Czechy i Wielka Brytania nie przystały na ograniczenia suwerenności finansowej w ramach UE. Trudno ten dokument określić inaczej niż łabędzi śpiew europejskiego establishmentu. Państwa sygnatariusze zaklinają rzeczywistość. Wyznaczały kryteria długu i deficytu finansów publicznych, których przez lata nie będą w stanie wypełnić. Choćby 60 procent długu publicznego do PKB, gdy w Niemczech sięga on, bagatela, 80 procent, w Belgii 100 procent, nie wspominając o Włoszech i Grecji - odpowiednio: 120 i 160 procent. Może więc za jakieś 25 lat..., jeśli wszystko dobrze pójdzie. Drogą do finansowej nirwany ma być ograniczenie deficytu strukturalnego do 0,5 procent i deficytu finansów publicznych do 3 procent, deklaracja niestosowania kreatywnej księgowości oraz kary sięgające do 0,1 procent PKB. Jednak nikt nie pamięta, że te same kraje nagminnie nie wypełniały zbliżonych od dawna obowiązujących kryteriów.
Cóż, nie sposób traktować poważnie paktu fiskalnego, deklaracji o wypłacalności Grecji czy o "dobrowolnym" obniżeniu wysokości jej długu. Prawda jest po prostu taka, że gdyby szacowne amerykańskie i europejskie banki miały wypłacić sobie nawzajem ubezpieczenia za greckie CDS-y, to cały system finansowy z dnia na dzień by się załamał. Z kolei uznanie Grecji za wypłacalną, podczas gdy pokryje ona jedynie 20 eurocentów z każdego eurodługu, spowoduje, że rynek CDS-ów już wkrótce się załamie. Słowem, mimo szumnych deklaracji i paktów żaden problem globalnych finansów nie został rozwiązany. Walka finansowych buldogów pod dywanem trwa. Nad światem nadal wisi, niczym miecz Damoklesa, 600 bilionów dolarów derywat podobnych do greckich CDS-ów. Dalej mamy do czynienia ze "zbyt dużymi, by upadły, bankami", ba, nawet ogłoszono ich listę. Banki pożyczają od Kowalskiego (pożyczka NBP dla MFW czy kredyty EBC dla europejskich banków), by pokrywać bieżące straty lub bezkarnie spekulować.
Tymczasem ostatni dzwonek brzmi niezwykle donośnie. Realna gospodarka ginie pod ciężarem spekulacji finansowych. Spada światowy handel, rośnie zagrożenie protekcjonizmem, narasta niezadowolenie społeczne, chwieją się państwa. Winni kryzysu zapadli się pod ziemię. Rosną dysproporcje między bogatym centrum Europy a biednymi peryferiami. Państwa i narody są traktowane jak żetony w grze. A światowa finansjera w najlepsze lobbuje za utrzymaniem fikcji rynku derywat, by kolejny raz ukryć narastające straty.
Rugowanie religii ze szkoły? -Małgorzata Pabis
Ministerstwo Edukacji Narodowej wprowadziło zmiany w przepisach określających ramowy plan przedmiotów w szkole. Nie uwzględniono w nim lekcji religii. Przedmiot ten został wpisany w szkolny plan nauczania, finansowany przez samorządy. Tak więc o tym, czy religia pozostanie w szkole, czy też nie - zadecydują władze samorządowe. Wczoraj ks. bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Wychowania, rozmawiał w tej sprawie z minister edukacji Krystyną Szumilas.
Nowe rozporządzenie obejmujące szkoły publiczne od podstawówek po licea ma wejść w życie wraz z nowym rokiem szkolnym.
W rozporządzeniu MEN z dnia 12 lutego 2002 r. (obowiązującym od 1 września 2002 do 31 sierpnia 2012 r.) do przedmioty religia i etyka znajdowały się w ramowym planie nauczania. Nowe rozporządzenie, podpisane niedawno przez minister Krystynę Szumilas, które ma wejść w życie 1 września 2012 r., w ramowym programie nauczania nie uwzględnia religii i etyki. Pojawił się natomiast inny zapis: "W szkolnym planie nauczania uwzględnia się również wymiar godzin zajęć religii lub etyki zgodnie z przepisami w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach" (par. 4 ust. 2 pkt 1).
Teraz to, czy religia pozostanie w szkołach, leży w gestii samorządów. - Wystarczy tylko, aby znalazła się odpowiednia liczba osób we władzach miasta czy gminy, aby "problem" łatwo rozwiązać. Jak? Zwyczajnie: zabrać pieniądze na opłacanie nauczyciela religii - kwituje decyzję MEN ks. Paweł Siedlanowski, dyrektor Katolickiej Szkoły Podstawowej i Katolickiego Gimnazjum w Siedlcach. Wyjaśnia, że tylko "ramówka" w publicznej szkole i podstawa programowa wychowania przedszkolnego jest opłacana z budżetu państwa. - Szkolny plan nauczania, w którym pani minister lokuje religię, może wykraczać poza ramówkę i czy znajdą się na to pieniądze, to już zależy od dobrej woli i wysokości budżetu konkretnej jednostki samorządu terytorialnego - dodaje ksiądz dyrektor. W świetle obowiązującego od 1 września 2012 r. prawa władze samorządowe mogą odmówić finansowania pracy katechetów.
MEN nie traktuje poważnie konkordatu, zwłaszcza art. 12 ust. 1, który mówi, iż "państwo gwarantuje, że szkoły publiczne organizują naukę religii zgodnie z wolą zainteresowanych w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych". - Podkreślmy tu słowo "gwarantuje" - stwierdza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. prof. Wojciech Góralski, kanonista. - Działania rządu otwierają ścieżkę do łamania konkordatu, bo co się stanie, jak samorząd nie da pieniędzy na lekcje religii, nawet gdy młodzież będzie chciała w nich uczestniczyć - podsumowuje. - Również Konstytucja RP w art. 53 gwarantuje nauczanie religii w szkołach - uzupełnia w rozmowie z nami ks. prof. Józef Krukowski, kanonista z KUL i UKSW.
Tymczasem od września sytuacja w tej dziedzinie może się znacznie skomplikować. Wczoraj odbyło się spotkanie ks. bp. Marka Mendyka, przewodniczącego Komisji Episkopatu ds. Wychowania, z Krystyną Szumilas, minister edukacji narodowej. Jak powiedział "Naszemu Dziennikowi" ks. bp Mendyk, pani minister obiecała, że odeśle projekt rozporządzenia do prawników, by jeszcze raz przyjrzeli się tej sprawie. - Mam nadzieję, że sprawa się wyjaśni. A dopóki nie mam nowego rozporządzenia, kieruję się zasadą ograniczonego zaufania i uważam, że obowiązuje to, które może wyprowadzić religię ze szkół - wyjaśnia ksiądz biskup. Jednocześnie informuje, że w rozmowach z MEN powołał się na Konstytucję RP, konkordat oraz ustawę o systemie oświaty, gdzie wyraźnie zostało zapisane, że państwo finansuje te przedmioty, które są ujęte w ramowym planie nauczania. - Może się więc zdarzyć, że samorząd nie da pieniędzy na lekcje religii i wtedy - jeśli rodzice czy młodzież będą sobie życzyli nauczania religii - będą musieli za te lekcje płacić. Taką sytuację mieliśmy już w przedszkolach i dziś nie możemy na to pozwolić - zaznacza przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Wychowania. Nie zgadza się z tłumaczeniem pani minister, która wykreślenie religii z ramowego planu nauczania tłumaczy tym, że jest to przedmiot nieobowiązkowy. - Jeśli ktoś już go wybiera, jest on dla niego obowiązkowy. Nie mam wątpliwości, że jest to polityczna decyzja - mówi ksiądz biskup. Podkreśla, że w sytuacji, gdy polska szkoła nie ma jakiegoś modelu wychowawczego, to pozbycie się takiego przedmiotu jak religia czy etyka to pozbawienie młodzieży budowania człowieczeństwa w oparciu o wartości. - To mnie martwi. W klasach ponadgimnazjalnych, przesuwając religię na ostatnią lekcję, można ją stopniowo eliminować - zaznacza.
Zdaniem ks. bp. Marka Mendyka, nie jest prawdą to, że młodzież masowo rezygnuje z lekcji religii. - To próbuje się nam wmówić. Jest to promowane i ułatwiane, ale młodzież chce chodzić na religię, wybiera ten przedmiot znacznie częściej niż etykę. W katechizacji szkolnej na poziomie szkoły podstawowej bierze udział 96 proc. dzieci, w gimnazjach i liceach ponad 80 proc. - wyjaśnia.
Rządowy patent -Małgorzata Goss
W tym roku z funduszu rentowego być może zniknie kolejne 8-9 mld złotych. Rząd wynalazł sprytny mechanizm finansowy, który pozwala co roku przejmować i wygaszać miliardy pochodzące z naszych składek ubezpieczeniowych. Po podniesieniu wieku emerytalnego "maszynka do czyszczenia kont" będzie w stanie pochłaniać społeczne oszczędności w tempie kilka razy szybszym.
Z kont emerytalnych w ZUS wyparowało w ubiegłym roku ponad 8 mld złotych. Znikły środki emerytalne należące do osób, które pobierały rentę i zmarły, nie dożywszy emerytury. Po śmierci uprawnionych zawartość należących do nich kont emerytalnych powinna zostać przeniesiona na fundusz rentowy, ale tego nie zrobiono. Według danych ZUS, do których udało się dotrzeć "Naszemu Dziennikowi", na kontach zmarłych rencistów znajdowało się w końcu 2010 r. aż 8,4 mld zł, po których dziś nie ma śladu. Miliardy znikły, rozpłynęły się w "rządowej przestrzeni". Co się z nimi stało? - pytania w tej sprawie skierowaliśmy do resortów finansów i pracy. Czekamy na odpowiedzi.
W związku z opisaną sprawą powstaje obawa o los kolejnych miliardów odłożonych na emerytury przez osoby, które aktualnie pozostają na rentach. Oszczędności zapisane na ich kontach emerytalnych na razie spoczywają w ZUS jako środki niewykorzystywane. Pod koniec 2010 r. kwota ta sięgała, według danych ZUS, 9,3 mld złotych. Czy także te pieniądze mogą wyparować z kont tej części rencistów, którzy nie dożyją wieku emerytalnego?
Podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej rząd szermował argumentem, że w funduszu rentowym widnieje deficyt na kwotę 17 mld złotych. Tymczasem przytoczone przez nas dane wskazują, że ów deficyt rząd w dużej mierze sam sobie wykreował. O ile nieuwzględnienie w funduszu rentowym środków żyjących rencistów może mieć pewne uzasadnienie (bo część z nich doczeka się emerytury), o tyle "zapomnienia" o kwocie 8,4 mld zł należącej do osób nieżyjących i nieprzekazania jej na fundusz rentowy niczym nie da się wytłumaczyć.
- Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy między kwotą składek a tym, co jest wypłacane w formie rent. To zaś, co było na kontach, wyparowało - tłumaczy dr Cezary Mech, finansista, były wiceminister finansów, który zdobył te informacje, prowadząc własne prace badawcze nad przepływami finansowymi w ZUS.
Ta znikająca kwota, łącznie nawet 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem. Wygląda na to, że rząd wynalazł sposób na wygaszanie środków odłożonych w ZUS i zmniejszanie zobowiązań tej instytucji, co pozwala wyeliminować co roku z systemu 8-10 mld złotych. Jeśli wiek emerytalny zostanie podniesiony, rencistów z pewnością przybędzie. Z pewnością też zwiększy się liczba osób na rentach, które nie dożyją emerytury, a wtedy rządowy wynalazek pozwoli wygaszać rocznie np. po 30 mld zł środków, które powinny trafić na fundusz rentowy. Dzięki temu problem zadłużenia finansów publicznych w zakresie zobowiązań emerytalno-rentowych w miarę upływu lat rozwiąże się sam. Przynajmniej na papierze.
- To bardzo sprytny mechanizm. Gdyby teoretycznie przesunąć wiek emerytalny do 100 lat, to nikt nie dożyje emerytury, a wtedy ponad 2 bln zł długów emerytalnych ZUS zwyczajnie wyparuje - wyjaśnia dr Cezary Mech. Finansista wykrył opisany proceder podczas badania finansów ZUS. - Rząd dostaje do rąk nowy podatek i zarazem możliwość umarzania zobowiązań emerytalnych. I na tym polega to perpetuum mobile - wskazuje.
Ta papierowa operacja nie pozostaje bez wpływu na życie ludzi, zwłaszcza tych schorowanych, ubiegających się o rentę, oraz przedsiębiorców i pracowników, którzy te renty będą finansować.
- Jeśli w funduszu rentowym będzie wykazywane tylko to, co pochodzi ze składek, to pieniędzy na renty będzie stale za mało, więc trzeba będzie coraz bardziej podnosić składki rentowe, a jednocześnie piętrzyć trudności związane z przyznaniem renty w celu ograniczenia wypłat - tłumaczy dr Mech.
Opisany mechanizm w kontekście podniesienia wieku emerytalnego odbije się niekorzystnie na polskiej gospodarce. Rencistów będzie lawinowo przybywać, a rosnące składki na fundusz rentowy będą powodować stały wzrost kosztów pracy. W efekcie międzynarodowa konkurencyjność polskiej gospodarki ulegnie obniżeniu, zaczną znikać miejsca pracy, ruszy nowa fala emigracji za chlebem.
- To tak, jakby zależało nam na tym, żeby praca stała się dobrem rzadkim i żeby jej dla naszych dzieci nie było - podkreśla dr Mech.
Wicepremier Waldemar Pawlak zapowiedział, że w przyszłym tygodniu dojdzie do kolejnego spotkania kierownictwa Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ramach negocjacji koalicyjnych nad podniesieniem wieku emerytalnego. "Maszynka do czyszczenia kont" jest w stanie gotowości.
Z funduszu rentowego wyparowały miliardy
Z dr. Cezarym Mechem, ekonomistą, wiceministrem finansów w rządzie PiS, rozmawia Małgorzata Goss
Podniesienie wieku emerytalnego to kolejny etap reformowania emerytur uzasadniany złą kondycją finansów państwa. Od czego się zaczęło?
- Rozpoczęto od przerzucenia składki z OFE do ZUS pod hasłem, że oszczędzanie w OFE jest nieefektywne. Drugi krok to podniesienie składki rentowej pod pretekstem deficytu w funduszu rentowym. Trzeci to propozycja waloryzacji kwotowej świadczeń, a więc zerwanie z zasadą, że emerytura posiada gwarancje zachowania wartości. Wreszcie krok czwarty to planowane podniesienie wieku emerytalnego. Wszystko to odbywa się pod hasłem zmniejszania deficytu finansów publicznych. Te działania trzeba postrzegać także w szerszej perspektywie. W Polsce odciążyliśmy państwowy system emerytalny przez kapitalizację przyszłych świadczeń w OFE, co pozwalało podtrzymać system emerytalny bez drastycznego podwyższania podatków. Tymczasem Unia Europejska storpedowała nasze wysiłki, odmawiając uznania OFE za element finansów publicznych. Jednocześnie widzimy, jak ta sama Unia godzi się, aby w Grecji - w celu naprawy finansów publicznych - emerytury powyżej określonego poziomu podlegały redukcji. To jasny sygnał: można zmniejszać świadczenia, nawet jeśli ktoś na nie uczciwie zapracował.
Co łączy te działania?
- Jeśli zestawić fakty, wspólnym mianownikiem jest dążenie do obniżenia świadczeń emerytalnych. Najpierw tych najwyższych, a z czasem wszystkich. Ostatnim krokiem będzie to, co proponuje dziś opozycja, czyli tzw. system kanadyjski - świadczenie obywatelskie równe dla wszystkich.
W systemie kanadyjskim nie ma gwarancji wysokości świadczenia, nie zależy ono ani od poziomu oszczędności, ani od liczby przepracowanych lat. Życie emerytów znajdzie się w rękach ekipy, która akurat jest przy władzy?
- Będzie gwarancja wypłaty świadczeń bez gwarancji ich wysokości. Państwo da nam tyle, na ile będzie je stać. W praktyce emerytury zejdą do poziomu świadczenia minimalnego i nasili się tendencja do przesuwania wypłaty na coraz później. Będą to świadczenia głodowe, poniżej minimum egzystencji, przy czym politycy będą nam stale tłumaczyć, że musimy zbilansować dochody z wydatkami w ramach kolejnych pakietów fiskalnych. Powiedzmy otwarcie: mamy do czynienia z wywłaszczaniem obywateli z praw do świadczeń emerytalnych.
Może to tylko chwilowe oszczędności? Skąd tak surowa ocena?
- Ponieważ działania określane jako "naprawcze" nie podejmują głównego problemu, jakim jest od dwudziestu lat brak zastępowalności pokoleń. Brakuje nam już 3,5 mln dzieci do prostej zastępowalności pokoleń, nie mamy osób młodych, które będą pracować na świadczenia rodziców i dziadków. Tego problemu kolejne rządy w ogóle nie podejmowały, a obecnie podchodzą do systemu emerytalnego z punktu widzenia syndyka masy upadłościowej. Po prostu rozdają to, co zostało. Gdyby wspierano rodziny i prowadzono politykę pronatalną, można by tę "firmę" naprawić, woli się jednak dzielić masę upadłościową. A jak wiadomo, z bankruta niewiele można wycisnąć. Bardzo niepokojące, że te cztery propozycje są ze sobą skoordynowane i wszystkie idą w tym samym kierunku.
Rząd realizuje cel polityczny, a naprawa finansów publicznych to tylko pretekst?
- Ten kierunek jest spójny i co najgorsze, nie słychać głosów sprzeciwu. Godząc się na taką politykę, godzimy się w istocie na to, że kraj nie będzie się rozwijać, a my będziemy emigrować i nie będziemy mieć dzieci. Wiadomo, że wzrost gospodarczy i innowacyjność generują 20- i 30-latkowie. 40- i 50-latkowie mogą najwyżej zachować aktywność gospodarczą. A pozostali? 60-latkowie i starsi nie będą generować wzrostu, tego możemy być pewni. Zmuszając przedsiębiorców, żeby zatrudniali 60-latków, a nawet 67-latków, zmuszamy ich tym samym do ponoszenia ogromnych nakładów na stanowiska pracy, których utrzymywanie się nie opłaca. Nie łudźmy się. Globalizacja ma to do siebie, że jeśli przedsiębiorcy będą mieli do wyboru: zatrudniać starszych ludzi w Europie czy młodych w innych częściach świata, to wybiorą tę drugą opcję i przeniosą działalność np. do Indii. Żadne akcje na rzecz "niedyskryminowania starszych pracowników" nic tu nie pomogą. Te procesy są znane, a jednak rząd nie wyciąga z nich żadnych wniosków. Zadajmy sobie pytanie - dlaczego? Nie widać też spójności w działaniach rządu. Z jednej strony proponuje podniesienie wieku emerytalnego, z drugiej - nawet nie wspomina o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, aby 60-latkowie rzeczywiście mogli pracować. Unia za to wymaga uelastycznienia rynku pracy, aby przedsiębiorstwa były bardziej konkurencyjne, ale w praktyce pracownicy łatwiej zwalniani. Wyobraźmy sobie tę armię starych, chorych ludzi, bezrobotnych i bez świadczeń emerytalnych. W praktyce znajdą się na utrzymaniu swoich rodzin. Jeśli zaś uda się im przejść na rentę, będą dostawać zaledwie część świadczenia.
Z jakich środków są wypłacane renty? Czy tylko z bieżących składek na fundusz rentowy, jak twierdzi rząd?
- Zgodnie z logiką reformy, każdy będzie pobierał świadczenie w wysokości zgromadzonych składek, a renta jest dodatkowym ubezpieczeniem przysługującym tym, którzy utracą zdolność do wykonywanie pracy. Ze względu na fakt wcześniejszego jej pobierania, zanim zgromadzi się wystarczające środki na koncie, występuje dodatkowa składka rentowa. Jeśli pracownik przechodzi na rentę, to jego własne środki na koncie emerytalnym czekają na wypłatę emerytury. Jeżeli moment przejścia na emeryturę zostanie przesunięty w czasie, to rencista może umrzeć, nie dożywając do emerytury. Będzie cały czas pobierał rentę, a jego środki emerytalne będą czekały z przeznaczeniem na jego świadczenie emerytalne, ewentualnie rentę dla kogoś z jego rodziny. Otóż takich odłożonych i niewykorzystywanych środków emerytalnych osób, które nabyły prawa do renty w roku 2010, było w ZUS aż 9,3 mld złotych. Ponadto było też 8,4 mld zł środków, które już nie czekały na wypłatę emerytury, ponieważ uprawnieni umarli, nie doczekawszy świadczenia. Podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej nie zaliczono tych środków do funduszu rentowego, w ogóle o nich nie wspomniano. I nagle się okazało, że o tych wielomiliardowych kwotach wszyscy zapomnieli. Dyskutowano jedynie o 17-miliardowym deficycie funduszu rentowego jako różnicy między wysokością wydatków na renty a przychodów ze składki, bez uwzględnienia zgromadzonych środków na rachunkach. Tymczasem ta znikająca kwota, łącznie 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem. O ile nieuwzględnienie środków rencistów może mieć pewne uzasadnienie, o tyle "zapomnienie" o kwocie 8,4 mld osób nieżyjących ma daleko idące konsekwencje finansowe. Dlaczego? Gdyż ów trick finansowy pomógł rządowi w przeforsowaniu podwyżki składki rentowej i przejęciu środków emerytalnych, a z drugiej strony - spowodował wyższe opodatkowanie pracy. To tak, jakby zależało nam na tym, żeby praca stała się dobrem rzadkim i żeby jej dla naszych dzieci nie było.
Kiedy koalicja PO - PSL podnosiła składkę rentową, uzasadniano to deficytem w funduszu rentowym. Czyżby po części specjalnie ten deficyt wykreowano?
- Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy między kwotą składek a tym, co jest wypłacane w formie rent. To zaś, co było na kontach - nagle znikło. Wymyślono mechanizm wygaszania środków odłożonych w ZUS. Gdyby teoretycznie przesunąć wiek emerytalny do 100 lat, to nikt nie dożyje emerytury, a wtedy ponad 2 bln zł długów emerytalnych ZUS zwyczajnie wyparuje. Jeśli jednocześnie w funduszu rentowym będzie wykazywane tylko to, co pochodzi ze składek, to pieniędzy będzie stale za mało i trzeba będzie coraz bardziej podnosić składki rentowe, coraz bardziej podwyższać koszty pracy. W ten sposób rząd dostaje do rąk nowy podatek i zarazem możliwość umarzania zobowiązań emerytalnych. I na tym polega to perpetuum mobile.
Podniesienie wieku emerytalnego będzie wypychać ludzi na renty?
- Oczywiście, i to jest kolejny problem. Jeśli będzie wzrastała liczba rencistów, to będą podnoszone składki, wzrosną koszty pracy, liczba miejsc pracy będzie malała. Pojawią się zatem naciski na ograniczenie wypłaty rent. Może dojść do tego, że przy przyznawaniu renty trzeba będzie przynieść zaświadczenie od lekarza, że się umrze najdalej w ciągu pół roku. A jeśli, nie daj Boże, ktoś będzie żył dłużej, to renta nie będzie mu przysługiwała, bo będzie rentą okresową. Taki mechanizm oznacza w praktyce, że będziemy odkładać środki w ZUS bez możliwości skorzystania z nich, a na koniec będą one przejmowane przez państwo. To dlatego istnieje presja na likwidację OFE i przeniesienie wszystkiego do ZUS. W OFE operacja przejęcia naszych środków nie byłaby możliwa, ponieważ stanowią nasz majątek i są dziedziczone. Majątek to inaczej odłożone oszczędności. Ma tę zaletę, że korzystanie z niego nie obciąża kosztów pracy.
OFE też przejadają nasz majątek i tracą miliardy na rynkach.
- Jeśli jakieś instytucje działają źle, to rząd ma obowiązek to poprawić, a nie zaraz je likwidować, zwłaszcza gdy ostrzeżenia i propozycje reform są bezskutecznie zgłaszane od 11 lat. Nikt normalny nie ucina sobie ręki, gdy go boli, tylko idzie do lekarza.
Spójrzmy, co dzieje się dalej. Wkrótce po podniesieniu składki rentowej proponowana jest waloryzacja kwotowa. Co było dotychczas immanentną cechą emerytur? To, że emerytury utrzymują swoją wartość, a kwotowe dodatki mogły tylko je podwyższać. Tymczasem waloryzacja kwotowa emerytur to zerwanie z zasadą, że świadczenia mają co najmniej zachować swoją wartość. Przy braku waloryzacji inflacyjnej nasze oszczędności i emerytury mogą automatycznie podlegać redukcji. Niektórym osobom o niskich świadczeniach wydaje się to obecnie atrakcyjne, ale do czasu. Przyjdą następne kryzysy finansowe czy kryzys finansów publicznych związany ze starzeniem się społeczeństwa i wtedy okaże się, że waloryzacja kwotowa odbywa się na poziomie minimalnym. Jeśli na to nałożymy redukcję wyższych świadczeń w ramach pakietów "pomocowych" dla krajów dotkniętych kryzysem finansów publicznych (a my będziemy takim krajem z powodu starzenia się społeczeństwa), to widzimy, że nasze świadczenia mogą okazać się znacznie niższe od oczekiwanych. Początkowo osoby o niższych świadczeniach będą zadowolone, bo to nie im będą obcinać emerytury w ramach cięć oszczędnościowych. Ale jeśli można obciąć wyższe emerytury, to można i niższe, to tylko kwestia czasu. Na koniec padnie hasło: dajmy wszystkim po równo. Tylko co to spowoduje? W miarę jak będzie przybywać emerytów, a dzieci nadal nie będą się rodzić, to świadczenie będzie z roku na rok coraz mniejsze i w końcu przekształci się w zapomogę, a nawet połowę zapomogi. Zrównanie świadczeń spowoduje też, że nikomu nie będzie się opłacało wnosić wysokich składek na ZUS. Dochody będą ukrywane, poszerzy się szara strefa, co będzie jeszcze bardziej pogłębiać kryzys finansów publicznych i zmniejszać nasze świadczenia. Dlatego wszystkie dotychczasowe działania wydają się spójne i zmierzają w jednym kierunku. Ponadto ci sami decydenci, którzy wczoraj proponowali przekazanie składek z OFE do ZUS, dziś mówią, że nie mają zaufania do ZUS... Jak to - wtedy mieli, teraz nie? To kiedy mówili prawdę?
Dlaczego kolejne rządy pchają nas w tym kierunku, skoro jest alternatywa w postaci polityki prorodzinnej, która ochroniłaby nasze świadczenia?
- Kiedy 30 lat temu wprowadzano w Polsce stan wojenny, rosyjski opozycjonista Władimir Bukowski nazwał to "samookupacją" i podkreślił: "Wyrządziła ona Polsce wielką szkodę ekonomiczną i demograficzną. Przecież w jej następstwie olbrzymia liczba Polaków opuściła swój kraj na zawsze". To jest odpowiedź. Prowadzimy samookupację, osłabiamy się. Własną polityką spowodowaliśmy, że w ostatnim czasie 2 miliony Polaków wyemigrowało, 3,5 miliona dzieci nie urodziło się, a na koniec podpisaliśmy traktat lizboński, który uzależnia siłę głosu danego kraju w Unii od liczby ludności. To proces samolikwidacji.
Jeśli w ciągu najbliższych trzech lat nie podejmiemy działań na rzecz zwiększenia dzietności rodzin, to obecny miniwyż solidarnościowy zestarzeje się i z przyczyn biologicznych dzieci już mieć nie będzie. W Polsce mamy obecnie nieco ponad jedno dziecko w rodzinie. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne, musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. Proces europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy przeciwko przedłużaniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo arytmetyka procesów demograficznych jest nieubłagana, a jednocześnie godzimy się na antyrodzinną, antyurodzeniową i proemigracyjną politykę. W efekcie coraz liczniejsze starsze pokolenie z głodowymi świadczeniami będzie przejadać środki młodych rodzin na utrzymanie dzieci. To starsze pokolenie, o którym mowa, to właśnie my, pokolenie, które dziś decyduje w Polsce i które zadłuża się za granicą, żyje na kredyt, oszczędza na posiadaniu dzieci i kradnie pieniądze na renty i emerytury młodych. A potem poprosi, żeby je utrzymywać. Tylko kogo?
Dziękuję za rozmowę.
Jak odwieść od demonstrowania poglądów -Artur Kowalski
Wszyscy zabierający głos podczas zorganizowanego wczoraj w Sejmie wysłuchania publicznego w sprawie prezydenckiego projektu nowelizacji ustawy o zgromadzeniach krytycznie odnieśli się do zasadniczych propozycji sformułowanych przez Bronisława Komorowskiego. Przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka Ryszard Kalisz ogłosił, że w przyszłym tygodniu komisja zbierze się ponownie, by zdecydować o powołaniu podkomisji, która zajmie się prezydenckimi propozycjami.
Prezydencki projekt nowelizacji ustawy Prawo o zgromadzeniach ma na celu - jak czytamy w jego uzasadnieniu - "wprowadzenie regulacji, które przy poszanowaniu gwarantowanej w art. 57 Konstytucji wolności organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich służyć mają zapewnieniu wolności i praw innych osób oraz istotnych wartości konstytucyjnych". Gdyby wziąć pod uwagę głos tych, którzy podczas wczorajszego wysłuchania publicznego w Sejmie w sprawie prezydenckiego projektu ustawy postanowili się wypowiedzieć, można pomyśleć, iż nie ma nikogo - oczywiście poza prezydentem Komorowskim - kto chciałby zapewnienia wspomnianych "wolności i praw innych osób" oraz "istotnych wartości konstytucyjnych". Wszyscy, którzy zabrali głos, z różnych pozycji krytycznie odnieśli się do zasadniczych zapisów projektu. Pod adresem propozycji Bronisława Komorowskiego padały oceny, że to "bubel legislacyjny", że spowoduje problemy w interpretacji prawa umożliwiające zakazanie organizowania praktycznie każdej manifestacji, że ma za zadanie zniechęcić do manifestowania zwłaszcza niepopularnych poglądów. Padały też argumenty, że wystarczające są dotychczasowe regulacje kwestii zapewnienia bezpieczeństwa podczas manifestacji, a te, które proponuje prezydent, faktycznie będzie trudno wyegzekwować. Pojawiło się również wezwanie do stworzenia - w miejsce obecnego, przestarzałego - nowego Prawa o zgromadzeniach. Decyzja o tym, czy rządzącym będzie się opłacało przeforsować przez Sejm projekt zmierzający do ograniczenia wolności zgromadzeń, i tak zapadnie w gabinecie Donalda Tuska. Podczas wysłuchania publicznego głos zabrali reprezentanci m.in. Stowarzyszenia "Marsz Niepodległości", Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, fundacji Leszka Balcerowicza - Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz Fundacji Panoptykon.
Z twarzą zakrytą czy odkrytą
Pretekstem do zgłoszenia przez prezydenta Bronisława Komorowskiego nowelizacji Prawa o zgromadzeniach były burdy, które nastąpiły podczas Święta Niepodległości ubiegłego roku w Warszawie, gdy lewackie środowiska próbowały zablokować Marsz Niepodległości. Najmocniej przeciw prezydenckiemu projektowi protestuje Stowarzyszenie "Marsz Niepodległości", wnosząc o jego odrzucenie. Reprezentant Stowarzyszenia Łukasz Moczydłowski krytycznie ocenił wczoraj m.in. propozycję zakazu zakrywania twarzy przez uczestników manifestacji. Przywołał przy tym wyrok Trybunału Konstytucyjnego z listopada 2004 r., który do zakazu zakrywania twarzy odniósł się negatywnie. Moczydłowski przekonywał, iż odsłonięcie twarzy uczestników manifestacji nie jest konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa demonstracji. Zaznaczył, że policja posiada uprawnienia do legitymowania i zatrzymywania osób czy kontroli osobistej. Wyjaśniał, że fakt zakrycia twarzy przez manifestanta nie musi wskazywać, iż ma on jakieś niecne zamiary. Maska na twarzy może być sposobem wyrażania swojego stanowiska - jak było w przypadku demonstrantów protestujących przeciw ACTA. Zasłonięta twarz może też służyć zapewnieniu anonimowości podczas demonstracji niepopularnych poglądów. Moczydłowski krytykował także m.in. zakaz używania materiałów pirotechnicznych. Wyjaśniał, iż używanie rac czy petard przez manifestantów jest w polskiej tradycji manifestacji "formą wyrażania ekspresji uczestników zgromadzenia".
Artur Pietryka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zwracał uwagę, że projekt przewiduje możliwość uczestnictwa w manifestacji osób z zakrytą twarzą, jeśli zostanie to wcześniej przez organizatorów zgłoszone. Zaznaczył, że można się spodziewać, iż profilaktycznie organizatorzy za każdym razem będą zgłaszać udział osób z zakrytą twarzą. Wobec propozycji nałożenia na organizatorów dodatkowych obowiązków zwracał uwagę, że już obecnie organizator ma możliwość skorzystania z pomocy policji, by usunąć niesubordynowanego uczestnika manifestacji. Helsińska Fundacja Praw Człowieka opowiedziała się za stworzeniem nowego Prawa o zgromadzeniach bazującego na doświadczeniach w tym względzie z ostatnich 20 lat. Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon nie wykluczał, iż manifestacje, w których zgłaszany będzie udział osób z zakrytymi twarzami, mogą być uznawane za "szczególnie niebezpieczne", co może dawać organom decydującym pretekst do wydania odmownej decyzji w sprawie organizacji manifestacji.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka